« Dzienniki - listopad I - 2003 | Strona główna | Dzienniki - listopad II - 2003 »

15 listopada 2003

Zwiazkowiec

Zenek na wieść o przyjeździe prezydenta Wałęsy na australijską ziemię, poddał się nostalgii minionego czasu. Usiadł zamyślony przy stole.

Maggi piła kawę, a my obydwaj popijaliśmy chłodne piwo Foster. Zen zaczął wspominać:

- Jeżeli chodzi o skakanie przez płoty, to ja chyba lepszy jestem niż Lechu...

- Nigdy nie widziałam żebyś przez płot skakał? – zaoponowała Maggi.

- Bo mnie jeszcze mało znasz. Kiedyś zawsze zapominałem przepustkę i na zakład oficjalnie wejść nie mogłem, bo na portierni akurat nowy służbista siedział. Więc zawsze musiałem z rozbiegu jak Walery Brumel, co prawda z podpórką, spory płot przeskakiwać.

- Dlaczego Brumel, a nie Partyka na przykład? – zapytałem.

- Jakbym skakał jak Partyka, to po pierwszej próbie bym sobie kark połamał. P r z e r z u t o w y m, understand? – głośniej zaakcentował i kontynuował – I tak się do fabryki dostawałem codziennie, aż mnie członek POP-u zobaczył i u starego na dywaniku wylądowałem. Po premii mi pojechali, a i trzynastka pod znakiem zapytania stała. Od tego czasu grzecznie na portierni przepustkę pokazywałem, a personalny karę zdjął. W Zbycie pracowałem, to dużo czasu było, więc do Związków często o wczasy pukałem. Związkowiec od wczasów trunkowy był, to butelkę Żytniej lub Bałtyku w Panoramie na zakład przemycałem. Przechodząc przez portiernię machałem nonszalancko gazetami, że to niby tylko do kiosku wyskoczyłem. Razu pewnego, w czasie takiego rutynowego machania, butelka Żytniej wyślizgnęła mi się z Przekroju i z trzaskiem rozbiła na betonowej posadzce portierni. Wszyscy wokoło (było tam czterech chłopa), spojrzeli na mnie z wyrzutem. Całą butelkę wódki zmarnowałem – tego nie mogli mi puścić płazem, a poza tym śmierdziało okropnie gorzałą i w żaden sposób, nie można było ukryć tego wydarzenia. Fakt stał się raportem, który wylądował na biurku Naczelnego. Wraz z takim, który upiwszy się w pracy i wtargnął do wyżej wzmiankowanego dyrektora, aby go zwolnić ze stanowiska – zostaliśmy publicznie napiętnowani, przez całą zebraną załogę na akademii z okazji potępienia imperializmu amerykańskiego, bo właśnie cofnęli nam subsydia żywnościowe. Staliśmy obydwaj z pochylonymi głowami, skruszeni kiedy pierwszy sekretarz grzmiał na nas w tym samym tonie w jakim przed chwilą łajał Amerykańców. Czułem się, jakbym to ja był imperialistą zachodnim. Dziwiłem się dlaczego nie wywalili nas na bruk. Okazało się że brat tego drugiego, jest jakąś szychą w KW. Jak jego nie mogli ruszyć, to i mnie musieli zostawić.

Summa summarum – wódki nie doniosłem, na wczasy nie pojechałem. A zakładowy ZMS podjął się wziąć mnie pod swoją kuratelę i wyprowadzić „na ludzi”. Proponowali wizytę u specjalisty od alkoholizmu i zapisanie się do ich organizacji. Wybrałem trzecią opcję – pracę w radiowęzle zakładowym, którym oni rządzili.

Któregoś dnia przewodniczący ZMS ogłosił jakiś komunikat przez radiowęzeł. Później trochę się zagadał. Ja nie kryjąc przed nim swojej pasji do nasłuchu Głosu Ameryki włączyłem na wiadomości. Nie protestował, sam z ciekawością słuchał. Właśnie rozpoczęły się strajki w Stoczni Gdańskiej; Lublin ciągle wrzał. Robiło się ciekawie. Wraz z nami słuchał w napięciu ...cały zakład, bo zapomnieliśmy wyłączyć. Byliśmy cały czas na „żywo”. Ze względu na anteny zakładowe, odbiór był wyśmienity. Na drugi dzień „wyleciałem” z roboty. W trybie natychmiastowym - za dywersję propagandową. Po tygodniu, przeskoczyłem płot fabryki, jak dawniej. Na zakładzie rozpoczynał się właśnie strajk. Zostałem ponownie przyjęty do pracy i w poczet członków Solidarności. Co więcej – z dumą wyznał Zen – zostałem ...mężem zaufania.

- Kogo? – zapytała zaskoczona Maggi.

« Dzienniki - listopad I - 2003 | Strona główna | Dzienniki - listopad II - 2003 »