« Literatura australijska – Bush poetry. | Strona główna | Dzienniki - styczeń I - 2004 »

1 stycznia 2004

Big Beat

Lubimy sobie z Zenkiem powspominać. A to już chyba domena starości. Każdy z nas przebył inną drogą swój dotychczasowy życiorys, ale jedno mieliśmy wspólne: pasję do tzw. mocnego uderzenia, czyli big – beatu, jak się wtedy powszechnie mówiło.


Miało to solidną podbudowę w warunkach jakie stworzyły nam ówczesne władze: szarość życia i siermiężną monotonię wokół, a z drugiej strony - energia, koloryt i sposób bycia jaki serwowała nowa pop-kultura. Koncerty big-beatowe – to był efemeryczny raj dla ducha, szał decybeli dla ucha i ogólna ekstaza.

Ostatnio przypomniałem sobie, jak to kiedyś – dawno temu, niespodziewanie znalazłem się na koncercie Czerwonych Gitar i to wśród VIP-ów, czyli gości zaproszonych – jak to się wówczas nazywało. Otóż, nie zamierzałem wcale iść na ten koncert. Wtedy Czerwonymi Gitarami wręcz pogardzałem – to była muzyka dla małolatów, lub nie rozeznanych na rynku muzycznym. Mnie imponowały wtedy takie grupy jak: The Artwoods, Polanie, a nie jakieś: sia,la,la...

Natomiast jako fan muzyki w ogóle, postanowiłem pójść tam przed koncertem i zaczerpnąć trochę atmosfery inności, jaką każda taka impreza wprowadzała.

Trafiłem właśnie na moment, kiedy olbrzymi truck (jak na ówczesne warunki), zajechał ze sprzętem pod miejscowe kino. Muzycy wysiedli z towarzyszącego mikrobusu i zabrali się niemrawo do wyładowywania instrumentów. Podszedł do mnie Klenczon i zaproponował abym pomógł w rozładunku (widocznie moja fizjonomia, predysponowała mnie do zaszczytnego w pewnym okresie zawodu: nosilszczyka). Było nas paru, takich szczęśliwców. Te 30 minut spędzone razem z zespołem, było jedną z przyjemniejszych prac w moim życiu. Wszyscy otrzymaliśmy gratisowe bilety wstępu. I pomimo tego sia,la,la...oraz kopiowania zachowania i wyglądu czwórki z Liverpoolu – piątka z Trójmiasta urzekła mnie. Co więcej, był to jeden z lepszych koncertów, jakie zaliczyłem.

Zenek, jako stary hippis, zawsze dostawał gęsiej skórki kiedy usłyszał Jethro Tull czy Pink Floyd, ale i śmietanką rodzimych muzyków nie gardził.

Zafascynowany Józefem Skrzekiem, z uniesieniem opowiadał wrażenia z koncertów SBB, kiedy mistrz Józef czarował na klawiszach, a w czasie ekstensywnej solówki na basówce, chwytał za smyk kreując niesamowitą barwę poszczególnych fraz.

Ja ze swej strony dodaję wspomnienia z koncertów Breakoutów.

Enigmatyczny Nalepa i spółka, jawili się jak bogowie w wytwornych futerkach, biżuterii, lśniące, długie włosy z zapachem zagranicznych perfum, które czuło się z odległości kilku metrów. Oni nie byli zwykłymi obywatelami PRL-u. Ciągle uśmiechnięci, porozumiewali się często po angiesku (sic), obracali się w kręgach światowych (koncerty z Small Faces, itp). Te krótkie kontakty z gwiazdami sprawiały, że już na drugi dzień, spotykało się w kafejkach, czy na ulicy, epigonów Wojtka Kordy, Niemena, czy Miry Kubasińskiej.

Często wspominamy z Zenem kompletnie już zapomiane formacje beatowe, takie jak: Klan, Dżamble czy Romuald i Roman. Kiedyś w meandrach pamięci Zen wygrzebał koncerty ...74 Grupy Biednych. Był to zespół stylu underground (dosłownie), nieznany nikomu, oprócz paru setek bywalców koncertów w Ustce, gdzie grupa przez pewien czas rezydowała pod koniec lat sześćdziesiątych. To tam można było usłyszeć polską awangardę, podróbki Vanilla Fudge czy Jefferson Airplane. Przy pajdzie świeżego chleba i butelce „jabczanki”, spotykał się tam kwiat polskiej subkultury: psychodelic i flower-power. Wieczorami na promenadzie można było usłyszeć „Pastora” siedzącego z gitarą i harmonijką ustną, zbierającego do kapelusza datki wczasowiczów, urzeczonych polskim Bobem Dylanem.

A już na pamięć znam opowiadanie Zenka, kiedy to Halina Frąckowiak występująca wówczas z grupą ABC, zaczepiła go na ulicy w Kołobrzegu i obdarowała całusem. A trzeba wyraźnie powiedzieć, że Zen w tym czasie dla większości starszego pokolenia wyglądał na neandertalczyka.

Ciągle opowiada to zdarzenie z wypiekami na twarzy, mimo że upłynęło już od tego czasu...hm, 35 lat. No cóż, każdy z nas tam żył choćby przez chwilę w swojej arkadii...

Wasz Chris

« Literatura australijska – Bush poetry. | Strona główna | Dzienniki - styczeń I - 2004 »