« Dzienniki - wrzesień II - 2004 | Strona główna | Dzienniki - październik I - 2004 »

1 października 2004

W podróży

No i wylądowaliśmy z Zenkiem w Nowym Jorku. Tego nigdy bym się nie spodziewał. My,... w Big Apple.

Nauczeni doświadczeniem z pobytu w Los Angeles, natychmiast odszukaliśmy biuro firmy wypożyczającej samochody i zadeklarowaliśmy chęć rentowania.
Zdać się w USA na publiczne środki transportu, to bardzo uciążliwe doświadczenie. Tak stało w przewodnikach i sami na własnych nogach to sprawdziliśmy. Wynajem samochodu jest tańszy niż u nas i tym się szczerze ucieszyliśmy. Tym bardziej, że sam dojazd z lotniska do Manhattanu to wielka eskapada. Po wypełnieniu formalności - zaopatrzeni w mapy śródmieścia - losowaliśmy który pierwszy siądzie za kierownicą. Wylosował Zen. Trochę mu zazdrościłem. Chwyciłem za plan miasta i podążyliśmy w kierunku naszego hotelu na Manhattanie. Pierwsze zaskoczenie - zamiast na most, trafiliśmy do tunelu pod rzeką. My właśnie chcieliśmy unikać wszelkich tuneli, jak i metra w Nowym Jorku, bo jak wieść niesie, obiekty te są najbardziej zagrożone terroryzmem. No cóż, zapłaciliśmy myto i pędziliśmy zdrowo, aby jak najszybciej mieć to za sobą. Tunel wydawał się nie mieć końca. Szczęśliwie przejechaliśmy na drugą stronę. Byliśmy w sercu Nowego Jorku.
Drugim zaskoczeniem był parking hotelowy. Znajdował się około 150 metrów od hotelu i kosztował... 20 amerykańskich dolców za dobę. Pocieszyła nas wiadomość, że gdybyśmy nie byli ich gośćmi, to przyjemność ta kosztowała by 32 dolary.
Na drugi dzień po śniadaniu wybraliśmy się po samochód. Tu miła niespodzianka, szyby czyste z zasychającymi ostatnimi kroplami wody. Uśmiechnięty cieć otwierając nam bramkę wjazdową poinformował, że właśnie on pilnuje naszego auta. Dla picu zapytaliśmy, ile jesteśmy winni. Ten, bez żenady stwierdził, że należy się ... 5 dolców. „To znaczy dają więcej, ale to jest standardowa opłata za tego typu usługę” - dodał.
Z niesmakiem wyjąłem piątkę i mu podałem. Wyjechaliśmy na ulicę. Incredible traffic. Samochód za samochodem żółwim tempem porusza się po ulicach Manhattanu. Teraz Zen był moim pilotem. Ja próbowałem przeciskać się małymi skokami do przodu. Dosłownie! Obserwowałem przechodniów na chodniku i wielu z nich szybciej szło, niż my jechaliśmy. Dodatkowo, nasze nieprzystosowanie do tutejszego ruchu, sprawiało że yankees wpychali się przed nas. Kiedy dostaliśmy się do Central Parku, naszego turystycznego celu, okazało się, że tu z parkingiem jeszcze gorzej. Jechać jako tako, ale zatrzymać się... niemożliwe. Owszem... zdarzały się parkingi... 10 $ za 15 minut, albo 35 – za dzień.
Wpadliśmy na pomysł, że aby oszczędzić… ja trochę pojeżdżę a Zen w pół godziny obleci teren. Używając tej metody, zaoszczędzimy … sporo baksów.
Trochę mnie jednak zawiódł, bo kiedy dotarł do Strawberry Fields – miejsca tragicznej śmierci Johna Lennona - przyłączył się do grupy nawiedzonych rockmanów i zupełnie o mnie zapomniał. To znaczy, jeździłem dodatkowo 25 minut.
W ten sposób obejrzeliśmy Wall Street i miejsce po World Trade Centre. On oglądał, ja jeździłem i odwrotnie. Jeździłem, to duże słowo. Wybierało się co większą ulicę i pół godziny zleciało błyskawicznie. Później on wskakiwał, a ja oblatywałem teren. Mimo wszystko, dwukrotnie musieliśmy skorzystać z płatnych parkingów. Nie dało się osobno opłynąć Statuy Wolności, ani osobno obejrzeć koncertu Madonny w Madison Square Gardens.
Niestety, cieć na naszym parkingu, nigdy nie zapomniał umyć szyb samochodu.
Obliczyliśmy, że komfort posiadania auta na Manhattanie przekroczył znacznie koszt wynajmu taksówek - gdybyśmy je używali - łącznie z dojazdem na lotnisko.
Well, mądry Polak po szkodzie…

C.D.N.


Wasz Chris

« Dzienniki - wrzesień II - 2004 | Strona główna | Dzienniki - październik I - 2004 »