« Dzienniki - grudzień I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - grudzien II - 2004 »

1 grudnia 2004

Polskie reality - felieton

Rozjechaliśmy się z Zenkiem na tydzień, każdy w swoją stronę. Ja w północne strony Polski, on na południe.

Odwiedzaliśmy swoje rodzinki. Po tygodniu spotkaliśmy się w umówionym miejscu.
- Siemanko! – przywitał mnie Zen.
- Cześć – odpowiedziałem niepewnie spoglądając na ciemną śliwę pod jego prawym okiem.
Zen nie czekając na pytania zaczął wyjaśniać.
- You know, poszedłem na mecz Świtu, była zadyma, a ja akurat siedziałem w sektorze gości bo tam więcej miejsca było no i dostałem drzewcem świtu, to znaczy flagi klubowej pod oko. Pocieszyli mnie, że to była tylko towarzyska zadyma, gdyby byl to mecz ligowy, to dopiero by się działo…
Ja natomiast, spokojnie czas spędziłem wśród znajomych i kuzynów. Parę dni temu odwiedziłem koleżkę z dawnych czasów. Nieźle mu się powodzi i co najważniejsze – nie narzeka jak wszyscy wokoło. Mieszka w blokowisku, jak tysiące mu podobnych. Domofony teraz wszędzie przy klatkach schodowych, tudzież kraty.
- Trochę przypomina mi to Alcatraz – odezwałem się niegrzecznie, przyglądając się koleżce otwierajemu ciężką kratę na klatce schodowej, a będąc ciągle pod wrażeniem niedawnego pobytu w USA.
- Co ty… - zbył mnie lekceważąco – teraz jest tu bezpiecznie. Jak po ciemku nie chodzisz, w knajpach nie przesiadujesz, omijasz parki i skwery, to nikt ci nic złego nie zrobi. A, i lepiej nie korzystać z komunikacji miejskiej.
- No a tym żulom pod blokiem pieniądze dajesz… - zauważyłem.
- A to co innego. Jak masz samochód i parkujesz pod blokiem… to mus dać. Inaczej, jak nie swoi to obcy z innego bloku zrobią ci demolkę auta. A tak, to ci pilnują.
- A już nie kradną samochodów?
- Kto by to wziął… O, jakbyś miał Toyotę Land Cruiser albo jakiś niemiecki to co innego, ale koreańczyka czy jakąś Skodę…wystarczy parę razy przez okno wyjrzeć dla świętego spokoju – lekceważąco machając ręką wyjaśniał koleżka.
- Polepsza się… - podsumowałem, a on z pewnością siebie przytaknął.
Odwiedziłem też kuzynostwo w innym mieście. Tym to się powodzi – słyszałem z ust znajomych. Obydwoje mają dobrą pracę w tej samej firmie konstrukcyjnej. Dzieci nie mają, więc…
Już przy naszym pierwszym spotkaniu usłyszałem, że będą zmuszeni sprzedać auto… bo nie wyrabiają.
- Co wam nie starcza? – zaprotestowałem.
Okazuje się, że pracują obydwoje, ale płacą im pojedyńczo. W jednym miesiącu jemu w drugim – jej i tak już od paru miesięcy.
- Ciągle nam wypominają, że jesteśmy szczęściarzami bo mamy obydwoje pracę – wyznała kuzynka.
- Szczęśliwcy za 1000 złotych na miesiąc, czyli jej pensję – wycedził kuzyn.
Reality shows tak modne w polskiej telewizji (jak i tu w Australii), wcale nie odzwierciedlają rzeczywistości , czyli realności w krajowym wydaniu. Tam ta rzeczywistość jest całkiem inna.
A poza tym lato w kraju jest przyjemne. Nikt się nie kłóci bo rząd przestaje urzędować, sejm przestaje debatować, komisje korupcyjne rozjeżdżają się na wakacje. Tylko żebracy – zwani tu menelami - ciągle pracują. Tuż przed spotkaniem z Zenkiem zaczepił mnie jeden z nich.
- Serdeczny panie, rzuć pan piątkę ofierze systemu!
- Którego? – zapytałem.
- No... obecnego – upewnił mnie menel.
Wasz Chris

« Dzienniki - grudzień I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - grudzien II - 2004 »