« Dzienniki - styczeń I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - styczeń II - 2005 »

14 stycznia 2005

Noworocznie - felieton

Przyszedł Nowy Rok, a więc czas na noworoczne postanowienia i przyrzeczenia.

Jakoś nie bardzo przemawiają mi te wszystkie śluby składane na okoliczność tego wydarzenia. No bo tak naprawdę, zmiany w przyzwyczajeniach, złych nawykach, czyli poprawę charakteru można dokonywać (przynajmniej usiłować) w każdej chwili, nie tylko na nowy rok. Można to robić z okazji urodzin, imienin swoich jak i bliskich, jak na przykład: bijący żonę powinien w dniu jej święta obiecać sobie (a może jednak lepiej jej), że już więcej bić jej nie będzie. Albo skorzystać z sugestii minister polskiego rządu, Magdaleny Środy i… być mniej religijnym. To podobno pomaga - takie panaceum na los polskich kobiet wykoncypowała ta zdolna kobieta.
Inna brzydka przywara: kłamstewka. Pal licho, jeśli mówimy tylko o tych drobnych, niewiele znaczących czyli nieszkodliwych społecznie, ale kłamstwa “ludzi trzymających władzę” to już monstrualne przekręty. Tym, to żadne noworoczne przyrzeczenia nie pomogą, bo i komisje sejmowe nijak uporać się z nimi nie potrafią. Ale o czym tu mówić gdy nawet krystaliczni do tej pory ludzie (tak przynajmniej sądziliśmy), pomnikowe postaci minionego etosu walki z komuną, są osobami co najmniej dwuznacznymi i ufać im już więcej nie sposób.
Co rusz, niczym króliki z kapelusza magika, wyskakują osoby uważane do tej pory za nieskazitelnie czyste, z życiorysem nieskażonym brudnymi sprawkami współpracy z komuną. Doszło do tego, że my z Zenkiem zaczęliśmy nawzajem podchwytliwie się wypytywać o naszą przeszłość z czasów PRL-u. Nie dajemy się – jak do tej pory - na niczym złapać, życiorysy mamy czyste i już... Jedynie Maggi złożyła oświadczenie lustracyjne, że i… owszem, do ZMS-u się kiedyś zapisała, ale tylko dlatego, aby pojechać na upragnioną wycieczkę do NRD. Bo ona tak wtedy marzyła o wielkich podróżach. Spowiedź tę przyjęliśmy ze zrozumieniem i od tej pory nie nękamy jej już trudnymi pytaniami.
Cóż, współpraca z tajnymi służbami, czyli świadome donosicielstwo to rzecz nieodwracalna. To fakt, tak było. Teraz tylko można machnąć ręką, czyli pogrubić kreskę Mazowieckiego, albo upublicznić materiały których szczątki w postaci tzw. listy Macierewicza od lat wędrowały po kuluarach salonów i kuchniach Rzeczpospolitej. (Wiadomo nie od dziś, że kucharki wiedzą najwięcej).
Generał Kiszczak twierdzi, że dla niego współpraca to nic nadzwyczajnego (w podtekście daje do zrozumienia, że to było zjawisko nagminne), tylko kwestią jest... jakość tej pracy. I tu znów podkreśla, że wielu robiło to bardzo dobrze, z sercem, wręcz… nadgorliwie. Jednym słowem, przykładano się do powierzonych zadań.
Co nas - czyli Zenka i mnie - najbardziej denerwuje, to fakt, że taki gen. Kiszczak szczerzy zęby przed kamerami - bo on wie, a my nie!
Czy nie czas najwyższy aby w ramach postanowień noworocznych jakaś komisja (to słowo tak modne obecnie) podała do ogólnej wiadomości nazwiska najbardziej zasłużonych na niwie obrony komunizmu pod przykrywką, czyli tajnych współpracowników. Mamy IPN - prawdopodobnie jest to najlepsza jednostka do upowszechnienia tej wiedzy. Dlaczego tylko panowie pokroju Kiszczaka czy Urbana mają wiedzieć? Czyżbyśmy jeszcze jako naród do tego nie dorośli?
Czy tajemnice PRL-u mają niczym UFO w wyobrażeniu większości być tajemnicą wybranych?
Obawiam się, że sprawa tajnych współpracowników, świadomych donosicieli, pozostanie nadal tajemnicą poliszynela.


Wasz Chris

« Dzienniki - styczeń I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - styczeń II - 2005 »