« Napisz do mnie | Strona główna | Dzienniki - październik II - 2004 »

15 października 2004

Dziwy Ameryki

Same dziwy w tej Ameryce. To znaczy źle prowadzących się dziewcząt akurat nie spotkaliśmy, ale mimo, że i my mieszkamy od dłuższego czasu w angielskojęzycznym kraju z długoletnią demokracją (powiedzmy...), to takich cudów jak tu, u siebie nigdy nie widzieliśmy.

Nawet zdziwił nas ten amerykański purytanizm. Wszyskie uciechy, których dostępność większość krajów gwarantuje osiemnastolatkom, tu aby z nich skorzystać, trzeba skończyć... 21 lat.
Zaskoczyła nas wytworność stroju w sektorze usług. Taki gazeciarz - na przykład – poci się na wielkim skrzyżowaniu w czarnym smokingu, w muszce i nieskazitelnie białej koszuli. Wygląda jakby wyszedł z prezydenckiego rautu. Obok cała gama cudacznych strojów.
Ileż to zabiegów i poświęcenia potrzeba, aby codziennie przygotować się do pracy takiemu zielonemu skrzatowi, statule wolności czy srebrnemu ludzikowi jakby żywcem z filmu Gwiezdne wojny. I później wielogodzinne pozowanie do zdjęć, czy to w upale czy w słocie, za tego dolara czy pół. Cholernie ciężka praca...
Zlustrowaliśmy też Amerykę od strony duchowej. Wpadliśmy na mszę do kościoła katolickiego. Tam z kolei panowie w mundurkach z naszywkami SECURITY, bacznie przyglądają się odwiedzającym świątynię i w czasie całej mszy niczym ochrona na angielskim stadionie piłki nożnej, patrzą w oczy przestraszonych wiernych i turystów. Na dodatek (tych dziwów), ksiądz był mańkutem i cały ceremoniał łącznie z znakiem krzyża, wykonywał lewą ręką.
Wiekie wrażenie zrobił na nas Times Square. Takie cuda jakie tam się zdarzają, szczególnie po zmroku, aż ciężko opisać. Sceneria, jak ze zwariowanej współczesnej bajki. Często na dodatek tam właśnie nakręcają jakieś filmy, czy programy telewizyjne. A wokoło tyle bajerów, tyle tandetnej magii...
Poszliśmy z Zenkiem do Galerii Forbesa. Sporo dziwactw do oglądania, a między innymi, dwóch sławnych mężów stanu uwieczniło się tam na fotografii. Na pierwszej prezydent Reagan, na drugiej... prezydent Wałęsa. Tak tak i tu nas znają!
Niagara, to dopiero dziwy natury. Spieniona nawalnica aż huczała, a biała mgiełka wielką chmurą unosiła się wokół. Daliśmy się namówić na podpłynięcie statkiem wycieczkowym pod samo gardło wodospadów. Co ja przeżyłem! Stałem na dziobie prawie jak bohater Titanica, a i sceneria podobna. Ta przyjemna z oddali mgiełka, tu na dole sprawia wrażenie burzy. Huk spadającej wody i tworzący się deszcz, wręcz ulewa... Krzyczałem jak mogłem najgłośniej do kapitana:
ZAWRACAJ! MY JUŻ DALEJ NIE CHCEMY!
Co z tego, pchał się głębiej pod tę nawalnicę. Ja oczy zamknąłem, a Zenek relacjonował mi nasze położenie. Kiedy statek już skręcił i zaczęliśmy zawracać, otworzyłem oczy, aby zobaczyć że pchamy się pod... drugi wodospad.
Zenek ubzdurał sobie (a może to i prawda?...) że statuetka Prometeusza stojąca przed Rockefeler Center, jest wykonana ze szczerego złota. Argumentem podpierającym jego tezę, miała być ochrona stróżów porządku, których tu nie brakowało. No i sam... Rockefeler – wiadomo, bogaty facet.
Zen zaczął badawczo przyglądać się figurce z której strony najlepiej by uszczknąć choć parę deko. Czy kawałek z jego skąpej szaty, czy może jeden z płomieni ognia które zdawał się trzymać w prawicy, czy po prostu utrącić mu palca ręki lub nogi. Kręciliśmy się wokół jak turyści, ale w głowach - szczególnie Zenkowej – rodził się szalony pomysł. Namawiał mnie, abyśmy późną nocą tam zajrzeli i próbowali szczęścia. Tak się na to napalił, że musiałem mu wieczorem sporo alkoholu podlać, aby chęć działania wystudzić. I faktycznie podziałało... O dziesiątej wieczorem spał jak nowonarodzony, a ja przelatywałem pilotem po 40-stu kanałach miejscowej telewizji, nie mogąc się na nic zdecydować. W końcu i ja usnąłem, śniąc o szczerozłotym Prometeuszu.

C.D.N.


Wasz Chris

« Napisz do mnie | Strona główna | Dzienniki - październik II - 2004 »