« Dziwy Ameryki | Strona główna | Dzienniki - listopad I - 2004 »

18 października 2004

Dzienniki - październik II - 2004

Przekonałem się że w naszym pobliskim stawie są ryby. Dziś z rana zobaczyłem jak niewielki ibis pałaszował rybkę. Białoczarne ibisy widzi się często w okolicy.

Lato nadchodzi... Już od pewnego czasu, ubieram głównie koszulę z krótkim rękawem. Staram się dużo przebywać na świeżem powietrzu. Powróciłem do swych dawnych posiedzeń z poezją przy ogrodowym oczku wodnym. Posiadywałem i w sobotę i w niedzielę przy plusku wody z kieliszkiem wina shiraz cabernet. Co spojrzałem poza białej kartki strofy, mój ogród jakby nie mój, prosto z bajki, woda fioletem z błyskiem szklistym spływała wartko... Wchłaniałem rytm wierszy Szymborskiej i Miłosza. Czytałem naszych wielkich, w zgrabnym tłumaczeniu na angielski przez Stanisława Barańczaka. Język angielski jest sztywny, nie ma tych niuansów, niuańsików, korali, koralików czy koraliczków, wnuczków, wnusiów i wnusieńków. Jest tu pupil i student, a nie jak w polskim: uczeń, uczniak, student, studencik, studencina, żak, kursant, kursista, pierwszoklasista i tak do maturzysty, licealista i gimnazjalista, elew , itd...
Właśnie skończyłem dłuższe opowiadanie G.Ciesielskiego pt. Zawód: Fotoreporter. Trochę dziwna książka, z lekka manieryzowana na Stachurę, ale zdecydowanie wolę tego ostatniego. Czytałem też opowiadania A. Duboniewicza: Przerwany sen i Dzień czarny podobny do dnia. Dobrze się to czyta mimo tematyki śląskiej. Język zrozumiały bo sam autor ślązakiem nie jest. A i fabuła wciągająca.

20 październik 2004 (środa)

Pogoda piękna i myśli ulatują w wakacyjny nastrój. Już zarezerwowaliśmy miejsca zbliżającego się urlopu. Obydwa urocze miejsca w stanie Victoria. Trochę mi żal, że zamieszkuję prawie pustynny stan. Wschodnie wybrzeże Australii aż roi się od interesujących miejsc, a u nas tego jak na lekarstwo. Wszystko już tu zaliczyłem. Niby z wakacjami nie ma problemu, po prostu potrzeba dwa dni ekstra na dojazdy, ale taki long weekend, już się tam nie pojedzie – za daleko. I tego wschodnim stanom zazdroszczę. No cóż, nie ma ideału...


22 październik 2004 (piątek)


Jestem na porannym marszu, oczyszczony fizycznie i... duchowo, gotowy na test medyczny. Za dwie, trzy godziny będę egzaminowany wewnętrznie. Nikt nie będzie oczekiwał ode mnie żadnej odpowiedzi, będę smacznie(?) spał, a oni obejrzą sobie mnie dokładnie. Dziwne uczucie... Człowiek nie wie co go czeka, jak będzie się czuł, co dziś będzie robił, w jakim będę stanie...
Same znaki zapytania. Właściwie tych pytań wcale sobie nie zadaję. Pogoda piękna a myśli krążą filozoficznie, wysoko...
Co ma sens, a co nie ma? Odwieczne pytanie. Pytanie zawierające w sobie wszystko... Pytanie o byt... Kwintesencję wszelkich niewiadomych i wątpliwości.
Na pewno nie jest to pytanie retoryczne. Każdy ma swój sens życia i swój dossier. Sens działania, sens interpretacji, sens smaku...
Wiele razy sam się zastanawiam, czy to lub tamto ma sens ? Czy warto? Czy powinienem?... Po co?
I mimo częstych negatywnych odpowiedzi ciągle trwam w działaniach. Nie odżegnuję się, nie porzucam, nie zmieniam... Tkwię w tej rzeczywistości, choć często sensu nie widzę, lub niewiele go widzę. Taka na przykład, praca zawodowa... Takie to trywialne, wręcz głupie, że gdyby nie przyziemny instynkt samozachowawczy, czyli chęć utrzymania standardu życiowego w s e n s i e materialnym, nie godziłbym się na działanie przeciw swojej naturze, wbrew przekonaniom. Bo coś robić trzeba ... aby żyć. Inne moje działania – niestety – chleba mi, ani mojej rodzinie nie przyniosą. A więc robię to co robię, choć niewiele w tym sensu. Dla mnie – bo obserwując moich współpracowników, zauważam, że wielu widzi sens w tym co robi, choć robi bardzo niewiele... Co więcej, angażuje się emocjonalnie i bezkrytycznie podchodzi do swojej działalności na tym polu.
Są tacy, którzy nie widzą żadnego sensu w sztuce. Wszystko co zawiera się w szerokim słowie – KULTURA - działania na które szkoda czasu. Jest to często uważane za wręcz szkodliwe...
Są ludzie nie znajdujący najmniejszego sensu w sporcie czyli kulturze fizycznej. N i e p o t r z e b n e zmęczenie się czy to fizyczne czy intelektualne, jest według nich chorobą, czy nawet zboczeniem umysłowym. Ale są i tacy, potrafiący się poświęcić dla wąskiego strumienia wiedzy czy monotematycznego działania przez całe swoje życie. Takie prace jak: Poszukiwanie antidotum na dur brzuszny zaskrońca kaukaskiego, lub – studiowanie wzrostu roślin w warunkach wzmożonej jonizacji powietrza.
Jeszcze inni poświęcają się pracy na misjach: religijnych, dobroczynnych, humanitarnych itp.
Każdy z nich widzi szczególny sens swego działania. Czasem jest to nawyk, przyzwyczajenie, a więc sens nabyty.
Widzę i takich którym brak jakiegokolwiek sensu w życiu przesłania cały horyzont i nie robią nic... A przemóc się nie potrafią aby działać na przekór woli.
Ale czy to wszystko ma naprawdę jakiś sens?...

25 październik 2004 (poniedziałek)

Powinienem trochę napisać o tutejszej służbie zdrowia, bo chyba jeszcze nigdy tego tematu nie poruszałem. A powinienem, mam już trochę doświadczenia w tym względzie. Kiedyś operacja na kręg lędźwiowy, teraz dość skomplikowany test organizmu. Odbyło to się w piątek do południa. Bardzo gładko, bezboleśnie. Z półtorej godziny spałem, pamiętam że przebudziłem się na chwilę, pooglądałem się półprzytomnie od środka na ekranie komputera i znów jak niedźwiedź zapadłem w zimowy sen.
Już w czwartek dzwoniła do mnie do domu pielęgniarka, na krótką „pogawędkę”, jak mi idzie przygotowanie do testu. Upewniła się, że wszystko jest O.K. Obchodzili się ze mną jak zawsze, delikatnie wręcz przyjacielsko. Taka jest kultura na codzień w ośrodkach typu przychodnia czy szpital.
Pytałem – przed uśpienie - ile dziennie robią testów tego typu. Kiedy usłyszałem że do dwunastu, poczułem się lepiej. Szpital w którym miałem ten test bardziej przypomina ośrodek wczasowy niż jednostkę leczniczą czyli szpital. Niskie pawilony połączone ze sobą długimi pokrytymi dachem przejściami wzdłuż ogrodów i trawników. Rozsuwane oszklone drzwi w pawilonach gdzie z sali szpitalnej można wyjść prosto do ogrodu. Ludzie mili, w niczym, ale to w niczym nie przypomina szpitala polskiego. Nie ma zapachów, nie ma chorych czekających na korytarzach, nie ma służbowych fartuchów BARDZO WAŻNYCH OSOBISTOŚCI (czyt. salowych, pielęgniarek, lekarzy). Nie sposób ich rozróżnić, dopiero kiedy się przedstawią wiemy z kim mamy do czynienia. Każde działanie jest tłumaczone pacjentowi więc wiadomo czego się spodziewać. Tak się czasem zastanawiam: jak zareagowaliby gdyby wyciągnąć 100 dolarów i próbować im wręczyć... To byłoby zaskoczenie!
Tuż po 12-stej ubrałem się i w towarzystwie rodziny opuściłem miłe miejsce.
W sobotę czułem się całkiem normalnie, a w niedzielę już uczestniczyłem w party...
Nasza służba zdrowia mimo utyskiwań ze strony opozycji i coraz gorszych danych statystycznych jest o całe pokolenia do przodu w porównaniu z polską mentalnością podejścia do pacjenta i pomocy obywatelom. Tego jeszcze nie da się porównywać.
Oczywiście wszystko to dotyczy zwykłego państwowego ubezpieczenia tzw. Medicare. Prywatne ubezpieczenia otwiera całkiem nowe „horyzonty chorowania”. No, ale tu nie zapłaciłem centa...
Mimo to, lepiej być zdrowym i z tego nie korzystać.


27 październik 2004 (środa)

Tak sobie idę w piękny słoneczny poranek i tak optymistycznie mnie natchnęło, że chyba nie jest jeszcze z nami tak żle. Mam na myśli – ludzkość...
Bo tak naprawdę - szczerze mówiąc - to nigdy wcześniej tak duża liczba mieszkańców ziemi nie miała tak dobrze, jak teraz. Nie znamy co prawda dokładnie czasów wczesnych cywilizacji, ale uogólniając to zawsze było paru wybrańców losu i tysiące nieszczęśników. A i wiedza nigdy nie była tak powszechna jak teraz. Wiara i religia, to był raczej przymus i przestrach niż świadomy wybór (teraz przynajmniej nie pod pręgierzem). Tyle wolności co teraz, nigdy wcześniej nie mieliśmy (w takim procencie). Wolność słowa, wolność myśli i postępowania, to codzienność dla milionów. Dostęp do informacji, samokształcenia i wyrabiania poglądów. Rodzaju rozrywki i form wypoczynku. Wreszcie, czasu... rozłożonego na wszystkie wymienione powyżej formy działalności ludzkiej. Tego nigdy wcześniej jako ludzkość, nie mieliśmy...
Dążeniem naszym powinno być udostępnienie tego dobrodziejstwa, jak największym masom społeczeństw świata. Z tym, że najpierw trzeba zabezpieczyć rzecz podstawową – michę dla każdego.
Ileż to milionów nie ma codziennie nic do zjedzenia. Dzień w dzień. A z drugiej strony u nas (pierwszy świat), wyrzuca się miliony ton żywności nie skonsumowanej, przeterminowanej, nie sprzedanej. Towar jest – problem z jego dystrybucją.
Tych wszystkich urzędasów z FAO (światowej organizacji wyżywienia) wywaliłbym na zbity pysk. Tyle lat działalności i żeby nie zorganizować sprawnej siatki dystrybucji towarów zbytecznych pierwszemu światu dla potrzebujących. To nieudolność do potęgi! Od czego forum ONZ. To jest podstawą ludzkiego działania, jeżeli tego na tym forum nie są w stanie zorganizować, to co mówić o rzeczach bardziej skomplikowanych!


29 październik 2004 (piątek)

„Człowiek się dobrze prowadzi” – pomyślałem o sobie idąc o siódmej rano po pustej ulicy. Kiedyś jeszcze się szalało, ale od dłuższego czasu, spokojnie... Nie to co niejaki pan Jaroslav Seifert, literat, obywatel czeski tudzież laureat nagrody Nobla. Jego żona twierdziła, że to ona powinna tego nobla otrzymać za... cierpliwość w stosunku do męża. Otóż, przytaczała przy okazji taki fakt: Sąsiedzi alarmowali ją aby odebrała męża z... cmentarza, gdzie ten usławszy sobie wieniec pod głowę, śpi w najlepsze na czyimś grobie. Po dotarciu na miejsce, zobaczyła swego męża ululanego z panem Drdą, w towarzystwie całkiem nagiej panienki. I mimo to mu wybaczyła. Dużo też wybaczała Jarosławowi Iwaszkiewiczowi jego żona, a to z racji homoseksualnych zapędów polskiego mistrza pióra. Ciągle czytam z przerwami jego Sławę i chwałę. Wyczuwa się w tej prozie, to jego zainteresowanie męskim ciałem, na każdym kroku...

Dzis wieczorem kolejne mecze tenisowe mego dziecka. Znów nerwy. W tym sezonie gra w A1 – najwyższej dywizji juniorów, przeciwniczki są wymagające i ciężko wygrać. Ale poziom gry jest najważniejszy...

« Dziwy Ameryki | Strona główna | Dzienniki - listopad I - 2004 »