« Fabryka snów | Strona główna | W podróży »

18 września 2004

Dzienniki - wrzesień II - 2004

Jest ładnie a ma być lepiej. Czas na wiosenne prace wokół domu. Dzisiaj „strzygę na krótkiego jeża” trawnik z przodu i z tyłu domu.

Najpierw praca trimmerem do krawędzi trawników, później idzie w ruch kosiarka benzynowa. Inauguracja sezonu ze sprinklerami. Nastawiam krótki program i sprawdzam jak działają.

Następnie sadzenie nowych kwiatów w miejscach gdzie sezonowe rośliny poginęły. No i czyszczenie pondów wodnych. Zaniedbane po zimie, pełne zielonych glonów, wyglądają jak zaślimaczone sadzawki. Ale rybkom to chyba nie przeszkadza. Wybieram ręcznie długie glony, okręcając je sobie wokół dłoni. Praca ta wymaga trochę gimnastyki, aby nie wpaść do wody. Wyginam się więc na trzech kończynach, a czwartą wybieram zielsko. I tak schodzi do wczesnego popołudnia. A później już same przyjemności...


20 wrzesień 2004 (poniedziałek)

Wczoraj zaliczyliśmy piękny dzień. Piknik z rodziną. Trochę tenisa z córką. Świeże powietrze i słońce. Czuję się zdrowo choć z wstępnych badań tak nie wynika. Trzeba zrobić szczegółowe. Zobaczymy...

Powoli nadrabiam, zaległości w czytaniu. Pisma które przychodziły w czasie mojej nieobecności w domu, już prawie kończę. Gazety mam też już na bieżąco. Wkrótce będę mógł zacząć również czytać książki. Robię sobie często „dni polskie” kiedy słucham tylko muzyki Tarnau, Sikorowskiego czy Hannę Banaszak, wertując Przekrój, czy Panoramę, wgryzając się czasem w krzyżówkę, czego przez lata nie robiłem. A lubię to robić tu, czyli daleko za granicami Polski. Dopiero tu, to ma właściwy smak. Tam nawet kiedy zaglądałem do miejscowych periodyków jakoś nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. Przekora duszy...


22 wrzesień 2004 (środa)

Za miesiąc mam poważny test...

Znów wpadła mi ciekawie przedstawiona statystyka mieszkańców naszego globu. Zakładając, że na naszej ziemi populację ludzi reprezentuje liczba – sto, (innymi słowy 100%), to tylko sześć osób z tej setki, posiada 60% wszystkich dóbr i mieszka w... USA. Tylko jedna osoba ma wyższe wykształcenie i komputer. Dobrobyt, dla niewielu na tym padole.

A miejscowy poszukiwacz złota, ma wyraźną chęć dołączyć do tej grupy posiadaczy. Już od rana zamiata swoim aparatem do wykrywania metalu, po przyszkolnym placu zabaw. Widzę tu regularnie, co parę miesiący, o poranku kogoś z tym urządzeniem (nie pamiętam czy to ciągle ten sam facet). Nie chce mu się jechać daleko na złotonośne pola, tylko wierzy w szczęście znalezienia dziecięcej biżuterii zgubionej w czasie harców na zjeżdżalni czy huśtawce. Można i tak...


23 wrzesień 2004 (czwartek)


D e j a - v u.

To co wydarzyło się niecały rok temu, powtórzyło się prawie dokładnie.

To samo miejsce akcji, czas, ten sam scenariusz.

Pies, tym razem owczarek alzacki przyplątał się do mnie o poranku w czasie marszu i szedł za mną krok w krok, do tego samego miejsca, gdzie poprzedni, nie zdecydował się na dalsze kontynuowanie przygody ze mną. Te same myśli mnie nachodziły w czasie krótkiej eskorty nieznajomego psa, te same dziwne uczucie. Prawie bezradność: co z tym fantem zrobić?

I tym razem pies wybawił mnie z kłopotu, od dalszych decyzji. Sam wybrał...

Lunch w restauracji... Jedna z przyjemniejszych rzeczy w pracy. Czasem za swoje pieniądze (pożegnania współpracowników), czasem z funduszu firmy, tak jak dzisiaj.

Kiedyś nie opuszczałem praktycznie żadnej okazji, teraz idę ... kiedy wypada. Właśnie dzisiaj wypadało. Czynniki rządowe zapłaciły nam za kolejny etap naszego projektu, no i hulaj dusza...

Całą grupą (siedmiu wspaniałych plus jeden), oddaliśmy się pod wodze Bachusa w jednej z włoskich restauracji przy centrum miasta. Wina mieli przednie. Jedzenie też dobre, choć ja zawsze przedkładam trunki nad posiłki. Nie jestem typowym smakoszem, czyli nie jestem typowym australijczykiem. Oni lubią jeść. Inna sprawa, że potrawy typowo australijskie są niesmaczne.


25 wrzesień 2004 (sobota)


Wchodzę czasem na internetową witrynę Wirtualna Polonia. Jest to w sumie smutne miejsce. Na początku zaglądałem tu prawie dla czystej rozrywki, aby przekonać się czego to jeszcze wszelkiej maści „patrioci”, w obronie swych chorych idei nie wymyślą. Do jakich jeszcze sztuczek się udadzą aby obsmarować kogoś kogo nienawidzą. Po dłuższym tego typu zaglądaniu, niewiele znajduję radości ze swoistego dla tej witryny humoru, owiniętego w narodowy sztandar. To zjawisko patologiczne. Grupka ludzi chorych na różnego rodzaju fobie bez jakichkolwiek rzeczowych argumentów pisze prymitywne paszkwile na wszystkich, których nie lubi. A lista nie lubianych jest długa. Sążnista ksenofobia a przede wszystkim chorobliwy antysemityzm, podlany narodowym katolicyzmem, to podłoże dla szczerego patrioty spod znaku Wirtualnej Polonii.

Na początku czytałem to wyobrażając sobie jak wyglądały przedwojenne wynurzenia w pismach narodowców i wszelkiej maści faszystów. Po chwili zastanowienia zrozumiałem, że piszą to ludzie z mojego pokolenia, lub młodsi. Ludzie chorzy na żydofobię, na eurowstręd, na amerykańską czkawkę. Co więcej, mimo swego świątobliwego celu jak na każdym kroku podkreślają, są gotowi zmieszać z błotem każdego biskupa którego działania nie pasują do ich puzzli. Charakterystycznym dla tego typu ludzi jest uogólnianie każdego indywidualnego przypadku do podparcia swej bardzo wątłej teorii spisku dziejów. A myśli mają proste – generalna zasada: wszyscy żydzi (i ci domniemani) są winni wszystkiego zła. Tu nie ma rozważań, analiz – to jest pewnik. I dalej: jeżeli myślisz inaczej niż oni (ludzie z Witryny), to znaczy że jesteś żydem (oczywiście przez małe ż), czyli automatycznie podlegasz unicestwieniu w oczach prawdziwych patriotów. Niewiarygodne?! – też bym w to nie uwierzył, gdybym sam nie czytał...

W ten oto sposób według Witryny (ludzi tam piszących), 70% (a może i więcej...) elity polskiej – rząd, parlament, duchowieństwo i naukowcy – to żydzi... czasem masoni. Niektórzy nawołują do krucjaty przeciwko domniemanym ciemiężcom, którzy zorganizowali się przeciwko i wręcz uwzięli się właśnie na nich, czystych Polaków – patriotów. Jednym słowem – polskie piekiełko można powielać wszędzie.

Rydzyk, Jankowski, Lepper i paru innych polityków to ich świetlani przywódcy. Reszta to... parchy.

Myślących podobnie do nich: Niemców, Ukraińców czy Rosjan uważają za wyzutych z moralności. Ciekawe, że tego u siebie nie widzą... Kiedy to czytam, odczuwam coś w rodzaju intelektualnego otępienia.


27 wrzesień 2004 (poniedziałek)


Właśnie minął (a może jeszcze nie?..), ważny weekend dla Adelajdy a może i dla całej Australii właśnie minął.

Finałowy mecz australijskiego futbolu wygrała drużyna ADELAIDE POWER. Zainteresowanie przeogromne. Na mecz odbywający się na neutralnym terenie w Melbourne przybyło 78 tysięcy kibiców. Przyszło,... wiele tysięcy jechało po kilkaset kilometrów z Adeli czy z Brisbane, aby tam być. Ludzie upajają się tą bądź co bądź, lokalną imprezą. Przecież żadne mistrzostwa poza Australią w tej dyscyplinie się nie odbywają, bo oprócz nas nikt w to nie gra. Nawet tu na kontynencie, nie wszędzie jest sportem numer jeden, (np. w Sydney). Sam usiadłem wczesnym sobotnim popołudniem przed telewizorem aby to zobaczyć.

Początek z wielkim rozmachem, występy estradowe, hymn narodowy, oficjalne otwarcie finału, pełno uniesień i ekstazy. Cóż z tego... skoro jeszcze się mecz nie rozpoczął, a zawodnicy z obydwu drużyn już tłukli się po gębach! Co mnie w tym zastanawia najbardziej, że nikomu to nie przeszkadza, choć Aussies nie z tych co by bez przerwy po mordach się naparzali o byle co, nawet jak mają dobrze w czubie. A tu na stadionie gdzie tysiące dzieci i kobiet, oficjeli z prime ministrem na czele, transmisje telewizyjne nie tylko na kraj,... brutalnie walą się pięściami.

Szybko mnie to odrzuciło od telewizora i dopiero po pewnym czasie powróciłem do ekranu aby dotrwać do następnej bójki. Powtórnie na dłuższy czas opuściłem to widowisko, i tak z doskoku dotrwałem do końca tego meczu. W sumie gdyby nie chamstwo, okładanie się co pewien czas pięściami, byłoby to całkiem emocjonujące widowisko. Ale najpierw trzeba by zmienić przepisy i wytłumaczyć osiłkom, że łapy to mają do łapania jajowatej piłki (tak, w futbolu australijskim gra się głównie rękami), a nie do okładania się nawzajem. Co to się teraz nie dzieje... Triumfalne przejazdy po mieście, krzyki euforii i świętowanie. Ludzie oszaleli ze szczęścia. W oknach niektórych domów wystawione ołtarzyki (niczym polskie Boże Ciało) z plakatami i gadżetami zespołu zwycięzców.

No cóż... lepiej jak się ludzie radują, niż mieliby się tłuc nawzajem. Niech się biją osiłki na stadionie.

29 wrzesień 2004 (środa)

Nie oglądałem paraolimpiady. Dzisiaj jej zakończenie. Nie dlatego abym uważał, że nie jest to godne widowisko. Tylko dlatego, że kopiowanie olimpiady dla pełnosprawnych stwarza jakby drugą kategorię ludzi dla których stwarza się tego typu imprezę. Jestem ZA jak największą liczbą imprez sportowych dla niepełnosprawnych, ale robienie wiernej kopii TEJ głównej olimpiady, dla mnie nie ma sensu. I tu jak nigdzie indziej sam udział (czyt. osiągnięcie wysokiego poziomu sportowego), powinien grać większą rolę, niż sam medal. Bo gdzie jak gdzie, ale w tych podziałach na kategorie niesprawności (ułomności), jest tyle nieścisłości, że często wręcz faworyzuje niektóre z nich.

A u nas ciągle chłodno. Wiosna kwiecista już prawie przetoczyła się przez ulice, parki i ogródki, teraz króluje wiosna soczystozielona. Drzewa i krzewy utraciły kwiecie i zazieleniły się. Nawet takie topole w pełnej wiosennej krasie. Moja trawa po wiosennych podstrzyżynach na krótkiego jeża, dostała też zafarbu swieżej zieleni, czyli odbija.

Wczoraj, w małym urzędzie pocztowym na naszej dzielnicy, bandyta w kominiarce zrabował w biały dzień pieniądze. Niedawno banda wyrostków powybijała wiele szyb w państwowej, średniej szkole w pobliżu. Zaczynam zmieniać zdanie o naszej dzielnicy. I tu przychodzi chamstwo i brutalność. A przez tyle lat był tu taki spokój..

« Fabryka snów | Strona główna | W podróży »