« Plebiscyt - felieton | Strona główna | Mój gość - Marek Baterowicz - literat »

1 lutego 2005

Dzienniki - luty I - 2005

Dzielnice się budzą wcześniej.
Na zwykle wymarłych ulicach spotykam dzieci prowadzące swoje pieski na poranne spacery,

ulica2 (1).jpg
paru starszych z młodzieży ćwiczy swe muskuły na porannym biegu, i jest niemożebny ruch na drogach.

Po ośmiu tygodniach przerwy wznawiają działalność szkoły podstawowe i średnie.

Czytając polskojęzyczną prasę natomiast, można niechybnie dojść do tragicznego wniosku, że autorytety moralne, te które jeszcze do niedawna istniały, roztrzaskały sIę jak gliniane dzbany na bruku prawdy. Co więcej, sięga się jeszcze dalej. Nawet los papieża w mniemaniu niektórych nie jest przesądzony, jak tak dalej pójdzie to i on będzie się lustrował. Dziś i Bóg ma niepewną pozycję. Oj Polsko, Polsko...
A to się dopiero rozkręca...
Agent na agencie, agentem pogania. Nie pozostaje nic tylko za przykładem króla Nerona wyrżnąć wszystkich dojrzałych, którym przyszło egzystować w tych parszywych czasach.
Niech żyje młodość!


3 lutego 2005 (czwartek)

Niewiarygodnie zimne ostatnie dni. Wczoraj nawet spadł grad. W miesiącu kiedy 40° jest temperaturą zwyczajną, takie dziwy natury.
jez2 (2).jpg

Drugą rzeczą z nadnaturalnych jest tzw. lista Wildsteina. Dwieście czterdzieści tysięcy nazwisk ludzi w jakiś sposób związanych z tajnymi służbami PRL-u.
Wczoraj zaraz po informacji, że lista ta znajduje się sieci Internetu, wyszukałem ją i ja. No i zaczęła się lektura. Oczywiście, zacząłem najpierw od siebie. Później bliższa i dalsza rodzina, przyjaciele i znajomi. Głowa mnie z tego wszystkiego rozbolała. Tyle nazwisk nagle w jednym miejscu. Szczęśliwie nie doznałem szoku, ani rozdwojenia jaźni. Parę znajomych nazwisk, ale to w sumie nic nie znaczy, skoro samych przysłowiowych Kowalskich Janów jest na tej liście – 41, a Janów Zielińskich – piętnastu. Natomiast mam nieodparte wrażenie, że to nie jest lista pełna. Mówi się o niej że jest to lista także ofiar czyli ludzi inwigilowanych. Ale skoro nie ma na tej liście nazwisk: Wałęsa Lech, Walentynowicz Anna czy Popiełuszko Jerzy, to gdzie są ci inwigilowani. Przecież to była czołówka, a tych i podobnych nazwisk nie uświadczysz.
W ogóle straszna sprawa – tyle nazwisk to praktycznie cały Radom łącznie z dopiero co narodzonymi. Tylu ludzi tym z było związanych. N I E W I A R Y G O D N E !!!


5 lutego 2005 (sobota)

Przewertowałem całą listę. Jest to katalog archiwów IPN-u. Na tej liście są funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, tajni agenci czyli donosiciele oraz osoby pokrzywdzone, czyli inwigilowane.
Głowa boli od nadmiaru, to brzmi jak książka telefoniczna. Tylko polskie książki telefoniczne były chudziutkie a to... opasłe tomiska. Tylko brak mi sensu tej listy skoro są tam wszyscy wymieszani. Uważam, że będzie z tego więcej krzywd niż pożytku. Chyba, że listy zaczną się wyodrębniać, ale póki co...Poza tym gdzie jest lista prominentów opozycji. Ani jednego tam nie znalazłem. Wszystko strasznie dziwnie wygląda.


7 lutego 2005 (poniedziałek)

Byłem wczoraj na koncercie z którego dochód przeznaczony był na ofiary tsunami. Cel zbożny, więc spodziewałem się tłumów. Dwoje polonijnych wykonawców: Gloria i Robert przedstawili nielicznej (niestety) publiczności swoje umiejętności wokalno-muzyczne. Obydwoje zdolni, wrażliwi młodzi ludzie wykonali standardy jazzowe, próbki muzyki klasycznej jak również kilka numerów muzyki popularnej. Szczególnie interesująco wypadła kompozycja „Astronauta” na elektroniczną wiolonczelę w wykonaniu Roberta Wolfa. Również, w ciekawej aranżacji doskonale wykonana przez Glorię Strzelecki „Modlitwa” Tadeusza Nalepy.
W przerwie tego koncertu zaczepił mnie znajomy, którego ostatnio widziałem 20 lat temu. Normalnie nie wspominam o tego typu szczegółach z życia, ale tym razem chciałbym uwypuklić pewną słabość rodu ludzkiego. Otóż człowiek z którym przelotnie pracowałem i miałem trudności z ustawieniem sobie jego fizjonomi w zakamarkach mojego życiorysu, przez te 15 minut przerwy „wyspowiadał „ mi się ze wszystkich mniej i bardziej ważnych szczegółów swojego życia. Usłyszałem „fakty, wydarzenia, opinie” w kontekście jego spraw codziennych takoż jego rodziny. Naopowiadał mi różne nic nie znaczące historyjki. Piętnaście minut przerwy minęło. Ani razu nie przeszło mu przez głowę prosta myśl: zapytać mnie – co słychać?!
Po co mnie zaczepiał?
Czy tylko po to, abym wystąpił w roli jego psychoanalityka?


9 lutego 2005 (środa - popielcowa)

Pamiętam, że dzisiejszy dzień oprócz Wielkiego Piątku jest tym dniem w roku kiedy należy pościć. Jak to się pozmieniało. Kiedyś połowa roku, to były dni postne (nie spowodowane sytuacją, a religijne), a teraz tylko dwa dni w roku.

Gorączka list już mi opadła. Skończyłem zaglądanie do listy Wildsteina, Macierowicza i Milczanowskiego. A jeszcze parę tygodni wcześniej pisałem w felietonie, że to chyba nigdy nie będzie możliwe. Inna sprawa że największa z list, czyli Wildsteina – to groch z kapustą.

Co za dziwna pogoda tego roku. Poranna mżawka w lutym?!
Pochmurne niebo. Kto to wcześniej widział?!
Zakładam czapkę-bejsbolówką BRITA, pamiątkę po Renusiu...
Zawsze kiedy ją biorę do ręki, jego postać staje mi przed oczami...


11 lutego 2005 (piątek)

Poranne niebo o wschodzie słońca kojarzę z landszaftem malarskim. Gdybym to zobaczył w ramach uznałbym za nienaturalne, wręcz niechlujne. Chmury po lewej, jakby wyraźnie niedbałe pociągnięcia pędzla. Widać, jak coraz mniej farby na krańcach obłoków strzępi jej kształt. Po prawej od wschodzącego słońca, chmury malowane... kciukiem. Wyraźne linie papilarne zwariowanego malarza któremu zachciało się malować palcem. Niezwykłe ale prawdziwe.

Ciągle czytam Ulissesa. Ten Joyce to był zdrowym świrem. Gimnastyka z wyrażeniami, nieprawdopodobne skróty, nazewnictwo nie z tej ziemi, niewiarygodny splot zdarzeń i niesamowita wiedza autora. Mimo pozorów bezwładności on doskonale wie o czym pisze. Tylko czytelnik często głupieje. Często mnie denerwuje... no cóż, to jest Joyce, cały ten cholerny Irlandczyk, żeby użyć jego sposobu przedstawiania. Przewrotny, bałamutny i obrazoburczy. A jak jestem dopiero w połowie.
Brak czasu...


13 lutego 2005 (niedziela)

Niedziela leniwa. Niestety, trochę kac mnie męczy. Partowanie, winko, zarywanie nocy – to wszystko teraz wychodzi...
Siedzę, piszę, słucham polskich audycji radiowych.
Zaglądam na podwórko. Podziwiam palmę daktylową. Jeszcze parę lat temu była ledwie wegetującą przez wiele lat w doniczce, roślinką bardziej przypominającą stokrotkę, niż potężne drzewo. Teraz już obficie owocuje.
garden6 (1).jpg Za parę miesiący daktyle będą gotowe do spożycia. Nabiorą koloru i jeszcze się powiększą. Słodkie pożywne daktyle, ileż to już lat minęło od czasu kiedy je jadłem prosto z drzew w Iraku...

Przeczytałem właśnie (między wierszami) wypowiedź pracownika lubelskiego IPN-u, że tzw. lista Wildsteina to... tylko lista Warszawy i okolic!
Na Boga, to ile nazwisk zawiera lista c a ł e j Polski!!!

« Plebiscyt - felieton | Strona główna | Mój gość - Marek Baterowicz - literat »