« Dzienniki - marzec II - 2004 | Strona główna | Na progu wiosny - Almanach poetycki »

15 marca 2004

Żongler

Zenek z dnia na dzień stał się działaczem dzielnicowym. Zaskoczył mnie tym niemało, bo jak do tej pory żadnej żyłki społecznika nie przejawiał, a teraz zaczął udzielać się w naszym miejscowym Community Centre.

Raz w tygodniu uczy dzieci i młodzież ...żonglerki. B e z p ł a t n i e !

Widziałem nie raz jak sobie doskonale radził z trzema, a nawet czterema kolorowymi piłeczkami, nie gorszy był też z kręglami i obręczami (takie specjalne, żonglerskie). Nadszedł dzień i postanowił podzielić się swymi umiejętnościami z młodzieżą. Sam, kunszt ten nabył jako młody chłopak, od wujka, emerytowanego żonglera cyrkowego. Wyuczył on Zena w tej trudnej sztuce, ale ten nie przejawiał chęci do kariery cyrkowej.

Według Zenka najlepszą metodą nauczenia się stanu zrelaksowanej koncentracji, który jest tak przydatny w biznesie i nauce – jest żonglerka. Można dzięki tej umiejętności poprawić potencjał chłonny umysłu, jak również koordynację ruchu i wszelkich działań.

Zenek twierdzi, że żonglując codziennie można zdecydowanie polepszyć stan zdrowia, tak fizycznego jak i psychicznego.

- Już od 1978 roku, wszystkie seminaria dla managerów dużych firm w USA, prowadzą naukę żonglerki piłeczkami. Osiągają dzięki temu tak dobre rezultaty, że stało się to wręcz obowiązkiem wśród managerów i biznesmenów – zapewniał Zen. – Więc rozpoczynając naukę tej sztuki, we wczesnym okresie życia, poszerza się horyzonty młodym ludziom – podsumował.

Okazało się, że chętnych jest więcej niż przewidywano, musiał więc podzielić młodych adeptów żonglerki na dwie grupy sesyjne. Widziałem zadowoloną minę u niego, kiedy wracał z tych popołudniowych zajęć.

Zapytałem go wręcz, jeżeli czuje posłannictwo społecznika, dlaczego nie podjął aktywności w którymś z polskich klubów.

- Coś ty,...oni by mnie od razu zjedli – wyznał machając ręką. – A to że nie mam formalnych kwalifikacji a innych uczę, że to nikomu nie potrzebne taka żonglerka, a to że nie jestem odpowiednio ubrany – wyłożył jednym tchem.

- Nie przesadzasz ? – zapytałem zaskoczony, bo między Bogiem a prawdą, doświadzenia z działalnością polskich organizacji społecznych nie mam, ale słyszało się to i owo.

- Wiesz Aussies przyjmują z pasją wszystko czego nauczysz ich dzieci, a nasi koncentrują się na tym, czego jeszcze nie umiesz, lub co ci nie wyszło. Był taki jeden – ciągnął dalej Zen – nauczyciel tańca w polskim klubie. Uczył dzieciaki tańca towarzyskiego, aby nabrały ogłady na parkiecie. W czasie jednej z akademii, wystąpili jego początkujący adepci tańca pod presją działaczy klubowych, wiesz chcieli się wykazać. On nie bardzo chciał, tłumaczył że dzieci jeszcze niewiele umieją, ale się uparli. Dzieciaki zrobiły klapę, kroki tanga argentyńskiego wmieszały w rytm walca wiedeńskiego i nastała nagonka ...na nauczyciela.

- No przecież mówiłeś, że działacze klubowi ich wystawili do popisu – zaoponowałem.

- Co z tego, cięgi zbierał nauczyciel. W miejscowym radio i artykułach gazetowych, suchej nitki na nim nie zostawili. Komu to potrzebne, krzyczeli, młodzież trzeba uczyć tańca ludowego, aby o swoich korzeniach nie zapominali, sugerowali. Nasz społecznik od tańca towarzyskiego, na oberkach i kujawiakach się nie znał. I chciał się wycofać. Znów stanął pod pręgierzem tak zwanych mediów polonijnych. W porannej audycji niedzielnej, jakaś spikerka z Bożej łaski wypominała mu że karierowicz, że poświęcić się dla pracy z młodzieżą nie potrafi, a wszystko co robił do tej pory, to tylko strata czasu. Inni mu wypominali że Witoldem Grucą to on nie jest i Pawłowej z tymi umiejętnościami nie wychowa. Tak się przejął tymi insynuacjami, że z tego wszystkiego wyjechał na prowincję i już do swoich umiejętności nikomu się nie przyznał. A ja na kolejną emigrację nie mam ochoty – wyznał Zen.

Wasz Chris

« Dzienniki - marzec II - 2004 | Strona główna | Na progu wiosny - Almanach poetycki »