« Dzienniki - listopad II - 2004 | Strona główna | Polskie reality - felieton »

1 grudnia 2004

Dzienniki - grudzień I - 2004

Tolerancja! – Wielkie słowo. Tak sobie idę w chłodny pierwszogrudniowy poranek, a sroki zapiewają mi radośnie, że wreszcie upały się skończyły, a ja o tej tolerancji...


Jedni wołają o jej powiększenie, inni krzyczą: dość już tej głupoty!
Tolerancja: słowo klucz, którym można otworzyć wszystkie drzwi i jednocześnie wszystko zamknąć. W imię tolerancji robi się dziś dużo, dużo rzeczy mądrych ale i całą masę idiotyzmów.
Cała etyka nowoczesnego świata jest oparta na tolerancji. Tolerancja wyznaniowa, narodowościowa, orientacji seksualnej czy politycznej. I wreszcie tolerancja moralna. Zasady postępowania praktycznie nie istnieją, bo wszystko jest dozwolone. Oczywiście dozwolone w ramach praw ustalonych w danym obszarze, ale prawa te są naginane pod płaszczykiem modnej teraz tolerancji. A więc gdzie jest problem...
Problem jest taki że zostały usunięte wszelkie wzory które przez wieki były kultywowane jak moralny etos. Zostały usunięte z głośnych mediów rządzących dzisiejszym światem: z telewizji, filmów. Internet jako zjawisko medialne jest tworem nowym i tu jest dostęp do wszystkiego, chaotyczna mieszanka dobra i zła. Wybór należy do odbiorcy. Natomiast telewizja i kino nachalnie obłapia widza wszelkim chłamem, dewiacjami sugerując... że taki jest dzisiejszy świat. Pal sześć, jeżeli stara się to wmówić mnie czy innym doświadczonym ludziom. Niestety, media te nastawione są głównie na ogłupianie ludzi bardzo młodych. Kilkunastoletnie dziecko jest już bombardowane propagandą ekranu telewizyjnego, „dobrze” dobraną przez psychologów „nowej ery”.
Teraz, wszelkie dewiacje są możliwe do pokazania. Trzeba to tylko umiejętnie robić, a oni to robią doskonale.
Oczywiście, nie mam nic przeciwko zwyczajnej pornografii, kochających inaczej i innym hitom współczesnej ery. Problem jest tylko taki – wszystko ma mieć swoje miejsce. Dostępne tam gdzie można tego oczekiwać, we właściwych miejscach. Bo teraz pierwsze strony publikatorów okupują zachwaszczone sensacjami moralnie zbutwiałymi, telewizja i kino proponują i propagują szok humanitarny (bo na tym robi pieniądze), nie zwracając uwagi na szkody moralne młodego pokolenia a na NORMALNOŚĆ i WARTOŚCI ETYCZNE już miejsca nie ma. To nie jest COOL!.


3 grudnia 2004 (piątek)

Salam Alejkum! (pokój wam)
Kolega z pracy, biurko w biurko, często bywa służbowo na Bliskim Wschodzie: Kuwejt, Arabia Saudyjska. Z tych, często paromiesięcznych podróży przywozi różne gadżety. Od paru miesięcy raczy nas codziennie o 12-tej w południe, niczym hejnałem z wieży Mariackiej, zawodzącym głosem muezina wyśpiewującego inkantacje do Allacha. Jest to arabski zegar stołowy w kształcie meczetu z dwoma minaretami z - zamiast tradycyjnego dzwonka budzika - wbudowanym samograjem głosu tegoż świątobliwego człowieka, wzywającego wiernych na modlitwę.
Za każdym razem kiedy to włącza w biurze, jako żywo staje mi przed oczami, mój pierwszy kontakt z tą egzotyką. Dwadzieścia dwa lata temu po raz pierwszy stałem późnym wieczorem na ulicy Kuwejtu wschłuchany w ten magiczny głos.
Pamiętam jak dziś ten gorący wiatr i zapach powietrza, tak specyficzny dla tej strefy geograficznej i tą inność...
Te przemykające pustą ulicą biały szaty arabów. Niczym żagle prowadzące do portu.
Na drugi dzień rano, zamoczyłem nogi w zatoce Perskiej gdzie setki uchodźców z dalekiej Azji i Afryki skleciło sobie domki na wodzie.
Tak zaczynałem kilkumiesięczną przygodę z egzotyką arabskiego świata, będącego mi drogą ku wolności. INSZALLACH (będzie jak bóg da).


5 grudnia 2004 (niedziela)

Pogoda marzenie.
Dziś z samego rana, wybrałem się na codzienny marsz... z aparatem fotograficznym. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, więc będę teraz miał ilustracje do ubarwienia słów.
Do tej pory wychodziłem z założenia że wyobraźnia potencjalnego czytelnika poprowadzi go do ciekawszych skojarzeń niż załączona fotografia. Z drugiej strony, nie należę do mistrzów pióra którzy potrafią tak wyzwolić wyobraźnię. A więc wziąłem aparat do kieszeni i pomaszerowałem w kierunku pierwszego stawu.
jez1 (3).jpg Oto on w całej krasie poranka. Jedynie ptactwa wodnego brakuje i właśnie ostatnio zauważyłem że jest tego znacznie mniej. Okres wylęgów, może wybierają bezpieczniejsze miejsca. Zimą można tu spotkać wiele gatunków kaczek, kurek wodnych, kormoranów i ibisy, czy nawet pelikana.
drzewo1 (2).jpgDrzewa o tej porze roku ubierają jak widać kolorowe sukienki. To drzewo akacjowe jest bardzo popularnym gatunkiem w całym mieście.
Kolejny tydzień tenisa. Piątek wieczór, sobotnie popołudnie. I tu ciekawostka, dziecko pierwszy raz grało w seniorach. Zastępowała w lidze pań lokalną posłankę do parlamentu australijskiego. Swoją drogą te panie rewelacyjnymi zawodniczkami nie są...
Dochodzę do mojej oazy. To tu tak podziwiam wiosenne przeobrażenia przyrody. Obok, jeden z mostków którym przeprawiam się na drugą stronę ledwie dyszącego strumyka. W czerwcu, czy w lipcu to szumi jak poważna struga wartkim prądem...
Parki są wplecione w całą dzielnicę mieszkalną. Nie trzeba robić wielkiej wyprawy po cień wielkiego drzewa, wystarczy wyjść z domu.

I wkraczam na kolejny mostek. Zdarzają się tacy którym się chce łazić z samego rana. Jest to terapią. Terapią na cywilizację. Jak przyjemnie wyskoczyć sobie na spotkanie z ukwieconymi krzewami i soczystą zielenią.
most5 (1).jpg O tym mostku kiedyś pisałem jest to najmłodszy wytwór myśli inżynieryjnej. Nawet za 200 lat oprócz malowania nie będzie wymagał żadnego remontu. Heavy-duty- jak to się mówi...


7 grudnia 2004 (wtorek)

Wyraźne ochłodzenie i opady. Ogrodom i parkom wyjdzie to na zdrowie. park1 (5).jpg
Co za miła niespodzianka dosięgła mnie pocztą!
Od dawnych współpracowników: J. Ludwińskiego i J. Szepetowskiego dostałem CD z historią naszego zakładu pracy „cośmy socjalizm razem budowali”. A i sporo zdjęć z miasta. Ileż to historii, ileż znajomych twarzy od lat nie widzianych, a wiele z nich to już przeszłość...
Dobry pomysł z takim traktowanie dziejów nie istniejącego już praktycznie zakładu pracy. Przecież to miejsce wyryło piętno na niejedym życiorysie i przynajmniej w ten sposób trzeba to ocalić od zapomnienia. Sentymentalno-nostalgiczna pamiątka. Tak było...
Kiedyś człowiek trzymał w portfelu jedno czy dwa zdjęcia z dawnych czasów i resztę dopowiadała pamięć i wyobraźnia. Teraz całe serie zdjęć przypominają te odległe czasy, kiedy wszystko było inne, często niezrozumiałe a i z braku doświadczenia, nieznane, wręcz tajemnicze.


9 grudnia 2004 (czwartek)

Wilgoć i ciepło. Deszcz wisi w powietrzu i tak jest już od tygodnia. A i na następne dni prognoza identyczna. Jak na suchy kontynent i najsuchszy stan, to aura niesamowita.

Kiedyś (i tu przypomina mi się opowiastka o najstarszych góralach) jak RAZ spadł deszcz w grudniu to do marca go widać nie było. A teraz okoliczne wzgórza zaczynają się zielenić i jak tak dalej pójdzie to zamienimy je na poletka ryżowe. Pięknie by się wkomponowały w okolicę.
Żarty żartami, ale gdy tak codziennie zaglądam na strony polskich gazet i czasopism to i żartów się odechciewa.
Jedno , bardzo embiwalentne uczucie targa człowiekiem... Boże, jak to dobrze że ja już tam nie mieszkam. Z drugiej strony chciałoby się żeby tam było... normalnie, żeby po tylu latach otumaniania i głupiej propagandy, mizernych warunków dnia codziennego powrócić do pierwszego świata i używać tego co cywilizowany człowiek ma zagwarantowane od dawna. NORMALNOŚĆ. A tu z jednego bagna w drugie. Większość ludzi ledwie wiąże koniec z końcem, a afera za aferą, korupcja toczy korupcję. Zgnilizna aż śmierdzi i co najważniejsze zapach rozchodzi się promieniście z najwyższych ośrodków państwowych: siedzib rządu i Sejmu jak i rezydencji prezydenta RP. I roztacza się szeroko po kraju nabierając mocy przy urządach wojewódzkich i innych siedzibach samorządowych.
Przeciętny człowiek ze swymi codziennymi łapówkami dla służby zdrowia i urzędasów państwowych to jak konwalia w porównaniu ze skunksem z wyższych sfer rządowych. I że na to nie ma sposobu... Ależ są to ludzie wybierani przez przeciętnego człowieka czyli wyborcę. Tyle lat... i ten „przeciętniak” niczego się nie nauczył?!


11 grudnia 2004 (sobota)

Weekend obecny odbiciem poprzedniego. Duża dawka tenisa i niewiele poza tym. Pogoda bez zmian. Podlewa ulewa i słońce dogrzewa. Tropik...

Skończyłem czytać Cenę Łysiaka, czyli po włosku (bo też w tym kontekscie ten tytuł jest użyty) – wieczerza, a jak z dużej litery to – Ostatnia Wieczerza.
To w całości jest rozprawą autora z pojęciem „mniejszego zła” i jego wyborem. Ujął to w formie dramatu teatralnego w którym pewne postacie powstały jako role dla znanych polskich aktorów. Nie przypuszczam że zamysł był kiedykolwiek zrealizowany bo niektórzy z tych wielkich ludzi sceny już od dawna nie żyją a książka ukazała się nie dawno.
Dramat etyczny, odwieczne pytanie o prawdziwe zło i dobro, granice między nimi i konsekwencje z nich wynikające.
Sztuka ta czy powieść dialogowa, jak chcą niektórzy, oparta jest na symbolice biblijnej i jak to u Łysiaka, często się na to powołuje.
Dwunastu ludzi siada za stołem aby rozwiązać problem, problem życia i śmierci, wyroku i ratunku – wyboru mniejszego zła. Nie jest to łatwe, wręcz ryzykowne. Przy okazji Łysiak rozprawia się z czystą bezmyślnością, tzw. „walki narodowo-wyzwoleńczej”, gdzie szkód wiele a korzyści żadnych, lecz etos uświęcany bo prowadzona w imię patriotyzmu.


13 grudnia 2004 (poniedziałek)

Kolejna rocznica ośnieżonego dnia grudniowego. Niedzieli, którą dokładnie pamiętam i chyba już nigdy nie zapomnę. Szok i zaskoczenie. Zawiedzenie i zawieszenie w próżni... Głos Jaruzelskiego od rana w telewizji przeplatany utworami Szopena. Dlatego przez wiele lat po tym tak źle mi się ta muzyka kojarzyła. Teraz już się z tego wyleczyłem, ale pamiętam...
Oby się takie fragmenty historii i życia narodu nie powtarzały. Ale licho nie śpi. Są tacy, którym się śni kolejny przewrót (majowy?) dla uratowania Polski. Mówią o IV Rzeczpospolitej, o umiarkowanej dyktaturze (ciekawe, jak to mierzyć), o chwilowym zerwaniu z demokracją (po co i na jak długo?). Ludziom się w głowach pomieszało. Takich uzdrowicieli mu już znamy z kart historii. Po co komu to deja vu...

« Dzienniki - listopad II - 2004 | Strona główna | Polskie reality - felieton »