« Noworocznie - felieton | Strona główna | Plebiscyt - felieton »

15 stycznia 2005

Dzienniki - styczeń II - 2005

Zamiast na poranny marsz, wyszedłem na podwórko aby trochę popracować wokół domu.

Strzyżenie trawników, podcinanie pnących krzewów i inne tego typu prace, które trzeba od czasu do czasu robić. Pogoda w sam raz, nie jest gorąco...
garden1 (2).jpg

17 stycznia 2005 (poniedziałek)

Wczoraj wygrzebałem z domowego archiwum muzycznego kasety Niebiesko-Czarnych i słuchałem stare numery tej tak lubianej kiedyś grupy. A natchnęła mnie do tego niedawna śmierć J.Popławskiego – gitarzysty tej grupy.
Dziś zaskoczyła mnie prezentacja mojej „twórczej” sylwetki na internetowej stronie Pulsu Polonii. Wiedziałem że coś ma być, ale się nie spodziewałem że tak szybko. To pewnie pani Ernestyna Skurjat zadziałała. Jest parę słów o mnie, są moje wiersze ilustrowane pięknymi roślinami australijskiego buszu. Miłe...

Czytam Joyce... Jak Joyce to Ulisses, jak Ulisses, to dżungla literacka. Niewielu nie przygotowanym udało się przedrzeć przez te nieprzebrane masy aluzji filozoficzno-religijnych, zamaskowane symbole z różnych dziedzin życia i sztuki. Sam próbowałem bezskutecznie już dwa razy. Tym razem idę uliczkami Dublina dnia 16 czerwca 1904 roku wraz z panem Bloomem bez większych przeszkód, choć ciągle jestem we wczesnym stadium wtajemniczenia.
James Joyce zapoczątkował tym utworem nowy rodzaj literatury (przełom w dotychczasowym kanonie pisarstwa). Wprowadził tzw. monolog wewnętrzny. Dodaje on mianowicie, opisy stanu ducha bohaterów wplatając oprócz dialogów (pisanych nie standardowo) ich myśli w trakcie akcji. Opisuje w ten sposób równocześnie zjawiska wewnętrzne i zewnętrzne, no a poza tym, Joyce jest mistrzem opisów ciała ludzkiego w jego bilogiczno-psychologicznej formie.
To wszystko jest wypisane „jak leci” (stąd ta dżungla) i ciężko się połapać, co jest czym. I na tym polega trudność czytania tej książki. Ale nastrój prowadzony jest mistrzowsko i to mnie w tym dziele urzeka.

19 stycznia 2005 (środa)

Uprawiam slalom między sprinklerami w pobliskim parku o słonecznym poranku. Woda mocnym strumieniem na dwa metry do góry zalewa wszystko w promieniu sześciu metrów. Jeden sprinkler akurat skierował się w moją stronę i aby uniknąć chłodnego tuszu uciekam na mokrą trawę wymijając przeszkodę. Prawdziwe, australijskie lato...

Znów nie mam czasu na nic. Tym razem śledzę poczynania tenisistów z całego świata w jednym z najważniejszych turniejów tzw. Wielkiego Szlema – Australian Open, który właśnie się rozpoczął. Tylko US Open i dwa europejskie turnieje: Wimbledon i French Open, mają taką rangę, tzn. dają tyle punktów do rankingu i tak dużo pieniędzy w postaci nagród (tutaj 14.5 mln USD). A więc, zjechała się do Australii śmietanka tenisistów. Tym razem jest i Domachowska z Polski (dobrze się zapowiadająca) i jeszcze trzech tenisistów. Kibicuję głównie „naszym” tzn. Hewitt’owi i Alicji Molik (Polka z pochodzenia) – obydwoje z Adelaidy. A emocje dopiero się zaczynają. Więc przez najbliższe dwa tygodnie będę to oglądać.
A i ciekawy wyścig kolarski jak co roku rozgrywany jest w naszym stanie. Najlepsi kolarze profesjonalni zjechali się tu aby szlifować formę w naszych okolicach. Wyścig 6-cio etapowy, zaczyna się i kończy w śródmieściu miasta - Adelaide. Niestety, tym razem nie ma żadnego Polaka. Dzisiaj ich dopiero dogrzeje, temperatura w dzień... 36°C!

21 stycznia 2005 (piątek)

Już od rana wpadłem w „felietonowy amok”. Tylko dotarłem do pierwszego mostku, a myśli zaczęły się formować w zdania, tworząc szkielet felietonu.
most6 (1).jpgA na mostku wesoło; parę srok, dwie papugi a w pobliżu kurka wodna na swych długich nogach, przezornie oddala się ode mnie na bezpieczną odległość. Nie zawsze temat do felietonów tak gładko wpada, jak melodia. Oj, nieraz trzeba się nadumać, napuszyć, nastękać aby coś z głowy wyszło w postaci tematu, intrygi przyprawionej farsą. A tu masz, wpadła mi do głowy informacja medialna z przed paru dni, o oświadczeniu katolickich biskupów australijskich i temat prawie gotowy. Choć akurat w tym temacie o farsę trudno.
Układam sobie to w głowie przechodząc przez pusty dziedziniec szkolny. Jeszcze ponad tydzień i tu będzie gwarno. Dzieciarnia powróci z wakacji. Zacznie się cotygodniowy młynek; zawożenie na muzykę, uczestnictwo w treningach tenisa, mecze w netball i rozgrywki tenisowe, często w dwa dni pod rząd. Tydzień się wypełni. Ale teraz jest spokojnie, choć przedwczoraj w nocy burza spać nie dawała. Burza z piorunami to nie takie częste zjawisko tutaj, ale się zdarza, nawet w moich myślach. Oto moja Burza szalejąca we mnie i napisana siedem lat temu.

BURZA

Burza nadchodzi;
skłębione powłoki granatowych
poduszek kołysanych na wietrze,
z zasłoną ciemnego atłasu kryją
ostatnie fragmenty błękitu,
wtem nagły piorun rozszarpał niebo,
grzmotem potwierdza swoje nadejście.

Burza nadchodzi;
jeszcze łagodna w powiewie i chłodzie,
ciężkie jak dzbany pierwsze krople deszczu,
jeszcze z umiarem schładza wir powietrza,
dając świeżości alegorię błędną,
jeszcze w porywach nie taka okrutna,
rozkołysała drzewa dookoła.

I oto jest;
z całym bezładem swego rozpasania,
dmie grozy miechem, smaga i powala,
błyskawic głowni łuną rozpalona,
dudni i ryczy jak olbrzym gdy kona,
wodospad deszczu milionem strumieni,
biczuje wszystko co skłania się ziemi.

Ciągle się jeszcze srodze nadyma,
pożogą błyskawic straszy,
grzmoty w oddali z echem zawodzą,
deszczyk już tylko kropi.
Jeszcze gdzieniegdzie wichrem zawyje,
odkryje kosmyk błękitu,
otuli swędem pogorzeliska,
tak, to umiera żywioł…

24 stycznia 2005 (poniedziałek)

Weekend zleciał szybko. Tyle rozmaitości. Varietes… czyli wszystkiego po trochu, z umiarem, ale wesoło. A więc, coś dla ducha i ciała. I sport i sobotnie party u znajomych.
Wesoło było, śpiewy przy gitarze, nawet harmonijka ustna i to… bluesowa. Pogoda jak zwykle dopisała.

Czyż nie dobija się koni…?
Leży skulony na boku w konwulsjach. Ból i agonia. Jeszcze parę metrów, już go wyraźnie widzę. Niczym dwa wąskie, zielone listki eukaliptusa, leży w beznadziejnym stanie, rozpaczliwie wierzgając nogami. Prawdopodobnie ofiara wypadku, potrącony przez samochód. Pojazd mechaniczny przeciwko tak nikłej istocie... Już jestem nad nim. Mrówki szarżują. Paru harcowników poszło do ataku. Atakują głowę, zaczynają od mózgu. Stępić świadomość i instynkt samoobrony, później pójdzie gładko… Teraz jest niebezpiecznie, można w ostatniej chwili zostać zjedzonym, połkniętym jak Jonasz, w ostatnim tchnieniu życia ofiary. Konsumpcja, walką o przeżycie! Zjeść wroga, główny cel ofiary. Czy by się z tego wykaraskał? Gdyby nie ci… koniożercy.
Teraz albo nigdy… w ułamku sekundy, większym niż normalnie krokiem, przelatuję obcasem buta sportowego tuż nad żywotem poranionego konika polnego i jego oprawców. Mrówki z werwą zabrały się do zielonej głowy. Tylko wytrzeszczone oczy świadczą o jego gehennie. Konik trzepie nogami na wszystkie strony, on już wie że szanse przeżycia zmalały do zera. No bo, ani nagły podmuch wiatru, ani ulewa nie poniesie go w bezpieczne miejsce, gdzie miałby szanse wylizać się z ran. Kuzyni, czyli szarańcza też nie wybiorą się w te strony aby go “odbić”. Nie mówiąc już o człowieku który właśnie obojętnie przeszedł nie udzielając mu pomocy.
Po paru krokach obejrzałem się, sytuacja bez zmian, tylko ciemniej wokoło.
Mrówki nadchodzą…

26 stycznia 2005 (środa)

Dziś święto – święto Australii. Zawsze mieliśmy ten świąteczny dzień „przylepiany” do weekendu, lecz chyba od zeszłego roku, uznano że 26-ty musi być 26-ty, a nie jakiś inny. No i mamy dzień wolny w środku tygodnia. Planowałem tyle różnych rzeczy na ten dzień, ale z powodu bólu w krzyżu który dopadł mnie w poniedziałek i ciągle trzyma, ograniczamy dzisiejszy dzień do: odwiedzin mojej mamy, oglądania kolejnych meczów tenisowych (grają nasi) i wspólnego spaceru po Glenelg’u (ładnej przymorskiej okolicy). Tam są zawsze jakieś atrakcje w ten dzień i pewnie będą tłumy. Co prawda, ma być bardzo gorąco – powyżej 35°C i parno, a może nawet burze. Uroki tropiku w naszej strefie geograficznej.

28 stycznia 2005 (piątek)

Niebo zaczarowane. Jakby oglądać cały świat przez obiektyw z pomarańczowym filtrem, za chwilę z czerwonym, potem... granatowym. Wszystko to przecina od czasu do czasu błyskawica gdzieś w oddali, a z boku przebija się przez chmury wschodzące słońce. W radio żartują, że to już chyba koniec świata. Oglądam te dziwy przez okno i oczom nie dowierzam, takie poranki nie zdarzają się codziennie. Jest ciepło, wręcz parno już z samego rana. Pośpiesznie wybieram się na poranny marsz. Kiedy się już ubrałem i stanąłem w drzwiach gotowy do wybiegu, zaczął padać deszcz... Zrobiło się szaro, czar prysnął jak bańka mydlana. Żółwim krokiem poszedłem pod prysznic.
Dziś piątek. Tydzień minął jak kometa. Weekend, dwa dni pracy i święto, znów dwa dni w pracy i weekend. Nieźle. Dziś wieczorem dziecko gra pierwszy w tym roku mecz ligowy w tenisa. Poza tym, Hewitt rozgrywa półfinałowy mecz z Rodickiem. Same atrakcje.


31 stycznia 2005 (poniedziałek)

Jeszcze raz sprawdza się przysłowie : Cudze chwalicie swego nie znacie. W sobotę wybraliśmy się
LOFTY2 (1).jpg
w większym gronie w adelajdzkie wzgórza. Wiele razy tu byłem, a za każdym razem odkrywam coś co mnie zauroczy. Najpierw „zrobiliśmy” Mount Lofty Botanic Garden. Ileż tu wspaniałości przyrodniczych. Idąc ścieżkami parku przypomniałem sobie nasze niedawne wyprawy w dalekie zakątki Victorii. Tu mamy uroki tego samego pod nosem. LOFTY1 (1).jpg Później przejażdżka po cudownej okolicy przez Stirling do Hahndorfu – niemieckiej osady z wieloma atrakcjami. Po drodze zielono i malowniczo.

Cała sobota niczym wakacyjny dzień przeszła w oka mgnieniu. Niedziela natomiast bardziej sportowa, no i wielki finał Australian Open, w którym Safin pokonał całkiem zasłużenie Hewitta. Safin dostał za ten wysiłek, bagatelka... milion dwieście tysięcy australijskich dolarów.

« Noworocznie - felieton | Strona główna | Plebiscyt - felieton »