« Dzienniki - sierpień I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - sierpień II - 2004 »

15 sierpnia 2004

Igrzyska

Przez ostatnie tygodnie żyliśmy olimpiadą. Bardziej lub mniej zaangażowani, ale wszyscy mieliśmy emocjonalny stosunek do tej bądź co bądź, ...

największej pokojowej imprezy świata, jaką człowiek potrafił do tej pory zorganizować. Gdyby nie przyszło to w XIX wieku pewnie nigdy byśmy nie byli już w stanie, czegoś takiego stworzyć.

A więc odbyła się kolejna, pełna wrażeń i emocji letnia olimpiada. Olimpiada, która z racji swego umiejscowienia sięgnęła do antycznych korzeni. I dobrze. Potrzeba nam trochę tamtej świadomości, bo współczesność w pogoni za sensacją, powoli ale systematycznie zatruwa w nas wartości wyższe. Współzawodnictwo oparte o reguły fair-play. Problem w tym, że reguły te różnie się teraz interpretuje. To co jeszcze na XVI olimiadzie było hosztaplerką teraz jest najniewinniejszą techniką. Sport, przekształcając się w zajęcie profesjonalne, staje się zawodami gladiatorów, w których niedługo będą wszystkie chwyty dozwolone. Już teraz słyszymy głosy, że jeżeli sportowiec osiągnął wiek dojrzały, to niech robi ze swym organizmem co chce.

Aby zasięgnąć opinii środowiska tylko sporadycznie związanego ze sportem, zapytałem o zdanie na temat ostatniej olimpiady mego druha, Zenka.

Zacząłem tak: - Jak odebrałeś ceremonie otwarcia i zamknięcia olimpiady w Atenach?

- Well – zaczął dyplomatycznie – podeksajtowany to ja tym bardzo nie jestem. You know, te sztuczki w powietrzu i we wodzie to jeszcze ujdą, ale reszta, to amatorstwo. A zresztą, nawet te numery bledną w porównaniu z cyrkiem du Soleil. Tam zaledwie a few people to robi, nie cały naród jak olimpiadę.

- No a jak ci się podobały występy sportowców Australii?

- Man, to było brilliant! Nie spodziewałem się, że Aussie tyle kruszcu zwiną i to nie tylko w pływaniu. Miło też, że i nasza Alicia Molik na medal się załapała. Idzie ostatnio jak burza.

- Ale Klimowi tym razem, tylko srebro w sztafecie wpadło – wtrąciłem.

- Well, latka lecą, ale on już swoje zrobił. Wypływał już tyle glorii, że ten wianuszek oliwny do szczęścia mu tak bardzo nie potrzebny. A swoją drogą słyszałem, że na granicy będą im te wianki zabierać, do kwarantanny. Ja myślę, że tu chodzi o przeszczepienie na nasz grunt greckich gajów oliwnych, stąd ta łapanka.

- No dobrze, a jak oceniasz występ polskiej reprezentacji?

- Słabiutko, man... Na taki naród, zaledwie 10 medali. Toż Polaków prawie dwa razy więcej niż Aussies. Trochę chyba z ambicją szwankowało.

- Zauważyłem, że we wszystkich polskich relacjach i komentarzach, najpopularniejszym słowem było: g d y b y.

- Tak, ja też to słyszałem na każdym kroku. Gdyby nie to czy tamto to byłby brąz, a może i srebro. O złocie w Polsce coraz rzadziej się wspomina. Teraz srebro tam w modzie, ale i brązem nie gardzą.

- Czy było coś co cię irytowało w czasie imprezy?

- Bloody komentatorzy australijscy nie potrafią wymówić poprawnie żadnego polskiego nazwiska. No może oprócz Roberta Korzeniowskiego, resztę kaleczą niemiłosiernie. A taką Jolandę Cieplak ze Słowenii to ze słowiańskim akcentem wymawiają.

- No właśnie, co w tym jest że nie Kajplik, Kiplek, tylko poprawnie ... C i e p l a k ?

- Nie wiesz co? Widziałeś ją w akcji. Ona biega jak ta bogini Afrodyta. Rozpuszczone, długie blond włosy, nadają jej majestatycznego wyglądu w czasie biegu. Choć taką mistrzynią znowu nie jest. No i każdy zagraniczny sprawozdawca sportowy, natychmiast po ujrzeniu jej po raz pierwszy, wziął lekcje poprawnej wymowy jej nazwiska. I żaden się nie myli. Jeszcze się nie zdarzyło.

- Jaki z tego wniosek dla naszych sportowców?

- Przynajmniej dla polskich zawodniczek. Zapuszczajcie dziewczyny włosy i farbujcie na blond jeżeli macie inny kolor. Broń boże nie związujcie w czasie zawodów.

- No tak, twoja rada jest dobra ale nie dla wszystkich. Trudno, aby taka na przykład Otylia Jędrzejczak, która tak dobrze się spisała na olimpiadzie, pływała z rozpuszczonymi, długimi włosami. A jej nazwisko kaleczyli najbardziej.

- Well, może performance byłby gorszy, ale nazwisko wymienialiby poprawnie – zapewniał mnie Zen.

Wasz Chris

« Dzienniki - sierpień I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - sierpień II - 2004 »