« Dzienniki - listopad I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - listopad II - 2004 »

14 listopada 2004

W (k)raju - felieton

Po okresie obijania się w tłumie oblężającym amerykańskie lotniska, wylądowaliśmy na Okęciu.


A tu spokój, cisza, jak w naszych australijskich suburbiach. Nikt nas nie straszy komunikatami o terroryzmie i konieczności otaczania szczególną troską własnych tobołków podróżnych. Okęcie, ciągle sprawia wrażenie wybudowanego... na wyrost. Ruch niewielki, nie ma tłoku, kolejek... przestronnie i przyjemnie - trochę przypomina atmosferę lotniska w Zurychu - wręcz sennie.
Za to sama Warszawa... „przesamochodowiona”, jeżeli można tak określić ilość pojazdów na ulicach.
- Traffic jak w Bangkoku – stwierdził Zen, kiedy znaleźliśmy się bliżej centrum.
- Wiadoma rzecz, toż to stolica... – sparafrazowałem tekst starej piosenki o Warszawie.
- Europejskiego raju, I mean... kraju – dodał z przekorą Zen.

Udaliśmy się prosto do wcześniej zarezerwowanego hotelu. A tam... jak w muzeum. Muzeum, późnej ery gomułkowskiej, no może wczesny gierkizm. Meble, wystrój pokoju, nawet radio mieliśmy jakieś takie... Stolica się nazywało. Srodze się zawiedliśmy. Co prawda, Sobieskiego czy Novotelu nie braliśmy pod uwagę, ale liczyliśmy na coś podobnego do amerykańskich standardów. Ale co tam, położenie się liczy – pocieszaliśmy się nawzajem.
Centrum Warszawy rozkopane. Wielokilometrowe objazdy, a przez to korki na każdej ulicy. Całe szczęście, że po nowojorskiej nauczce zrezygnowaliśmy z pomysłu wynajmowania samochodu. Tu wchodził co prawda, jeszcze inny czynnik – złodziejstwo samochodów.
Zaraz pierwszego dnia, pojechaliśmy tramwajem do Krakowskiego Przedmieścia i stamtąd uroczyście, wręcz z nabożeństwem przespacerowaliśmy na Stare Miasto.
- Nic się tu nie zmieniło – zauważył Zen.
- Co się miało zmieniać, przecież to Stare Miasto – odparłem.
A jednak... na środku rynku stoi Syrenka. A kiedyś jej tu nie było. No i ceny w euro się pojawiły. Teraz w kibelku na przeciwko Zamku Królewskiego, można śmiało siusiać za europejską walutę. Wychodzi znacznie drożej, ale jakże... światowo. Niektóre restauracje, także dostroiły się do tego trendu i w menu widnieją ceny obojga systemów: waluta narodowa i unijna. Nawet jeden z żebraków na tabliczce zaznaczył, że przyjmuje też... w euro. Żeby nie było niedomówień – on też wszedł do Europy!
Następnego dnia odwiedziliśmy Muzeum Narodowe. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności kontemplacji Bitwy pod Grunwaldem. Akurat kiedy odwiedzaliśmy sale Matejki... zgasło światło.
- Zabrakło prądu, jak za komuny – zauważył Zen.
- To się często zdarza – poinformowała nas jedna z wielu pilnujących tu dziewcząt – stara instalacja.
Poczekaliśmy tak 15 minut i spowrotem sale rozjaśniały dzięki nieocenionemu wynalazkowi pana Edisona. W międzyczasie, kiedy tak czekaliśmy aby coś zobaczyć, wypatrzył mnie stary znajomy i z miejsca zaczął usilnie namawiać, abym wstąpił do związku... szlachty polskiej. Tak, okazuje się, że cofamy się w czasie nie tylko do epoki gierkowskiej, ale śmiało idziemy... do tyłu. Teraz, wielu imponują czasy, kiedy to Horeszko z Soplicą na szabelki się cieli.
Po objawieniu mi ideologii tegoż stowarzyszenia, znajomy wyjął legitymację i z dumą pokazywał. Legitymacja – wypisz, wymaluj, dowód osobisty z czasów PRL-u (teraz już chyba takich nie ma). A i kojarzy mi się z legitymacją... PZPR. Pewności nie mam, bo nigdy z bliska tego ostatniego dokumentu nie widziałem.
No cóż, nie sztuka iść do przodu, sztuka się cofać!

C.D.N.


Wasz Chris

« Dzienniki - listopad I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - listopad II - 2004 »