« Dzienniki - czerwiec I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - czerwiec II - 2004 »

1 czerwca 2004

Pomyłka

Pomyłka – często mówimy do słuchawki, oznajmiając że telefonujący popełnił błąd przy wybieraniu numeru.


Jest to słowo - w tym wypadku - bezbarwne, bez specjalnego znaczenia, bez mocy i beznamiętnie stonowane, no chyba że wypowiedziane w środku nocy, przez wyrwanego ze snu jazgotem telefonu.

Nie jeden z nas ma w swym życiorysie, pomyłki bardziej znaczące.

Parę miesięcy temu, obudzony przez sfrustrowaną panienkę właśnie o nieludzkiej porze, po trzeciej jej pomyłce, zapytałem dlaczego tak koniecznie potrzebuje tego tajemniczego Michaela, o którego bez końca zdawała się wydzwaniać. Słysząc moje zainteresowanie, dziewczyna zmiękła i prawie płacząc wyznała, że jest w... ciąży z tym właśnie, który (na odczepnie, przypuszczam) podał swój numer telefonu na chybił trafił, nieszczęśliwie (dla mnie) trafiając w mój numer. Po solennym zapewnieniu dziewczyny po raz kolejny, że tu żaden Michael nie mieszka, dała spokój; mogłem dalej spać snem sprawiedliwego.

No cóż, pomyłka...

Ostatnio na przykład, Zen, będąc po dwóch piwach (tak mówił), nie wyhamował prawidłowo na swym motorowerku i wpadł na stojący za zakrętem samochód. Uszczerbku tym specjalnie nie wyrządził, ale pech chciał, że użytkownikiem tego pojazdu był policjant w cywilu i natychmiast przetestował Zenka oddech. Ten tłumaczył się pomyłką. Myślał, że wjeżdża w ulicę ... jednokierunkową. Pomyłka ta sporo go kosztowała.

Nie tak dawno, miałem nie zapowiedzianą wizytę. Czytając lokalną gazetę, złapała mnie drzemka w łóżku kiedy to posłyszałem, jakieś dziwne odgłosy w moim living-roomie. Po cichutku zaglądam tam, a szczeniak może szesnastoletni, już zabierał się do mojego stereo. Kątem oka spostrzegł mnie i wystraszony zaczął ulatniać się najkrótszą drogą do frontowych drzwi, przebąkując: „przepraszam, pomyliłem mieszkania”.

Puściłem za nim wiązankę językiem mieszanym: polsko-angielskim i już od tego czasu, dokładnie zamykam drzwi wejściowe do domu kiedy wracam po pracy. Następna pomyłka...

Ale cóż to za pomyłki w porównaniu z pomyłką naszego znajomego, pana Wiesia.

Otóż ten starszy pan, będąc w wieku młodzieńczym w czasie wojny, został wywieziony do Reichu, na roboty. Po trzech latach harówki u baera, słusznie poniekąd zauważył, że czas najwyższy na krótki urlop. Pojęcie takie było tam zupełnie nie znane, ale pan Wiesio w przypływie młodzieńczej fantazji postanowił jednak „wziąć urlop”. Zapragnął widoku rodziny i ojczyzny, więc ... wsiadł do pociągu byle jakiego... No, nie całkiem jak w piosence Maryli Rodowicz, bo wcześniej upewnił się, że pociąg o tej porze jedzie do Poznania.

Wcisnął się do pulmanowskiego wagonu w przegrodę do przewożenia zwierząt i tak w niezbyt komfortowych warunkach podróżował. Liczył, że z Poznania do Warszawy już niedaleko i jakoś się prześlizgnie. Problem nabrzmiał, kiedy pociąg zatrzymał się na dobre. Nasz znajomy słysząc gwar dworcowy, wydostał się na peron i niepostrzeżenie próbował przejść w tłumie pasażerów. Aż go zamurowało kiedy zamiast oczekiwanej nazwy POSNEN zobaczył tablicę z napisem... BERLIN!

Regularny pociąg udający się do Poznania, faktycznie podjechał na stację początkową niefortunnego urlopowicza,... tuż po odjeździe specjalnego pociągu do stolicy III Rzeszy, w którym zakotwiczył się nasz znajomy.

Urlop siedemnastoletniego wtedy Wiesia, trwał może dwie minuty, do czasu kiedy umorusanego z zapachem przegrody zwierzęcej młodzieńca, wyłowił z tłumu podróżnych, wachmajster policji. Od tego czasu wypadki potoczyły się momentalnie. Najpierw wylądował na gestapo. Został porządnie obity w tym przedsionku piekła i osadzony w kamieniołomach Gross-Rosen...

Szczęśliwie, tylko dwa tygodnie trwała ta gehenna i znów wylądował ...u baera, gdzie pracował do końca wojny, wcale nie myśląc już o urlopie.

Zwykła pomyłka...

Wasz Chris

« Dzienniki - czerwiec I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - czerwiec II - 2004 »