« Dzienniki - październik II - 2004 | Strona główna | W (k)raju - felieton »

1 listopada 2004

Dzienniki - listopad I - 2004

Wszystkich Świętych!
Niestety, u nas w Australii, dzień jak codzień. No może trochę dłuższy, bo niedawno przesunęliśmy wskazówki zegara, na czas letni i po powrocie z pracy sporo dnia zostaje.

W Polsce dzień zaduszny, dzień pamięci o bliskich którzy już odeszli. Masowe odwiedzanie grobów i podróże, często z jednego końca kraju na drugi. Dzień powagi, a w sumie powinno być odwrotnie. Dzień Wszystkich Świętych to dzień radości...
wattle1.jpg Gloryfikowanie tych, którzy swym postępowaniem zasłużyli na miano świętych. Dopiero 2 listopada to dzień Zmarłych. Ale w Polsce tradycje dostosowano do możliwości. No i ona zmieniła wcześniejsze obrządki. Dzień, który miał być z założenia pełen radości, został dniem smutnym (zadusznym, jak niektórzy mówią), a drugie święto jest normalnym dniem pracy. Ale to nie jest takie najważniejsze. Zawsze mówię: Jak się ludzie umówią, tak będzie... Najważniejsze, że istnieje tradycja. Przecież do tej pory toczą się gorące spory czy dniem świętym jest niedziela czy sobota. Ważne aby świętować, aby mieć czas na zastanowienie się nad swoim duchowym życiem. Reszta jest nieważna. U nas niestety, tradycji opartych na obrządkach chrześcijańskich, coraz mniej.


3 listopad 2004 (środa)

Otrzymałem małą książeczkę z poezją od M. Baterowicza pt. Pan Retro. Autor wzdryga się przed nowoczesnością. Atrybuty dzisiejszej codzienności jak komputer czy telefon komórkowy, są intruzami w jego świecie. Świecie, którego już właściwie nie ma... Bohater pozostał w wspomnieniach. A tych co taki świat pamiętają i kultywowują jest coraz mniej. I dobrze że ktoś potrafi to utrwalić w sposób subtelny, czyli liryczny, przekazać magię takich rekwizytów jak: zegarek ze sprężyną, gramofon czy pożółkłe fotografie. Nieodłącznie, sposób przekazu i sam tytuł kojarzą się z Herbertem. Ale nawet jeżeli byłby to prawzór czy forma natchnienia do napisania tej książeczki, to trzeba przyznać że całkiem niezły.


5 listopad 2004 (piątek)

Wygrał Bush! Nie sprawdziły się moje prognozy sprzed pół roku, że polecą głowy polityków zamieszanych w największą aferę naszych czasów jaką jest wojna w Iraku...
Już nasz Howard nie sprawdził mi się jako pewniak (inna sprawa - sam na niego głosowałem), teraz nie przeszły moje przewidywania odnośnie Busha, a i Blair może zostać...
No cóż, świat się zgadza na status quo. Jednak nie cały świat. Wydaje się, że będzie się pogłębiać przepaść pomiędzy Zachodnią Europą a USA. A to paradoksalnie wytworzy dwa obozy w jednej strefie militarnej (NATO). A i cały świat arabski jest przeciw, jak i zdecydowana większość krajów trzeciego świata. W samej Europie już się zakorzenił koń trojański – taka Francja czy Niemcy z milionami muzułmanów. Wcale ciekawie nie będzie. Ani bezpiecznie, ani spokojnie.


8 listopad 2004 (poniedziałek)

Zimno... rano tylko 8° C. Weekend był deszczowy ale i tak zaliczyłem trochę świeżego powietrza na korcie tenisowym. W piątek wieczorem było małe party pożegnalne. Znajomi „przesuwają się” na Tasmanię. Będziemy się teraz rzadziej widywać, ale też będzie okazja aby częściej odwiedzać tę uroczą wyspę. Krajobrazy tam jak w bajce... Tylko niestety, dużo chłodniej...

Dostałem od kolegi z pracy dwa dyski z muzyką hinduską. Właśnie stamtąd wrócił po krótkich wakacjach. Vagvit Sinah znany hinduski muzyk (taki ichni Bregovic), nagrał płytę w Singapurze (byłem tam ostatnio) pt. LIVE AT THE ESPLANADE. Jest to estrada w pobliżu rzeki w samym centrum miasta. Muzyka nastrojowa, hinduski pop z całym repertuarem hinduskich instrumentów jak: sitar, tabla, ravanhuta etc. Słuchałem tego cały weekend, choć rodzina akurat tym nie była zachwycona.

10 listopad 2004 (środa)

Wpadła mi w oczy... Dezyderata. Wspaniały tekst którego nie widziałem od ponad 30-stu lat. Ileż to było fascynacji i religijnego wręcz namaszczenia w czytaniu tego krótkiego poematu. Pamiętam, że ktoś przyniósł odpis na kartce tych sławnych zdań zaczynających się od: „Przechodź spokojnie przez hałas...”
Błędnie przypisywaliśmy słowa te amerykańskiemu poecie beat generation - Allenowi Ginsbergowi, o którym w owym czasie mieliśmy szczątkowe informacje. Inni twierdzili, że utwór ten powstał 200 lat wcześniej i też byli w błędzie. Napisał ten tekst, Maks Ehrmann w 1927 roku w USA. Kiedyś słyszałem to w wykonaniu, bodajże artystów Piwnicy pod Baranami, o ile dobrze pamiętam, w wersji śpiewanej. Co dobre nie poddaje się erozji czasu....

Właściwie powinienem przytoczyć ten tekst w całości. Oto on:

„Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie, bądź na dobrej stopie ze wszystkimi. Wypowiadaj są prawdę jasno i spokojnie i wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść. Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha. Porównując się z innymi, możesz stać się próżny i zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.
Niech twoje osiągnięcia, zarówno jak i plany, będą dla ciebie źródłem radości. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu.
Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa, niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty. Wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu. Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia, ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wiecznie trwała.
Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny. Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy. Masz prawo być tutaj. I czy to jest dla ciebie jasne czy nie, wszechświat jest bez wątpienia na dobrej drodze. Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia. W zgiełku i pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą. Przy całej złudności i znoju, i rozwianych marzeniach jest to piękny świat. Bądź radosny. Dąż do szczęścia.


Jakież te słowa są aktualne, i zawsze były...

12 listopad 2004 (piątek)

Dostałem pocztą od A. Duboniewicza urocze opowiadanie historyczne jego autorstwa pod tytułem: Cień czarnego jastrzębia – Legenda o rycerzu-rabusiu.
Jest to powiastka tworząca legendę o powstaniu miasta – Jastrzębie Zdrój. Oparta na kilku faktach historycznych z fabularyzowaną osnową. Akcja rozgrywa się w XIV wieku w ówczesnym Księstwie Raciborskim.

A swoją drogą to powracamy do czasów dawnych. Tak jak opisuje autor publiczną egzekucję na głównym placu gdzie była to atrakcja dla gawiedzi tak teraz internet ze wspomożeniem telewizyjnego ekranu, serwują nam podobną... rozrywkę. Do czego doszliśmy, kręcimy się w kółko, aż obrzydzenie bierze. A mówi się że idziemy z postępem. LUDZIE... my się cofamy!. I to bardzo głęboko, w ponure czasy...

Homo homini lupus (człowiek człowiekowi wilkiem) – ciągle aktualne hasło.

« Dzienniki - październik II - 2004 | Strona główna | W (k)raju - felieton »