« Andrew | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2004 »

28 czerwca 2004

Bezgadzia planeta - Almanach poetycki

BEZGAD.jpg


W tej książeczce wydanej w czerwcu 2004 roku ukazały się poniższe płody moje:

Postęp

Wstrząsnęła światem w posadach
gwiezdnych wojen namiastka,
zgliszcza na Manhattanie
jak pył siermiężnych bojów
przywołał z kart historii
Allaha syn wiarołomny.
Waterloo, Samosierra
ta pokraczna chimera
niedojrzałości geniuszu
- tak wiele rdzawej krwi
a tak mało popiołu.

Teraz w postępu erze
intonując pacierze,
maksymę Boga:
“z prochu powstałeś…”
właszcząc.
Ważny jest efekt popiołów,
a kiedy przyjdzie już czas
zrobimy jeden krok naprzód.
Dopełni się czara geniuszu
wypełni księgi karta
nie napisanej jeszcze:
-“człowiek wie lepiej…”
Prawda?

Krzysztof Deja
styczeń 2002


Teoria względności


Prawda wcale prawdą być nie musi,
piękno, pięknem
to tylko papka
którą nam podano
jako danie główne w menu życia.
Sprawiedliwości zaznać
jest sztuką,
a sztuka czymże jest
ta prawdziwa ?!
A czy prawdziwość
wiele ma z prawdy.
Tak się zamyka koło.
Jak ważyć wartości,
gdzie punkt odniesienia ?
Czy wyznacznikiem dobra
bywa chwila uniesienia ?
Gdzie jest sedno,
gdzie istota, rdzeń, ziarno prawdy ?
Czy milczenie licznika Geigera
to już dobrobyt dla świata
czy normalność ?
Która droga właściwa
do celu rzadko prosta.
A czym jest zdrowy rozsądek
- czyż nie subiektywnym
wyborem sumienia.

KRZYSZTOF DEJA
MARCH 2000


FLOWER POWER

Niebieskie ptaki płynęły nad nami
a my w otchłani,
w czeluściach mrocznych co nam rajem były
odgradzając od świata mdławej beznadziei.

Owinięci w miękkie tulipana płatki
skakaliśmy na same dno,
igrając z grawitacją i balansem ziemi
zachłyśnięci komfortem własnej egzaltacji.

Psychedelic, medytacje i nirwany
pop-artem zaczadzeni,
kontemplując hasła : Flower power,
Make love not war - poezję nadziei.

Rozkochani w sztuce, rozmiękczeni skrętem,
wędrując czasami na drugi brzeg tęczy,
kwiaty lotosu z wiktorią na palcach,
przy dzwiękach gitary strojonej na sitar.

Rozmyło się to, rozpłynęło,
wolności ducha, młodych ideały,
gdzieś na przedmieściach spotkasz jeszcze niedopały
a reszta w sercu pozostała.

KRZYSZTOF DEJA
FEBRUARY 2000

Odwrót

W formacji murów betonie
uwięziony
stalowej klatki dachem
okryty,
siedzę i wdycham
gaz wzbogacony
schłodzony
do 22° Celcjusza.
Siedzę i czekam
łaknący światła
fluorescencja
urąga słońcu,
bo niby widzę,
niby oddycham
co więcej
jestem otwarty światu...
Kontakt medialny
faksy, e-maile, telefony
dosięgam szczytów internetem
wokoło
elektromagnetyczne chaszcze
a zwykłe słowo, pismo zanika.
Tylko czasem,
Podczas burzy huku
Nagle!
gdy wszystko zgaśnie
olśniewam...
A jednak żyję
oddany naturze – na chwilę
szkoda...
że nie na zawsze.

Krzysztof Deja
Feb. 2003

Myśli

Ski deklarował: „ryczałtem płaciłem za życie i grzech pierworodny
już odpokutowałem”.
A z boku gderające Gremium gardłowało:
„Czy można masło nazwać omastą
a czy Medyka to miasto?”
„Nie daleko pada gruszka od wierzby” – zawyrokował Ski.
Gremium okrywając trywialność pościelą konformizmu odkryło rubensowski kuper, przeistaczając się ... w parę splecioną kluczem wiolinowym.
„Wonności gama, muzyczna gama, czy Vasco da Gama?”
W odpowiedzi brzęczały metalowe riffy, a Ski zaczął w te słowa:
„O wyobraźnio – lotnio pomysłów
wzleciałaś nad mendory umysłu
rozeto jaźni, chamsinu sitem
w otoczeniu markierantów
loksodromą przeleć nad mym bytem.”
Pijane Gremium rozwodziło się nad winem i patosu winą.
A Ski spał. Spał i śnił. Śnił,...my..śnił, my...śli...


Krzysztof Deja
Luty 2004


Kraj dzieciństwa

Porą jesienną podróżując,
w drodze do domu na obiad postój.
Bar “Pod topolą” przy zagajniku
- kotlet mielony, obok zawiane ortaliony
i wóda spod stolika, czarne garnitury
kołyszą się w opłotkach.
Oj, będzie zadyma.

Do miasta wjazd… Za rogiem w żółtej budce,
Władzio bez ręki zręcznie czajnikiem wywija,
a tłumek wokół…ni to ul, ni lokomotywa.
Białym mankietem na skrzyżowaniu,
smutny milicjant kierunki szczęścia wskazuje.
O, w białym kitlu pijany Kazio
na swym rowerze z pudłem drałuje,
Lody Bambino! - wykrzykując.
Ludzie się śmieją, lody w zimę !?
Ryknęła syrena przeraźliwie,
echem innych przedrzeźniana,
ciężko oddycha ulica,
wraca do domu pierwsza zmiana.
Wtem - dźwięk dzwoneczka
wprost z górskiej hali,
ksiądz idzie razem z Panem Bogiem,
przechodniów sznur do kolan wali,
zakołysał ulicę falując.

Za starym maglem, tu na lewo
podwórze…jakby wymiótł piorun,
wszyscy u Szpilskich, lub Natorów
- bo leci Zorro,…nareszcie w domu.


Pestka

Wydawałem się być
owocem soczystym
południowego słońca
radiantem dojrzewanym,
acz chwilowo,
zamrożonym w chłodni czyśćca
w oczekiwaniu
na doznanie prawdziwego życia.
Obudziłem się pestką…
Pestką, objedzoną z miąższu
ocieploną śliną ust twoich,
wyplutą bezwstydnie na rozgrzany asfalt.
Jeszcze pięć oddechów
trębacz zadmie pieśń niedokończoną.
Już teraz… zasycham
bez szans
reinkarnacji
w rajskim ogrodzie.
Tak po prostu…
wtopiony w czarny asfalt.

Krzysztof Deja
styczeń 2002


Wiersz

Porankiem
powstał wiersz
świeży,
jak kropla rosy.
Znienacka,
ze słońcem
natchnienie wzeszło
nad zielonymi
wzgórzami myśli.
Białe obłoki
go pokryły
lekką metaforą.
Rym, skowronkiem
przyleciał i odleciał
- ja tu nie potrzebny.
Zapach
z pobliskiej piekarni
wygładził go,
uapetycznił.
Porankiem
wiersz powstał
świeży,
tylko go schrupać.

KRZYSZTOF DEJA
APRIL 2000


Los

Los, meduzą życia bywa
zwiewną, płynną metaforą,
oceanu toń przepływa
nie zrażona późną porą.

W głębinach czarnej otchłani
wsród upojnych mgławych nocy,
pląs meduzy z syrenami
Neptun wzrokiem fatum toczy.

Majętne meduzy, ratafie
żyją na koralowej rafie,
w około blichtrem tęczowym szkli,
Neptuna trójząb złowrogo lśni.

Kiedy król morza zadmie pod prąd
to czas przyjdzie na chwilę łzawą,
meduzę rzuci na suchy ląd,
a to koniec- z życia zabawą.

OCTOBER 99
KRZYSZTOF DEJA



Historia

Dom drewniany podupadł
chrome ganku filary,
zefirowy podmuch tajfunem mu pachnie
każdym kątem prycha,
skrzypi, garbi się, płacze,
wątłym dachem zapiera,
papą jeszcze pokryty
- unikat. Azbestem wyłożony,
na raka - jak znalazł,
odrapana ściana zalotnie mruga
serduszkiem okiennicy,
zaprasza staroci zaduchem,
zapachem zbutwiałej szafy.
Nie przenikniona tapeta bytności,
stół ceratą przykryty,
na nim wielka popielnica,
na dnie ani śladu peta.
Z poprzedniego roku
z przekwitającej jabłoni
zimówki na stole królują,
powiędłe staruszki
pomarszczone czasem.
Obok stolik gazetą nakryty,
czołowa szpalta
Gomułką na wiecu wyblakła.
Stoi tu słoń z porcelany
ukruszoną trąbą kankana wywija
a przy nim błękitna szkatułka,
przeźroczysty plastyk, modern-kiczu echo,
żółtą włóczką obrębiona.
Na głównej ścianie
z bólu grymasem
wisi mosiężny zegar
- on już skonał.

Krzysztof Deja
marzec 2002

Pokolenie

Z drzewcem przywartym do dziewiczej dłoni
kondukt prowadził ku zamglonej gwieździe
nierdzewna płachta ode złego chroni,
zdjełana w najlepszych hutach – wiemy gdzie!
Bo nie superman, lecz gieroj był wzorem.
Junak był w cenie, zwany też motorem.

Trójcy portretów dumą oślepieni,
a słowa: niech żyje, nie schodziły z ust,
ostrzegali: wróg klasowy się pleni,
kroczył chłop z koniem, za nimi pusty wóz.
Propagandy machina parła w pieriod,
lecz sierp zardzewiał, ostał się ino młot.

Połykacze liter styropianowych,
połączonych mocą proletariatu,
wykrztuszali odgłosem ryku krowy
na pamięć kute myśli aparatu.
Patetyczne slogany, jak: trud i znój,
rzeczywistość zmieniła w... smród i gnój.



Ostoja

Ostojo ma
lico uśmiechem przybrane
różu gruntu poświatą
nieboskłon na oścież rozwarłaś
mówiąc: witaj polny skrzacie.
Rozległa antypodo
lądku tajemnego zdroju
haustami śpiesznie topiłem zgagę
pragnienie życia narastało.
Ojczymia kraino
macosza po trosze
swego języka mnie uczyłaś
języka kory eukaliptusa
w tonacji plusku wielorybiej płetwy.
Emocje w kłębek mi zwinęłaś
przez lata nitkę toczysz
zasypiam i budzę się
w własnoręcznie utkanym hamaku.

Krzysztof Deja
Luty 2004



Petrykozy

Wsród pól zielonych
szara droga, stacyjka czasem ożywiona
stukotem kół, dudnieniem wagonów,
zapada w senność codzienności.

Wzdłuż głównej drogi
dorodne lipy, rdzawe domki i zagrody,
parę sklepików i paru gości
od rana nieźle zaprawionych.

Za skrzyżowaniem
w koronie drzew, szerokim murem otoczone
wieże kościoła, w głębi plebania
powagę swą manifestuje.

A z tyłu struga
wstęgą przejrzystej toni sitowie obmywa,
leniwie błądząc między łąkami,
leśnym zapachem się upaja.

Kładka co kusi
na drugi brzeg, do brzozowego zagajnika,
z powiewem wiatru gdzieś ujada pies,
a zapach grzybów drażni nozdrza.

Zagon kapusty
znajomy domek i gołębi stadko, a w dali,
płaski pagórek, bielonym murem
miejsce wieczności otacza.

OCTOBER 99
KRZYSZTOF DEJA


Mowa

Dźwięk
potrafi dokuczyć
być nadzieją
pouczyć.
Ostrzec
zaszumieć w głowie
łaskotać
i podniecić.
Ugodzić
i nagrodzić
zaintonować
od nowa,
a to tylko
jeden z dzwięków
- mowa.


Kołysanka (młodszej córce-Adriance)

Śpij spokojnie, nie trwóż się
szalonych nietoperzy
lwa, szakala nie bój się,
orła szponów na wieży,
ani aligatora
czy poczciwego lisa,
rekina predatora
ni kojotów, tygrysa
czy diabła tasmańskiego,
nocnego wilków wycia,
ni smoka wawelskiego,
puszczy nie do przebycia.
I nie straszne będą ci
tarantule, jaszczury
ani lampart pędzący
czy niedźwiedzia pazury,
piranie, ryby-piły
wszelkiej maści potwory,
które od zawsze były
- wyobraźni wytwory.
Hieny, skorpiona, kobry
Ni boa, grzechotnika,
to wszystko sen niedobry
gdy dzień zawita ...znika.
Przestrogę jedną wnoszę
gdy doznasz życia hojnie,
człowieka strzeż się proszę
jestem tu... śpij spokojnie.


« Andrew | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2004 »