« Polskie reality - felieton | Strona główna | Zwyczaje - felieton »

15 grudnia 2004

Dzienniki - grudzien II - 2004

Lato wraca.
Chłodne poranki, ciepłe (gorące wręcz) dni. Dziś kolejny, służbowy lunch w restauracji. Jest to jedna z zalet firmy dla której pracuję.

Zwykle tego dnia nie jadam prawie śniadania, bo porcje w restauracji są olbrzymie. Restauracje o tej porze roku pękają w szwach. Lunche zwykle zakrapiamy najlepszymi (czyt. najdroższymi) winami. Muszę się przyznać, że jestem uznawany za znawcę win w naszym gronie i na mnie spoczywa ciężar (oby takich ciężarów więcej) wyboru trunku na stół. Wybieram najdroższe... bo przecież płaci firma. Kto by to pomyślał. Jeszcze siedem, osiem lat temu Johnny Walker był mi jednym z największych przysmaków. Człowiek się zmienia, pomyślałem.

Golf – nie pamiętam kiedy ostatnio sam grałem, lecz teraz jest tego sporo w telewizji, bo nastał sezon na turnieje w Australii. Transmisje trwają po 6 godzin dziennie i nie sposób wysiedzieć non-stop przed telewizorem, więc oglądam z doskoku. Fascynuje mnie ta dyscyplina sportu, ze względu na otoczenie w jakim jest rozgrywana. Przestrzeń i przyroda, ptaki, zapach drzew i krzewów. Jak ja to lubię...
Znowu dygresja, przepisując tę stronę (bo zwykle mam to na skrawkach papieru) słucham kabaretu Z. Laskowika i co chwila wybucham śmiechem. Ciągle, od tylu lat – ten to umiał bawić. A propos, słyszałem, że ma nowy kabaret Obora, ale nie słyszałem jeszcze nowych kawałków...


17 grudnia 2004 (piątek)

Słońce nie dało szans zieleni.
most1 (2).jpg Już od wczoraj grzeje po staremu i wzgórza natychmiast zmieniają odcień. Robią się szarobure.
Wczoraj też wydarzyła się tragedia przy jednej z miejskich plaż. Osiemnastoletni surfer został zaatakowany przez dwa rekiny 300 metrów w głębi zatoki jednej z centralnych plaż i dziś rano odnalezli tylko jego szczątki (właśnie podano w wiadomościach). Tak to jest, z tym zwierzątkiem człowiek nie ma szans w wodzie. Od wielu lat nie słyszało się o takim przypadku aby na miejskiej plaży przydarzyło się to, a tu masz, West Beach – na przeciwko centrum miasta i taka tragedia. A mamy tych plaż miejskich sporo, ciągną się około 40 kilometrów.

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że pracuję na tym samym projekcie z wielkim sportowcem. Nie młody już (jak na sportowca) inżynier, ostatnio brał udział w międzynarodowych zawodach IRONMAN – 3.8 kilometra pływania, 180 kilometrów na rowerze i na koniec, bagatelka... 42,2 kilometra biegu maratońskiego. A ten skromny, niepozorny człowiek to wszystko zaliczył z dobrym skutkiem. Nieograniczone są możliwości człowieka.

A ja sobie idę dróżkami, uliczkami i alejkami parkowymi w ciszy poranka. Coraz spokojniej...


19 grudnia 2004 (niedziela)

Już do znudzenia wspominam o tych świątecznych imprezach, ale dla kronikarskiej dokładności muszę wspomnieć że wczoraj... znowu. Tym razem w klubie tenisowym dziecka. Dzieci korzystając z upalnej aury w najlepsze zabawiali się tak popularnymi balonami wodnymi. Po godzinie trudno było znaleźć suche dziecko, a my w budynku klubowym zajadaliśmy się barbecue, popijaliśmy lekkie trunki i prowadziliśmy towarzyskie „razhawory”, ale i karaoke nabierało popularności w trakcie wieczoru. Mówiąc o lekkich trunkach, muszę wyjaśnić, że tu się pija wino (13-14% alkoholu), piwo (5-2%) i wszelkiego rodzaju mieszanki alkoholowe nie zawierające więcej niż 5%. To wszystko.. Nie muszę prawdopodobnie wspominać, że znowu wygraliśmy nagrodę w loterii (to już tradycja). Tym razem aby było ciekawiej, zgarnęliśmy drugą i trzecią. Drugą – (wielka butla szampana) rozczęstowaliśmy na miejscu. Towarzystwo mieszane – oprócz najlepszych tenisistów naszego stanu, graczy rekreacyjnych, byli i ludzie tacy jak my, związani z tą grą przez występy dziecka.
Dopiero teraz zaczynam rozumieć, jak ciężko z dobrego tenisisty-amatora, przekształcić się w zawodnika profesjonalnego. Ile to wymaga pieniędzy, talentu, pracy i samozaparcia. Akurat kolejność tych spraw nie jest regułą i zależy od indywidualnych sytuacji i predyspozycji. Pisząc o trunkach, miałem na myśli Australijczyków. Nie dotyczy to nas Polaków. W polskich domach (u mnie też), zawsze jest duży wybór mocnejszych trunków do wypicia (to ważne, bo gdzieniegdzie – tylko do oglądania).
Jeszcze trzy i pół dnia w pracy i WAKACJE!


21 grudnia 2004 (wtorek)

Piękne dni trwają. Letnia kanikuła w powietrzu aż pachnie. Przyjemnie się idzie o świeżym poranku, mimo że za kwadrans czy dwa trzeba się umyć, przebrać i jechać do pracy. reser1 (1).jpg
Mijam drzewa eukaliptusowe tzw. gum trees, kojarzące się z polskimi klonami i kasztanowcami. Klonami z liści, kasztanowcami z owoców. Przewrotna ta australijska flora.

Cały wczorajszy dzień trzymała mnie... wena poetycka, tak w pracy jak i później w domu. Pracowałem nad wierszem „Na koniec roku” a i dwa wcześniejsze cyzelowałem. Ileż to mitręgi wymaga często jeden wierszyk. A od pewnego czasu zacząłem głównie pisać rymem, zwracając przy tym bardzo uwagę na rytm wiersza i akcent. W ogóle koncentruję się na sylabach i melodyjności liryki. No i co najważniejsze, staram się oddać ducha mego. Przedstawić swój punkt widzenia. Wiem z doświadczenia, że to nie zawsze jest prawidłowo odebrane.

23 grudnia 2004 (czwartek)

Dziś - jest tym dniem... O drugiej po południu będę już na urlopie.

Ranek wspaniały, taki jak marzenie poranka. ulica1 (1).jpg
Ciepło i świadomość zmiany losu na najbliższe dni.
Zbliżam się do srok, oddalam od komputerów – jakie to przyjemne, wręcz podniecające.
Idę inaczej, jakby sakralnie – to jeszcze dwa, może trzy razy w tym roku po tych ścieżkach. Bóg w pobliżu, cień podąża z nami.
Mój kolega Hindus (z pochodzenia i wyglądu), obarzył mnie kolejnymi płytkami originalnej muzyki hinduskiej. Dał mi wczoraj 6 dysków, które kupił miesiąc temu w Indiach. Jednym z powodów tego kroku jest decyzja wyjazdu do Anglii na czas nieokreślony. Twierdzi, że woli oddać to w ręce kogoś kto docenia tę kulturę, miły komplement w moją stronę tym bardziej, że na upartego mógłbym być jego ojcem. Młody chłopak (trzydziestka) – jak na dłoni: charakter i sprzeczności etniczne w jednym .....

Dzisiaj też ostatnie oficjalne party... firmowe. W porze lunchu zejdziemy się wszyscy – zjemy, wypijemy (niskoprocentowe drinki) i pożegnamy się bez żadnych czułości (angielska mentalność) do następnego roku. Będzie okazja do podania ręki... A więc do zobaczenia 10-tego stycznia...

25 grudnia 2004 (sobota)

W wigilię rano przesiedziałem przy moim oczku wodnym na podwórku, medytując nad minionym rokiem.garden2 (1).jpg
Rok zły nie był, nawet był szczególny – tyle się wydarzyło, kawał świata zobaczyłem, stare kąty odwiedziłem, rodzinę w kraju uściskałem, a i organizm mnie trochę postraszył. Dzięki przypadkowi odkryłem, że jednak coś niedobrego się uplęgło i trzeba organizm kontrolować. No i takie tam różne mniej ważne sprawy. Ale generalnie, rok był zdecydowanie na plus.


Dzisiaj bardziej uroczysta msza w naszym australijskim kościółku parafialnym. Później dwie krótkie wizyty i jedna dłuższa – spotkanie rodzinne. Pogoda – marzenie, 27 stopni, słonecznie i spokojnie.
Póki co jednak, idę przed siebie i spalam wigilijne kalorie, te śledziki w różnej postaci, rolmopsy, baramandi i łosoś oraz pstrąg. Karpie do przysmaków tu nie należą, więc rzadko je jemy. A były i pierogi, i barszczyk z uszkami. Co by nie mówić, było tego sporo. A dziś rano, pot mi za uszami skapuje.
Właśnie ujrzałem śliczną papużkę. Zawsze myślałem, że ten gatunek to tylko papugi hodowlane, a to śliczne stworzenie na wolności sobie fruwa.
Jest spokojnie, ptaki śpiewają, ludzie jeszcze chyba śpią, tak naprawdę nie ma o czym pisać. Jest dobrze – czy to wystarczający temat na refleksje. Nie, w tym nie ma nic refleksyjnego. Temat jest interesujący, kiedy dzieje się coś, a zwykle dzieje się źle. Więc ja zamilknę, bo nie mam nic do powiedzenia...

27 grudnia 2004 (poniedziałek)

Dzisiaj wyruszamy na wakacje. Z samego rana wyjeżdżamy.
Święta minęły według większości życzeń: spokojnie i przyjemnie, no i zdrowo, choć za dużo jadłem, szczególnie w wigilię. Wczoraj się spakowaliśmy, a dziś już w drodze. Pierwszy etap do Melbourne. Wieczór spędzamy u kuzynów żony. On Australijczyk, „profesjonalny” działacz związkowy (próbowali swego czasu ściągnąć Wałęsę na spotkania, ale komuna wtedy nie popuszczała). Ona malarka-amatorka o polskich korzeniach, które na starość odkrywa. Prawie 800 kilometrów, drogi którą przejechałem już wiele razy, nawet nie pamiętam – ile...

Straszna tragedia na Oceanie Indyjskim. Informacje jeszcze szczątkowe, ale zanosi się na coś okropnego...

28 grudnia 2004 (wtorek)

Spędziliśmy miło czas u kuzynów żony. Parę lat temu wybudowali ten dom dość daleko od centrum, wyglądem przypominający dworek secesyjny. Wszystkie pomieszczenia wielkie i wysokie. Nie wszystko jeszcze wykończone, może dlatego czuje się tak tę przestrzeń. W końcu, dwie osoby żyją na 400 metrach kwadratowych.
Co mnie zauroczyło – backyard, czyli podwórze z tyłu. Swobodnie można używać 6 iron (kij golfowy), do flagi ustawionej w tylnej części ogrodu. Oczywiście pograliśmy trochę, było barbecue i,... wódka.
Jak zwykle, długie rozmowy o Polsce (o dalekiej rodzinie, bo o polityce to nie ma co nawet próbować: na pewno by nie zrozumieli).
Dziś już jedziemy dalej, najpierw przez San Remo (nazwa romantyczna, samo miasteczko – nic specjalnego) i na Phillip Island. Sama wyspa ciekawa, to tu odbywają się corocznie najważniejsze wyścigi motocyklowe z serii Grand Prix. A miasteczko przy końcu wyspy – Cowes, niczym Hel w dawnych czasach – tonie w turystach. Jest chłodno i pokrapuje od czasu do czasu, no cóż... Victoria – cztery pory roku w ciągu dnia. Jak zwykle, nie zabrałem żadnych długich spodni, mam nadzieję nie spotkać śniegu jak się zdarzyło parę lat temu na Mt Hotham. A ja... w kąpielówkach.

Przygnębiła nas ta tragedia w południowej Azji. Straszne zniszczenia, mówią o paru tysiącach ofiar, ale nikt nie ma złudzeń: ta liczba będzie dużo większa. Katastrofa ta dotknęła najbliższych sąsiadów Australii, miejsc gdzie często spędzamy wakacje, czy zatrzymujemy się na parę dni w drodze do Europy i przez to są nam tak bliskie.
Nie ma mocnych na siły natury...


30 grudnia 2004 (czwartek)

Od dwóch dni jesteśmy na pierwszym docelowym miejscu – Wilsons Promontory. Jest to park narodowy w najbardziej wysuniętej na południe części stanu Victoria. Mamy wspaniały domek z widokiem na okolicę. W sumie (siędzę i opisuję) otaczam wzrokiem okolice odległą kilka kilometrów od nas. A tuż przy domku mam wymarzony teren do golfa. Teren 150 metrów na sto szeroki jest mi idealnym miejscem do treningu. Nie ma co prawda greens, ale jest się gdzie wyżyć. Oczywiście, nie używam tu woods (to takie kije z „bułą” na końcu), ale 4,6 i mniejsze irons można śmiało używać. Ja i tak nie mam wprawy z tymi „długimi” bo zawsze wychodzi mi slice (skrzywienie lotu piłki w prawo).
Więc teraz nie chodzę rano... a gram, to znaczy, trenuję uderzenia kijami golfowymi. Po śniadaniu wskakujemy do samochodu i odwiedzamy przepiękne zakątki tego parku. A krajobrazy tu, to bajka.
Wczoraj w pieszej wędrówce (zrobiliśmy w sumie 11 kilometrów), natknęliśmy się na węża.
Córka pierwsza przeszła ścieżką pod górkę, po kilkunastu sekundach nadeszłem ja i zauważyłem rozłożonego na całej szerokości (półtora metra) brązowego węża. Leniwiec ledwie mi ustąpił drogi, a ukąszenie jego to możliwa śmierć, więc starałem się go omniąć. W końcu zwinął się w okolicznych paprociach, a my poszliśmy w swoją stronę. Różnych jaszczurek tu co niemiara, a i strusia na drodze spotkaliśmy i kilka kangurków.
Pogoda ładna, staram się nie myśleć o niczym innym, żyję chwilą, tym co widzę, czuję, czym oddycham. W tutejszych lasach często pachnie niczym w zakrystii przy rozpalaniu kadzidła przed mszą w polskim kościele. Wiem, bo wiele lat temu byłem ministrantem.
Miejsce to ma tak wyjątkowy urok, ze względu na połączenie pięknych krajobrazów górskich (typu Beskidy), z szmaragdową wodą oceanu w niezliczonej ilości malutkich plaż poprzecinanych wzgórzami wchodzącymi wprost do oceanu. Tak, że po uciążliwych czasem pieszych wycieczkach, popołudnia spędzamy na jednej z takich plaż.


31 grudnia 2004 (piątek)

Tragedia na oceanie Indyjskim nie daje mi spokoju. Już ponad 125 tysiący ofiar, a będzie dużo, dużo więcej. Znajomi byli w tym czasie w Phuket (Tajlandia), ale właśnie wczoraj wieczorem dowiedzieliśmy się że są zdrowi i bezpieczni.
Przyjemnie oglądać i słyszeć, że samolot z Polski przywiózł dary pierwszej pomocy, dla tak potrzebujących ludzi.

Od kilku miesięcy (pobytu w Polsce), tak mi brakowało zapachu siana i ziół, a tu tego w bród. Łąka pachnie od rana do wieczora. To przy domku, a na wędrownych szlakach mamy krajobrazy aż kiczowate w swym pięknie. Tak zwane: million dollar views!
Znów siedzimy na plaży, tym razem Squeaky Beach – nazwanej tak, od piszczącego pod stopami piasku. Fale morskie wspaniałe; dobrze że to wody Pacyfiku...
Zmęczenie marszem szybko znika w chłodnej krystalicznej wodzie, wśród urokliwych skał.

Cóż, to już ostatni dzień roku.
Dzień jak codzień.
Oby takich więcej...

« Polskie reality - felieton | Strona główna | Zwyczaje - felieton »