« Dzienniki - luty I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - luty II - 2004 »

15 lutego 2004

Obcokrajowcy

Muszę przyznać że smutno mi się żyło przez ostatni miesiąc. Powodem takiego stanu mojej duszy, był wyjazd Zenka i Małgośki (pardon – Maggi) na urlop do Polski.


Pierwszy tydzień, dwa – nic. Ale później nie było wieczoru, abym o nich nie rozmyślał. Poczułem się nagle, jak jeden z trojaczków – rozłączony od reszty. No bo przecież, dokładnie w tym samym czasie, postawiliśmy swoje stopy na tej ziemi. To, jakbyśmy się razem urodzili. No a poród nie był wcale łatwy. Szczególnie Maggi, na początku bardzo narzekała. Był moment, że chciała nawet sama wracać do kraju. I tak przypomniałem sobie nasze wspólne początki, patrząc bezmyślnie w szklany ekran telewizora. Ale nostalgia minęła – wrócili w końcu...

- We happy to be back – powiedziała na powitanie Maggi.

„Tak szybko polskiego zapomniała” – pomyślałem.

- Co, fajnie było? – zapytałem.

- Początek nawet niezły, you know, family nawet z okolicy się zjechała. Ucztowaliśmy prawie trzy dni. A później cisza... Rozjechali się do swoich zajęć. A tam nuda, szarość, jak za komuny, tylko parę kolorowych reklam na odrapanych murach.

- No nie gadaj, telewizję mają lepszą niż u nas, tyle kanałów różnojęzycznach – wtrąciła Maggi.

- A Kraków, Zakopane,... gdzie w ogóle byliście?

- ...E, na podróże nie było czasu, takie tam tempo życia teraz, a drogo,... no, byliśmy u jednej rodziny na wsi, u ciotki w Bodzentynie. Wielkie miasta omijaliśmy, bo okropne pollution i strach przed terroryzmem.

- A co wiedzą o Australii? – zapytałem.

- O, oni tam myślą, że my tu tylko z pożarami ciągle walczymy – odpowiedział Zen.

- Albo że nas krokodyle i rekiny ciągle zjadają – dodała Maggi.

- A ktoś, kto tu był naopowiadał im, że u nas kangury po ulicach skaczą – wtrącił Zen.

Kończąc to zdanie, wyjął butelkę wódki „Absolwent” i polał. Z kieliszka na kieliszek robiło się coraz cieplej, bardziej swoisko. Zenek wyznał mi, jak to przez te puszki piwa, które wiózł dla mnie z Polski, przetrząsnęli mu cały bagaż, zabierając przy okazji nadmiar wody ognistej, którą wieźli .

- You know, puszka blaszana pod rentgenem, to jak bomba wygląda – tłumaczył.

Zrobiło mi się nieprzyjemnie, że naraziłem ich na kłopoty, bo rzeczywiście prosiłem Zenka o jakąś puszkę z polskim piwem.

W pewnej chwili Maggi wyznała:

- Co tu dużo ukrywać, w Polsce na pieniądze lecą. Jakbyśmy cash wyjęli i zaczęli rozdawać to by nas szanowali, a tak olewają.

- Co więcej – włączył się Zen – bezczelni, raz usłyszeli że wołam na nią Maggi i już do końca pobytu, została - kostką Maggi. Ciotka kostka Maggi, wołali.

- Tam niczym teraz nie zaimponujesz – skarżył się Zen.

- Tak im się dobrze powodzi? – zapytałem.

- Nie, tylko co powiesz, to oni że Rodowicz to ma lepsze, a Solorz to ma takie jakiego... a Boniek to jeździ takim... Tak to mówią jakby o najbliższej rodzinie wspominali.

- A tyś się za bardzo przejął tą licytacją – powiedziała Maggi – w końcu wyszło na to, że my jeździmy samochodem, którego nie ma jeszcze w seryjnej produkcji i, że nasz jacht na przystani w zatoce stoi.

- Nie tego nie mówiłem – zawstydził się Zen.

- Mówiłeś, tylko za dużo wypiłeś i nie pamiętasz. A tej willy z widokiem na zatokę, też nie pamiętasz? – wydała go Maggi. – A swoją drogą, za moich czasów jak ktoś z zagranicy przyjechał, to go oglądaliśmy jak obraz – wspominała.

- A gdy dostałeś dolara, to zaraz człowiek leciał do Pewexu po butelkę gorzałki, albo amerykańskie papierosy – z rozrzewnieniem zauważył Zen. – Jaki to szpan był. Teraz dasz dolara to się z ciebie śmieją.

- Nie masz dziś szacunku dla obcokrajowców – podsumowała Maggi.

Wasz Chris

« Dzienniki - luty I - 2004 | Strona główna | Dzienniki - luty II - 2004 »