« Dzienniki - wrzesień I - 2004 | Strona główna | Fabryka snów »

1 września 2004

Narzeczeństwo

Wyjechaliśmy z Zenkiem na zasłużone wakacje. Zasłużone dla mnie, bo on niecały rok temu poleciał na stary kontynent i zabawiał się w opłotkach III Rzeczypospolitej.


Co by nie powiedział, plan Zenka (zerżnięty żywcem z planu Hausnera) powiódł się i zaoszczędził sporo, a ja przy nim.

Żeby było ciekawie, czyli nie tak samo jak zwykle, polecieliśmy przez Amerykę. Bo to w życiu jak w piosence: Usa najlepszym naszym przyjacielem jest, usa... i tak dalej. Piosenkę tę śpiewaliśmy z Zenkiem wielokrotnie, kiedy wyostrzyliśmy sobie wrażliwość muzyczną... zwykle po butelce whisky. Postanowiliśmy zrobić pierwszy postój w Los Angeles.

Na początku baliśmy się bardzo, że nas zawrócą. Nie, nie w Stanach tylko tu w Sydnej, jak tydzień wcześniej na tej samej linii. Samolot udający się do L.A. zawrócił z powodu alarmu bombowego. Na szczęście godzina minęła, dwie i nic... Żadnego alarmu, żadnych podejrzanych sytuacji.

Ustaliliśmy, że skoro do tego czasu nas nie zawrócono, to znaczy że dolecimy. Zaczęliśmy śmielej sięgać po mocniejsze trunki, a gdzieś koło równika naruszyliśmy pękatą piersiówkę. To co wieźliśmy na czarną godzinę!

Zenek, bywalec w przestworzach czuł się tu jak ptak. „Jak ktoś co roku lata to nic dziwnego” – pomyślałem. Ja się trochę bałem, przyznam szczerze. Tylko do tej pory nie mogę sprecyzować... czego. Czy to zamachu terrorystów, czy zawrócenia na lotnisku do kraju, o których się czasem słyszy. (Przecież do cholery jestem Aussie, przynajmniej z paszportu). Przeczuwałem jakieś fatum, które pokrzyżuje nam plany szczęśliwego tam pobytu. Droga mordercza, prawie tak długa jak do Europy. A że przeholowaliśmy z napitkami, już w samolocie złapał nas kac i trzymał aż do samego lotniska. No i zaczęło się... Lotnisko LAX, jak go pieszczotliwie nazywają, to olbrzym którego nie sposób przebrnąć. Zaczęły się kolejki po walizki, to na odprawę. Kiedy wreszcie dotarliśmy do urzędnika amerykańskiego urzędu emigracyjnego, wyglądaliśmy jak zombies. Stoimy oko w oko z tym bystrym człowiekiem w czarnej czapce i marzymy o wygodnym łóżku, a ten zaczyna nas maglować.

- Po co właściwie tu przyjechaliście – zapytał. Jak to po co, jesteśmy na wakacjach. Temu to nie wystarczało i zaczął indagować. Po usłyszeniu naszego twardego akcentu, nagle zainteresowało go, gdzie to się urodziliśmy. Już miałem mu odszczeknąć że... w Afganistanie. Wiedziałem jednak, że urzędnicy na żartach się nie znają, więc odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą. Po chwili nasz interlokutor błysnął znajomością geografii zadając nam zaskakujące pytanie: „A w Wagga Wagga byliście?” Po co mu to wiedzieć, pomyślałem. I tu przez chwilę rozważaliśmy najbardziej odpowiednią odpowiedź. Na tę okoliczność należałoby trzymać się w pełni linii poltical correctness, a mnie nic do głowy nie przychodziło.

- Kiedyś przejeżdżałem – powiedział Zen, wybawiając mnie od odpowiedzialności. Nie była to w pełni satysfakcjonująca odpowiedź dla stróża granic. Zaczął nas wypytywać o hotel i czas pobytu w ich stanie. Nazwę hotelu wygrzebaliśmy z dokumentów, a czas przeliczyliśmy z naszego itinerarium.

Przedstawiciel ochrony amerykańskich granic popatrzył na nas uważnie, to na mnie to na Zena i zapytał przyciszonym głosem:

- Czy wy przypadkiem nie przylecieliście tu wziąć ślub?

- ??? – zdębieliśmy i po chwili wybuchnęliśmy śmiechem. I teraz dopiero skojarzyłem jego wcześniejsze upewnianie się, czy Zen żyje naprawdę w związku z kobietą. Ja natomiast perfekcyjnie pasowałem w jego puzzle.

- To był tylko żart – powiedział lekko zmieszany urzędnik. – To teraz popularne w tym stanie - wyjaśnił.

Po trzech godzinach od wylądowania na lotnisku, wylądowaliśmy w łóżku. Każdy w swoim.

C.D.N.

Wasz Chris

« Dzienniki - wrzesień I - 2004 | Strona główna | Fabryka snów »