« Dzienniki - grudzień II - 2003 | Strona główna | Literatura australijska – Bush poetry. »

15 grudnia 2003

Dożynki

Postanowiliśmy wybrać się na adelajdzkie Dożynki.
Dwa ważne powody zadecydowały o naszym uczestnictwie w tej imprezie: przyjazd na imprezę prezydenta Wałęsy, a po drugie, obecność telewizji polskiej.

Maggi chciała pomachać rodzinie, a również liczyła, że może uda jej się coś powiedzieć do kamery.

Złapaliśmy taksówkę i kazaliśmy się wieźć na Polish Festival. Zdezorientowany kierowca zawiózł nas do... Festival Theatre (taki adelajdzki Opera House). Byliśmy zaskoczeni. Cała Polonia, aż trzęsie się od dawna na temat festiwalu Dożynki, a ten nic nie wie. Aussies, jak zwykle – nie wiedzą co się w ich kraju dzieje.

Don’t know, don’t care – stara maksyma, jeszcze raz się sprawdziła. W końcu dotarliśmy na miejsce – w parku, przy centrum miasta – trudno nie trafić.

Maggi i Zen, chcieli zapytać Lecha Wałęsę o dietę optymalną, którą on już od roku stosuje podobno z powodzeniem, ale dostępu do prezydenta, strzegli oficjele i tłumy rodaków.

Zen stwierdził, że Lechu nic nie stracił ze swej żywiołowości i polotu.

- Jak go pamiętam z hali Radoskóru, kiedy to gabinet cieni montowaliśmy, taki sam jest i teraz, po 22 latach – stwierdził. – Niewiele brakowało, a i tu w tym namiocie, byśmy jakiś pucz obmyślili – dodał.

Ja służyłem kilku Australijczykom z polskimi korzeniami, jako tłumacz, kiedy ci z polskimi flagami, oczekiwali przy limuzynie pana Wałęsy, na autografy.

Słyszałem, że były prezydent na Kangaroo Island się wybrał - a tam taaaka ryba – ale nie śmiałem zapytać Pierwszego Wędkarza RP, o sukcesy. Wiem, że społeczność wędkarzy bywa bardzo nerwowa.

– A jak mu nie poszło – pomyślałem – to się jeszcze na mnie wścieknie. I zadecydowałem spytać o to żonę, Danutę. Okazało się, że tam nawet porządnej wędki nie mieli. A przecież Lechu nie będzie po całym świecie swego sprzętu woził. A swoją drogą, słyszałem, że wszystkie rekiny, tymczasowo wyniosły się z naszych wód przybrzeżnych, na wieść że Lechu przyjeżdża.

Maggi pytała panią Danutę, o nowe przepisy na smakołyki rodem z Polski. Prezydentowa stwierdziła, że całkiem zarzuciła wypiek słodkości, ze względu na dietę optymalną.

Muszę przyznać, że obydwoje trzymają się wyjątkowo dobrze.

Maggi udzieliła krótkiego wywiadu telewizji polskiej, Zen buszował między stoiskami z pączkami, a budką z Żywcem, a ja przeglądałem książki na stoisku p. Janiny.

Mieliśmy trochę kłopotu z Maggi. Podążała krok w krok, za... Jarosławem, synem prezydenta. Nic nie pomogły nasze napominania, że to młody człowiek, który dopiero wchodzi w świat dorosłych, a Maggi za przeproszeniem, to już kobieta... w kwiecie wieku. Zauroczona Jarosławem nagabywała go bez przerwy, to o fotografie, to o autografy... Urodziwy potomek laureata Nagrody Nobla, nie robił jej specjalnie trudności, z racji oxfordzkich manier i uśmiechał się do rozentuzjazmowanej małżonki Zena.

Ta, niczym nastolatka nadskakiwała obiektowi swoich westchnień. A my z Zenkiem - w bezpiecznej odległości od nich – staraliśmy się panować nad sytuacją, a Zenek, dodatkowo... nad nerwami.

Wasz Chris

« Dzienniki - grudzień II - 2003 | Strona główna | Literatura australijska – Bush poetry. »