« Narzeczeństwo | Strona główna | Dzienniki - wrzesień II - 2004 »

15 września 2004

Fabryka snów


Wybieramy się z Zenkiem do Disneylandu. Oczywiście nie mamy samochodu i polegamy na miejskich środkach transportu. Najszybciej nam się jeździ metrem.

A wybór spory. Jeździ tu metro niebieskie, żółte, zielone i dwa czerwone. Tak się przyzwyczailiśmy do jazdy pod ziemią, że na śniadania udajemy się dwa przystanki czerwonym metrem do finansowego centrum miasta, gdzie jest przyjemna restauracyjka japońska. Ale do Disneylandu metrem się nie dojedzie. Musimy podróżować podmiejskim autobusem. Zen wyznał mi, że ta wycieczka to jego spełnienie marzeń. Jako dziecko był zafascynowany postaciami z kreskówek Walta Disneya i teraz będzie miał okazję to wszystko zobaczyć na żywo. W ogóle zaimponowało mu życie filmowe.
Universal Studios zwiedzaliśmy cały dzień. Nie mogłem go stamtąd wyciągnąć. Zaglądał wszędzie, angażował się czynnie w akcje przedstawień które aranżowano tutaj na każdym kroku. Był pomocnikiem sztukmistrza od filmowych efektów specjalnych i to z takim powodzeniem, że przez pewien czas „wyparował” mi z pola widzenia. Już się zastanawiałem jak ja to teraz Maggi wytłumaczę, ale na szczęście odnalazł się po programie. Co więcej, rozmawiał z „ludźmi z branży” o ewentualnym zatrudnieniu go tutaj. Jedyny problem: pozwolenie na pracę w USA...
Drugim miejscem fascynacji Zenka było Hollywood. I tu też już od rana łaziliśmy uliczkami wytapetowanymi pstrokatymi fasadami budynków. Zenek miotał się wokoło, odczytywał głośno nazwiska z Trotuaru Gwiazd. Niewiele z nich cokolwiek mi mówiło, ale on artykułował je z taką fascynacją jakby to byli jego znajomi. Obfotografowałem go z falsyfikatami gwiazd, zarabiającymi w ten sposób przed Teatrem Chińskim.
Zaglądaliśmy do okolicznych kafejek, ale jak na złość żadnej sławnej twarzy nie zauważyliśmy. Nawet Zenek psioczył: „skąd te periodyki typu Womans Day biorą tyle zdjęć sławnych gwiazd, skoro ich tu wcale nie widać”.
Z przygotowanymi do strzału aparatami fotograficznymi, niczym paparazzi, biegaliśmy z miejsca na miejsce bez rezultatów. W takiej sytuacji Zenek zadecydował, że skoro tu w Hollywood nie spotkaliśmy nikogo, trzeba się udać do miejsca ich zamieszkania. Wykupiliśmy tour po Beverly Hills i Bel Air. Zenek dokupił jeszcze jedną rolkę filmu (tak na wszelki wypadek) i pojechaliśmy. Wszechwiedzący murzyn obwoził nas po uliczkach przy których rezydowali sławni tego świata. Za każdym razem kiedy zajeżdżaliśmy pod rezydencję znanego aktora, aktorki czy reżysera, Zenek wyskakiwał z aparatem i „obstrzelał” miejsce.
Kiedy wąską drogą dojazdową podjechaliśmy pod rezydencię Reaganów, Zenek jak zwykle zrobił parę fotek i wypytał krzątającego się wokół ogrodnika o rezydentów. Okazało się, że cała rodzina pojechała na pogrzeb śp. Ronalda do Waszyngtonu. Opuściliśmy sławną rezydencję z numerem 668 i udaliśmy się prosto pod dom Madonny. Tu dowiedzieliśmy się, że ta już od paru lat mieszka w Anglii, a w USA rzadko się pokazuje. Nie tracąc nadziei zajechaliśmy do rezydencji państwa Gibsonów. Spodziewaliśmy się zobaczyć siódemkę urwisów uganiających się na frontjardzie. Gdzie tam... już od lat Mel Gibson preferuje dom na Malibu, albo drugi... w Australii. I takie niepowodzenia spotykały nas na każdym kroku (pardon, przystanku). Okazało się, że Jack Nicholson kręci kolejny film gdzieś na Polinezji, Janet Jackson właśnie pojechała na proces sądowy sławnego brata, Elizabeth Taylor poddaje się kolejnej operacji plastycznej, a Marlonowi Brando zdrowie szwankuje i znajduje się w szpitalu, i tak dalej...
My taki kawał tu przyjechaliśmy, a tu nikt nie raczy się z nami zobaczyć.
Przynajmniej... nam pomachać!

C.D.N.


Wasz Chris

« Narzeczeństwo | Strona główna | Dzienniki - wrzesień II - 2004 »