« W (k)raju - felieton | Strona główna | Dzienniki - grudzień I - 2004 »

15 listopada 2004

Dzienniki - listopad II - 2004

Party, party... Jedni świętują urodziny, drudzy przenosiny, a inni mają specjalne okazje...

Nastrój świąteczny już dawno ogarnął shoppingi i temuż podobne.
Dzisiaj z rana trochę z przytępionym umysłem unoszę myśli ze sobą i idę ociężale przed siebie. Analizuję miniony weekend. Dziecko w piątek wieczorem zagrało w tenisa jak z nut i gładko wygrała w dobrym stylu z mocną zawodniczką. Dużą i silną. Jak ja się cieszyłem, oczywiście w duchu, nie mogłem tego za bardzo po sobie pokazać...
W sobote impreza, sporo wina a przy tym degustacje różnych koniaczków, single malt whisky i temu podobnych. No i stąd ta ociężałość.


17 listopad 2004 (środa)

Skomplikowane życie mają teraz młodzi ludzie. Mam na myśli tych dojrzewających – jeszcze nie dorosłych. Jakże trudno teraz wyrobić sobie styl, sposób życia, podążać za wzorcem. Przede wszystkim przy tym nawale zachowań, trendów, stylów i póz, ciężko coś dla siebie wybrać. Co więcej z tego co się teraz oferuje, prawie wszystko już było. Teraz jest tylko bardziej wyrafinowane, chamskie, ordynarne. Kiedyś było łatwo. Były dwa wyjścia, albo „szlakiem ojców”, ubrać garnitur i udawać dorosłego co w owym czasie robiła spora grupa młodych; jeszcze wtedy młodzi-gniewni wyglądali jak starzy-stateczni. No i druga grupa – typowo młodzieżowa, gdzie na każdym kroku starano się podkreślić swoją odrębność, co łatwym wcale nie było. Sklepów z odpowiednią odzieżą nie było, słyszało się o dzielnicach Londynu gdzie można było kupić wszystko, ale to można było porównać z księżycem i cały pic polegał na tym, aby mieć dobrego krawca (krawcową), czy szewca ( o szewcowych wtedy się nie słyszało). Szczątkowe informacje w prasie, głównie w tygodnikach i w radio (nowa fala jeszcze wtedy do telewizji nie dotarła – czyt. nie miała wstępu). To stąd wyłapywało się okruchy savoir-vivre młodzieżowego.
Rodzime i zagraniczne grupy rockowe (wtedy zwane big-beatowymi), były wzorcami mody i zachowania. I to właściwie wszystko.
Pop-art był u nas w powijakach. Hapenningi przyszły później a więc, wszystko oprócz muzyki i mody trzymało się sztywnych kanonów tradycji. A więc, można było być bigbitowcem, modsem, czy hippisem... albo tradycjonalistą. To wszystko, jakże to było wtedy proste...


19 listopad 2004 (piątek)

Dzień zaczyna się tak normalnie. Słońce już dawno wyjrzało zza wzgórz. Idę w porannym chłodzie. Mam na sobie markowy, czarny t-shirt Bossa, a mimo to nie chroni mnie od porannego chłodu. Co więcej, zwykła koszula made in China, byłaby takim samym lub lepszym okryciem ciała. No, ale teraz wypada chodzić w firmowych ciuchach. A niech tam... Niech sława dopisuje... panie Hugo Boss.
Oczywiście, żartuję. Wyroby dobre są zawsze dobrymi, to stara prawda jak świat. Problem w tym, aby się nie dać zwariować. Przyznam szczerze, że przez te lata przywiązałem się do niektórych firm: C.K. Wrangler, Nike...ale tylko dlatego że oferowały coś czego nie otrzymywałem od innych za tę samą cenę. A więc po części płacę za originalność... A swoją drogą, nigdy wcześniej (w Polsce) nie było mnie na to stać.


22 listopad 2004 (poniedziałek)

Minął typowy weekend jak na tę porę roku. Pogoda ładna, trochę sportu, trochę „partowania”. W niedzielę dziecko grało w turnieju tenisowym i mimo że wygrało wszystkie mecze, ja zjadłem nerwów co niemiara (g ł u p o t a).

W sobotę było rodzinne party – mojej mamy urodziny. Przyjemne rodzinne spotkanie minęło błyskawicznie. Znów parę dni pracy... i znów powtórka z rozrywki. Tym razem party u znajomych. W niedzielę natomiast, dalszy ciąg turnieju tenisowego – gry podwójne i mixy. Tu już było gorzej, bo pary dobrane były na zasadzie losowania. I takim właśnie rytmem zbliżamy się powolutku do świąt. Spotkania i zabawy trwać będą aż do samego Bożego Narodzenia. Później, ludzie rozjadą się i nastąpi próżnia - okres kanikuły. Typowy wakacyjny spokój i cisza.


24 listopad 2004 (środa)

Jest ciepło. Lato zawitało na dobre. Codziennie ponad trzydzieści stopni.
Idę jak co rano i rozmyślam o... ustawieniu wyglądu stron internetowych. Kompletne novum dla mnie.
Właśnie ostatnio Stan wyznaczył najbardziej aktywnym na www.australink.pl swoje podstrony do redakcji, no i ja jestem jednym z nich. Jest to bardzo pracochłonna działalność. Chociaż komputer od wielu lat tak w pracy jak i w domu stanowi mi chleb powszedni, to nigdy tak naprawdę nie byłem nim zafascynowany, jako cudem samym w sobie. Zawsze traktowałem to urządzenie jako narzędzie... i nie lubiłem się zagłębiać w jego duszę ...
Co by nie powiedzieć internet to potężna skarbnica informacji i możliwości. Kiedy Google uruchomił pierwszą komercyjną wersję wyszukiwarki w 1998 roku, mieli na indeksie już 30 milionów stron. Dziś mają ich ponad 4 miliardy! A cały współczesny internet to... 10 miliardów stron.
I Google ma ambicje to wszystko skatalogować. Good luck!

26 listopad 2004 (piątek)

O wpół do siódmej rano jest 26 stopni. Za parę godzin temperatura osiągnie cyfrę ... 37 (lub więcej).
Ciepło mi się idzie. Promienie słońca rzeźbią głębsze kolejny motocrossu na okolicznym wzgórzu. Od lat mieści się tam klub dla młodocianych ujeżdżaczy dwukółkowych maszyn. Kiedyś byłem tam nawet na jakiś zawodach. Bączki sześcioletnie ze swoimi mini-maszynami crossowymi wyglądały jak mini-gladiatorzy. A jeżdżą doskonale. Mimo, że motorowe prawo jazdy mam od ponad 30-stu lat to nie daliby mi szans. Oczywiście, najbardziej przeżywają te wyścigi rodzice. Dzieci mają zabawę.
Ja już wolę denerwować się przy korcie tenisowym, niż na zadymionym spalinami torze wyścigowym motocrossu. Właśnie dzisiaj wieczorem kolejne rozgrywki ligi tenisowej juniorów. Dziecko będzie grało w... skwarze. Ale to nie nowość. Nie raz to robiła i to z niezłym skutkiem.

Zbliża się okres wakacji. Na drogach w czasie szczytu mniej samochodów. Odpadli tegoroczni maturzyści. Właśnie skończyli pisać matury. Między innymi i mój chrześniak zakończył ten etap życia. Za dwa, trzy tygodnie szkoły średnie i podstawowe zakończą działalność edukacyjną, czyli zamkną swoje podwoje na cztery spusty, aż do 1-go lutego. Wtedy już całkiem rozluźni się na drogach. Nie będzie tego codziennego tłoku na ulicach, mam na myśli samochody, bo pieszych to jak na lekarstwo. Pojedyńcze osoby przemykają się na przystanki autobusowe. Później zaczną wakacje zakłady pracy. Zwykle firmy zamykane są na parę tygodni, ale to nie jest regułą. W ostatnim tygodniu przed świętami będzie już bardzo luźno i tak do połowy stycznia. Po okresie kanikuły ulice w szczycie zaczną trzeszczeć w szwach.


29 listopad 2004 (poniedziałek)

Mordercze promienie słońca wyryły widoczne piętno na kwiatach róż. Mimo, że krzewy podlewane, płatki nie wytrzymują prażącego ciepła i umierają. To już pięć dni pod rząd temperatura około 35°C.

Skończyłem prawie pracę nad porządkowaniem mojej strony internetowej. W sobotę uczestniczyłem w wielkim party u znajomych, a prawie całą niedzielę spędziłem w klubie tenisowym gdzie dziecko w tym upale grało kolejne mecze turnieju. Mnie dobrze, siedziałem w cieniu popijając zimne piwo, ale zawodnikom pogoda dawała się we znaki. Ochłodzenie jest zapowiadane a więc przyjdzie.
Dostałem od znajomej książkę Łysiaka pt. Cena. Jeden ze starszych utworów Łysiaka, ale nowszy pod względem publikacji. Zacząłem właśnie to czytać...

« W (k)raju - felieton | Strona główna | Dzienniki - grudzień I - 2004 »