« Dzienniki - luty I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - luty II - 2005 »

14 lutego 2005

Mój gość - Marek Baterowicz - literat

Marek Baterowicz (ur. 1944 w Krakowie) jest autorem dziesięciu zbiorków wierszy wydanych w kraju i za granicą.

Debiutował jako poeta na łamach „Tygodnika Powszechnego” i „Studenta” w 1971 roku. W kraju wydał trzy zbiorki wierszy: Wersety do świtu(1976), Od zieleni do rdzy(1979 ), Łamiąc gałęzie ciszy(1981-poza cenzurą). W Paryżu opublikował tomik wierszy po francusku – Fee et fourmis(1977). Poza tym wydał trzy tytuły prozy, m.in: Rękopis z Amalfi(1977) powieść, której przekład ukazał się w 1991 roku w Australii, a w 2000 roku we Włoszech.
Ostatnią publikacją w kraju był tom opowiadań Pułapka pod księżycem wydany w 1983 roku. Jego wiersze przedstawiane były obok utworów Herberta i Karpowicza w wydawnictwie niezależnym ZAPIS nr.18 (1981).
Romanista z wykształcenia, wydał też kilka antologii poezji krajów romańskich, latynoamerykańskich i Quebec’u, tę ostatnią na Uniwersytecie Wrocławskim.
Od 1985 roku Marek Baterowicz przebywa na Zachodzie: Italia, Francja, Hiszpania, a od 1987 roku mieszka w Australii. Tu właśnie wydał zbiorki poezji: Serce i pięść(1987), Dama z jamnikiem(1989), a także wybór wierszy Z tamtej strony drzewa(1992), potem Miejsce w atlasie(1996), Cierń i cień(2003), oraz Pan Retro(2004).
Od wyjazdu z kraju publikuje felietony, wiersze i opowiadania w amerykańskiej, francuskiej i australijskiej prasie polskojęzycznej. W roku 1992 wydał też powieść o stanie wojennym pt. Ziarno wschodzi w ranie.
Trudno scharakteryzować w kilku słowach jego twórczość, niech przemówi sam Autor przez strofy swych dzieł w których przedstawia swój dystans wobec naszej epoki, analizę czasu minionego i wprowadza nastrój typowej sobie poetyki. Poniżej przedstawiam kilka utworów lirycznych Marka Baterowicza.


swtgum1 (1).jpg


* * *

O, słuchaj bracie z planety Ziemia
- jak śpiewają gwiazdy
dla nas wszystkich tę samą pieśń nucą
i tym samym światłem darzą mnie i ciebie,
posłuchaj jak temat kosmicznej fugi
drąży i przenika wszystkie galaktyki,
jak wspina się i wędruje w głosach tych,
którzy przeistoczeni w pył lub w nirwanę
nie błądzą, gdyż odnaleźli się poza ziemią i ciałem.
Zobacz jak w głębi światła musuje wieczne istnienie
i jak tętniący kosmos przelewa się w twoje żyły...
Oto twoja pieśń prawdziwa, bez dysonansów i bez sztormów,
nad planetą rozkołysaną i rozpiętą
na niewidzialnych niciach pajęczyny,
jaką jest ten zaułek Wszechświata,
ukochany i opuszczony przez Stwórcę,
lecz wyróżniony w Jego testamencie
na wypadek gdyby On sam nie odnalazł drogi
do nas (Szatan wytrącił Mu busolę przed wiekami
i spada dryfując wśród gwiazd i planet
jak złota harfa o pękniętych strunach),
posłuchaj więc bracie jak śpiewają gwiazdy
dla nas wszystkich tę samą pieśń nucą
tu, gdzie trwamy pojmani
niczym w sieciach Wielkiego Rybaka,
łudzeni obietnicą ostatniego sądu,
która mądrze syci niespełnione pragnienia.


* * *

To nie anioł potężny
z trąbą miedzianowłosą
obwieszcza nam schyłek wieku,
nie trzask łamanych pieczęci
otwiera księgę wyroków –

To mała bezbronna dziewczynka
- bez ognistego miecza –
grając tremolo na flecie
ogłasza proroctwo światu
brzemienne jak piaski Synaju.

Synaj – gdzie wiatr się rodzi smagły –
ma tyle słońca i błękitu
i na kościoły z kości świętych,
na synagogi pełne synogarlic
i na meczety z melafiru –

Ma tyle słońca i błękitu,
a jednak kruszą się pieczęcie
i księgi żarzą się w popiołach.
Miedzianowłosy wiatr oślepił anioła,
dźwięk fletu jak miecz błyszczy nad stuleciem.

1983/84

Był świt z nocy...

Ustępujemy przed nocą, która rozbłysła świtem
ustępujemy przed wiatrem, który nie rozwiał chmur
cofamy się w cieniu wygasłej gwiazdy,
a w jej popiołach grzebiemy nowe światło,
które miało być darem dla pokoleń
oddzielając dobro od zła, radość od cierpienia

Chronimy się we własnych cieniach
jak kiedyś przed kulą i pałką
i sądzimy w naszym zaniechaniu,
że nie jest ono grzechem głównym –
skalisty sen wypełnił nam ciało,
błądzimy w naszych skorupach, w ślimaczym letargu

Błądzimy po cmentarzach
wzniesionych w kraju ojców,
bolejących nad naszą słabością
- krzyże wbite w ziemię
i w cień po zabitych,
liście na mogiłach jak łuski

Dzisiaj modlimy się rzadziej i ciszej,
zapalając znicze, które nie zastąpią światła
i parząc palce w płomykach,
które nie rozpalają już serc,
patrzymy jak złoty cielec tańczy
na kościach przodków i relikwiach –

Ustępujemy przed nocą, która poroniła dzień
ustępujemy przed wiatrem, który uśpił nam dusze.

Dzwon Zygmunta

Pękło twe serce, Zygmuncie,
z żalu? Bezsiły?
Odlane ze spiżu biło pięć stuleci
I głos twój mówił do książąt i do kmieci,
A buławy hetmanów regnum wyznaczyły.

Brzmiał ton srebrzysty wysnuty
z mgły i miesiąca –
Nad kryptą królów, nad rzeką
wierną brzegom,
W sercach uwił gniazdo jak ptak
- do snu wiecznego,
By wzbić się w tym śnie i wzlecieć
do słońca.

Jednak pękło twe serce – z bólu i żałoby,
Nieprawość nagrodzoną widząc u ojczyzny
I Rzeczypospolitej oglądając blizny,
Gdy w nowych trybunałach dawne krwawią
groby...

Nie wytrzymało serce, z tylu kruszców kute,
A nasze kołyszą się na granicy cienia,
A nasze biją jeszcze trucizną zasnute
Z nadzieją wielkiego kiedyś Oczyszczenia!

Pierwsze starcie

Idę wprost na nich
z bochenkiem chleba
pod pachą,
oni – z automatem.
Wracam z piekarni,
oni wyruszają na wojnę.
Triumfalne opary ich oddechów
unoszą się nad hełmami
i rozpuszczają w mgle poranku.
Głośno tupią (mróz skubie
podeszwy ich butów), bacznie
obserwują bramy i ulice.
Boją się światła,
gdyż noc była ich tarczą.
Mijają mnie obojętnie,
nie patrząc mi w oczy.
Brudny śnieg spada nieuchronnie
na ich dziewicze mundury.

15.XII.1981

* * *

Nie mam już ojczyzny.
Skreślono ją dekretem,
rozjechano czołgami,
oszołomiono gazem
i dobito siedmioma kulami.

W atlasie świata
szukam wyspy bezludnej
z dala od granic wytyczonych
bagnetem,
z dala od obłąkanych
kapłanów ideologii.

grudzień, 1981


Praga 1968

Toczy się nieustannie
w porannym spojrzeniu słońca
- czerwieni jeszcze chłodnej –

narasta nieprzerwanie
unicestwienie brzegów
miażdżące usta, krew i oddech
zagięte ostrze tkwi głęboko
wolno szybuje ciężar głosu
i bracia wiążą ręce braciom

Praga jest niema

milczenie drzew
odartych z kory
nie dziwi już nikogo

i czołgi na ulicach
mierzą wysoko
jak ich jeźdźcy

A róże
róże się zamknęły

Ich czas jeszcze nie zakwitł

Teraz jest czas Golema
- owoc posępnej magii

1968


ILLYARRIE2 (2).jpg


« Dzienniki - luty I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - luty II - 2005 »