« Zwyczaje - felieton | Strona główna | Noworocznie - felieton »

1 stycznia 2005

Dzienniki - styczeń I - 2005

Pierwszy dzień roku trochę pochmurny. Kiedy wyszedłem w piżamie przed domek (co za widoki i zapachy), nie było wcale źle, trochę wietrznie.

Prawie przespałem nadejście nowego roku. Nie pamiętam kiedy mi się coś podobnego przydarzyło. Zawsze spędzamy czas sylwestrowy poza domem na wakacjach, ale zawsze bywałem aktywny. W tym roku, nawet nie napiłem się dobrze wina i... kaput. Z przerwami na drzemkę obejrzałem feerę barw ogni sztucznych z Sydney i jak przez sen pamiętam całusy życzeń noworoczych. Spałem jak suseł. Ale za to rano, wyszedłem przed domek na noworoczną sesyjkę golfa. Co za przyjemność...
ADR21 (2).jpgZaliczyliśmy już prawie wszystkie krótsze trasy wędrówek po parku narodowym Wilsons Promontory. Jeszcze dziś zrobimy trzy bardzo krótkie wycieczki i będzie komplet.

Macham tym kijem i sobie myślę: jak dobrze być daleko od palestyńskiego Hamasu, libańskiego Hezbollahu, irańskiego Ajatollaha Chameneiego, czy innych strasznych tego świata, nawet od tego polskiego piekiełka. Wtedy owoce mango lepiej smakują i wszystko ma jakiś sens. A to jest ważne... Widzieć sens!
WILS11 (2).jpg


3 stycznia 2005 (poniedziałek)

Od wczoraj jesteśmy w Lake Entrance. Jestem tu pierwszy raz w życiu. Wczasowa miejscowość u wybrzeży Pacyfiku między Melbourne i Sydney. Fale morskie (brr, jak to się teraz źle kojarzy) w blasku słońca zapraszają wręcz do chłodnej toni oceanu.
Idę na długi poranny marsz wzdłuż dzikiego półwyspu. To tu ciągnie się tzw. The Ninety Mile Beach (Dziewięćdziesięciomilowa plaża). Czyli prawie 150 kilometrów złotej wstęgi piasku wzdłuż szmaragdowego wybrzeża. Teren ciekawy, urozmaicony wśród buszów przybrzeżnych . Trochę się zmęczyłem, bo w drodze powrotnej wybrałem się wzdłuż plaży a nie buszem, a tu piasek jest tak sypki, że zapada się nawet tuż przy wodzie. Po kilometrze takiej wędrówki przedarłem się przez wysokie wydmy z powrotem na trasę pośród krzaków. Dziewiczość przyrody nawet tu przy tak uczęszczanym szlaku można podziwiać w postaci nieznanych mi dotychczas krzewów ni to porzeczek ni malin. A i pnącza jakieś takie inne. Tu się nie można nudzić... Muchy też pamiętają i często męczą człowieka w czasie marszu.
Miasteczko wielkim kurortem nie jest, ale to i dobrze... Choć w przewodnikach piszą, że 8 tysięcy stałych mieszkańców w sezonie jednorazowo gości 30 tysięcy.
LAKE11 (2).jpg


5 stycznia 2005 (środa)

Korzystamy z uroków pięknej plaży a szczególnie dziecko ma frajdę. Z deską surfingową gania się z falą.
Na dobre powróciłem do rutyny dnia i codziennie chodzę w inną stronę. Wszędzie towarzyszy mi szum oceanu, piękne widoki, no i parę much...
W okolicach jest pięć jezior i rzek je zasilających. To wszystko miesza się w wodami oceanu i często nie wiadomo czy ta część należy do jeziora czy to już ocean. Chodzę też miejską promenadą nadbrzeżną, to też ma swój urok, zdarzy się zobaczyć ciekawą (z wyglądu) kobietę – o dziewczynach nie mówię, bo nie chcę być posądzony o pedofilię. Natomiast muszę stwierdzić, że... polskich kobiet tu brak. Australijki na urlopie są na ogół nieciekawe, zbyt na luzie, bez cienia elegancji. Bez szykowności, która cechuje Polki nawet na wczasach. Za to przyroda wynagradza te braki. Widoki są niespotykane gdzie indziej...wils2x (1).jpg
Zamiast prawdziwego golfa, gramy tu codziennie w bardzo popularny mini-golf. Całe rodziny spędzają godziny na ciekawie zaprojektowanych mini parkach golfowych. A jest tu ich, trzy.
Do tej pory wygrałem tylko raz, zmieniamy się szczęściem...

Media w podtekstach krytykują ludzi którzy ciągle przyjeżdżają na wczasy, do miejsc dotkniętych tragedią tsunami. Do kurortów okrytych żałobą. Może to wygląda na ekstrawagancję, ale czy w czasie wojen światowych, kiedy ginęło miliony ludzi inni nie jeździli na wakacje, nie planowano urlopów, czy zabaw sylwestrowych?
Życie większości świata toczyło się normalnie. Tylko kilkanaście narodów znajdowało się w pułapce tragedii którą inni im zgotowali.
Kiedy tysiące ginęło w komorach gazowych czy na polach bitewnych setki opalało się na plażach Ameryki czy Australii, inni prowadzili względnie normalne życie. Czy można ich za to winić?
Życie jest życiem, natura nie znosi pustki. Na grobie jednostki wzrasta życie innej. Najlepiej to widać w lasach tropikalnych. Czy w tym przypadku ganić kogokolwiek...?
Wybryk natury?! Gniew Boga?! Naturalna katastrofa geologiczna?!
Bogu dzięki, że to nie miało żadnego związku z głupotą ludzką...


7 stycznia 2005 (piątek)

To już dwunasty dzień od naszego wyjazdu i przedostatni. Po śniadaniu opuszczamy Lake Entrance i po trzech godzinach będziemy z powrotem w Melbourne. Póki co idę na ostatni w tej okolicy marsz poranny. Przyjemnie tu wypoczywać ale nie jest to miejscem gdzie chciałoby się koniecznie wrócić. Wszystko tu jest OK i krajobrazy i pogoda nie najgorsza, sporo turystów, ale jakby tu brakowało... ducha. Po szóstej wieczorem prawie wszystko jest zamknięte, robi się pusto i atmosfera wyparowuje.

Dochodzi mnie wiadomość o śmierci Janusza Popławskiego. Wieloletni muzyk Niebiesko-Czarnych, doskonały gitarzysta, kompozytor i publicysta. To on skomponował niezapomniane Adagio Cantabile znane w wykonaniu W. Kordy. W ogóle, to jakieś fatum ciąży na członkach tej grupy: Ada Rusowicz, Helena Majdaniec, Zbyszek Podgajny i Czesław Niemen – wszyscy już nie żyją, a teraz On...


10 stycznia 2005 (poniedziałek)

Znów idę po z dawna przetartych ścieżkach z nieskazitelnie błękitnym niebem nad sobą w pobliżu domu. Tak, wakacje się skończyły. Już dziś trzeba iść do pracy. Nawet nie pamiętam co tak dokładnie będę robił, pamiętam tylko, że zostawiłem sobie coś aby po powrocie łagodnie przejść „transition phase”. Przez ten cały okres (18 dni) nawet nie pomyślałem o pracy. To chyba dobrze, to znaczy że mnie nadmiernie nie stresuje.
W piątek wieczorem odwiedziliśmy jeszcze innych znajomych we wschodnich dzielnicach tego wielkiego miasta.
W sobotę wieczorem wróciliśmy z Melbourne. Jeszcze rano grałem z naszym gospodarzem Denisem w golfa, a później już cały czas w drodze. Przejechałem tę trasę wiele razy ale dopiero tym razem nie robiłem międzytankowania – 800 kilometrów na jednym baku, całkiem nieźle. Współczesne samochody to już całkiem co innego, niż te z lat 70-tych czy 80-tych.

Australia zbiera wszędzie datki na ofiary tsunami. Do tej pory rząd obiecał miliard dolarów, a obywatele ofiarowali 150 milionów dolarów. Jest to największa suma per capita na świecie. Ludzie są naprawdę szczodrzy, to trzeba przyznać. Podejrzewam, że osiągnęło to tutaj skalę polskich kwest Wielkiej Orkiestry świątecznej Owsiaka. Dają wszyscy, i dobrze, choć w ten sposób trzeba ludziom pomóc.


12 stycznia 2005 (środa)

Przyjemny poranek choć zapach spalenizny czuje się w powietrzu i wzdłuż wzgórz rozciąga się szaroróżowy nie kończący się obłok. To efekt pożaru w podmiejskich terenach zalesionych, który wciąż pali się pod „kontrolą”. Natomiast drugi wielki pożar w naszym stanie trawi setki hektarów 300 kilometrów od Adelaide po drugiej stronie zatoki Spencera. Niestety zginęli ludzi a kilkanaście innych jest zaginionych. To efekt ostatnich upalnych dni. Dzisiaj już dużo chłodniej, nie pownno być więcej niż dwadzieścia kilka stopni, ale już jutro lato powraca.
Takie są zalety i wady ciepłego klimatu...
Nie wspomniałem nic o powrocie do pracy. Bo nie ma o czym. Wszystko po staremu. Jutro idziemy znów razem do knajpy w czasie lunchu pożegnać kolegów.
Uporałem się w końcu z zaległą korespondencją i powróciłem do „normalności”.

14 stycznia 2005 (piątek)

Jak przyjemnie jechac do pracy w towarzystwie J.S. Bacha. Koncerty Branderburskie są tak odświeżające i odprężające jednocześnie.
Wczoraj, rzuciła mi się w oczy informacja opracowana przez S. Guzińskiego odnośnie edukacji w Australii. Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty tego artykułu:

…“Badania przeprowadzono z udziałem 250 tysięcy uczniów w wieku lat 15, reprezentujących 41 krajów całego świata. Australijska grupa liczyła 12 tysięcy. Testy trwały 2 godziny, a po raz pierwszy przeprowadzono je w roku 2000.
Pierwsze miejsce zajeła Finlandia, a za nią uplasowały się Australia, Korea i Kanada - na miejscu drugim ex equo”...

W tym samym artykule dowiadujemy się że:

“… podano, że polscy uczniowie też spisali się dobrze, znacznie poprawiając swoją pozycje w rankingu. Uplasowali się przed Amerykanami i Niemcami i po raz pierwszy weszli do pierwszej dwudziestki państw biorących udział w badaniach”.

A ja przez lata słyszałem narzekania emigrantów (głównie z Polski), jaki to niski poziom edukacji jest w tym kraju. Jak to źle tu uczą. Nie mając specjalnie doświadczenia nie wypowiadałem się na ten temat. To prawda, że można tu edukować się przez wiele lat i żadnego wierszyka na pamięć nie znać, większości formułek i dat nie wykuć na blachę. Tu uczą inaczej. Zresztą, nie tylko tu. Rozumowe i praktyczne podejście do nauki, jest głównym celem tutejszego szkolnictwa. Trzeba stwierdzić – jak do tej pory nie wynaleziono idealnego modelu edukacji, ale nie można w czambuł potępiać systemu którego się nawet dobrze nie rozumie, a przecież efekty jakieś są…

« Zwyczaje - felieton | Strona główna | Noworocznie - felieton »