« Dzienniki - październik I - 2003 | Strona główna | Literatura australijska - Korzenie. »

1 października 2003

Grzybobranie

Lubię wyprawy na grzyby, a szczególnie w towarzystwie Maggi i Zenka. Krocząc w ostępach leśnych w poszukiwaniu rodziny maślaków czy rydzów, toczymy nieraz fascynujące i zażarte dyskusje na tematy kultury i sztuki. ...

Wyglądamy przy tym niecodziennie a prawdopodobnie i groźnie: w cienkich, białych rąkawiczkach sanitarnych, w celu ochrony palców przed trwałym zabrudzeniem, wyposażeni w nożyki zwane przez Zena – kozikami, i plastykowe torby z supermarketu. Miejscowi Aussies zdążyli się chyba już przyzwyczaić do naszego wyglądu, bo nie widać z ich strony jakiejkolwiek reakcji . Być może, kiedy już nas wyminą, swoimi 4WD, czy ute, pukają się szyderczo w czoło. Ale czego oczy nie widzą,...

Maggi w dziedzinie zbieractwa leśnego jest bezkonkurencyjna. Zawsze ma już pełną torbę, kiedy my z Zenkiem do połowy dociągamy. Ale za to wzbogacamy się intelektualnie naszą dyskusją.

Na moje utyskiwania, na brak w naszej nowej ojczyznie architektury barokowej którą tak lubię, Zen z miejsca ripostuje:

- Nie po to emigrowaliśmy taki kawał do nowego kraju, aby teraz za barokiem wzdychać. Jak ci brak staroci to wybierz się w niedzielę na pchli targ. A swoją drogą, z tym barokiem to było trochę zamieszania – stwierdził zagadkowo.

- Co masz na myśli?

- Czy słyszałeś o Wicie Stwoszu? – egzaminował Zen.

- Głupie pytanie – rozłościłem się - najsławniejszy rzeźbiarz polski, czy ktoś nie zna ołtarza w kościele Mariackim w Krakowie?

- Nie taki on polski i nie taki sławny. Owszem teraz, ale w przeszłości...

- Co ty opowiadasz?! – zdenerwowałem się na dobre.

- To ty prawdziwej historii nie znasz – kontynuował Zen – Wit, naprawdę nazywał się Veit Stvos. Był zdolnym człowiekiem, ale miał pecha. W Norymberdze gdzie mieszkał zapanowała nowa moda - gotyk. A on był rzeźbiarzem barokowym.

- Co ty ..., przecież gotyk był pierwszy – zaprotestowałem.

- Nie przerywaj – obruszył się Zen – nie zaprzeczysz przecież że był rzeźbiarzem barokowym. A w jego mieście jak już wspomniałem wszystko było w gotyku. Co się za robotę złapał to go miejscowy biskup przeganiał mówiąc: „Nie będziesz mi tu gotyckiego kościoła barokiem zachwaszczał”. Oburzony Veit opuścił rozinne strony i zaczął emigracyjną wędrówkę.

Przybył do Bazylei, a tam podobna sytuacja – bezrobocie dla artystów barokowych. Pokręcił się trochę i wyjechał do Strasburga. Tam to samo. Proponowali mu żeby się przekwalifikował; to zapisał się na kursy malarstwa i grafiki, ale nie bardzo mu to szło. Wyjechał do Wiednia. A tam klapa, żadnej roboty. Co miało być wyrzeźbione, już dawno skończone. Ktoś poradził mu -Kraków. Tam dopiero zaczynają się murować, bo do tej pory w drewnie gustowali, to napewno coś dla siebie znajdzie. Kościół Mariacki stał pusty, to Rada Miejska uchwaliła żeby na początek machnął główny ołtarz. Długo mu to szło, ale w końcu robotę skończył. Wszyscy byli zadowoleni do czasu, kiedy król dostał cynk, że Wit w gotyckim kościele barokowy ołtarz zainstalował. Zrobiła się afera, chcieli mu wages zabrać. W końcu poszli na ugodę. Stwosz zgodził się za free nagrobek na Wawelu, Kazimierzowi Jagiellończykowi machnąć. No i przez to nie mógł opuścić kraju. Musiał czekać aż jaśnie król umrze. I tak przesiedział w tym Krakowie 19 lat. No ale przynajmniej robotę miał.

Znowu zabawiliśmy dłużej na szerokiej polanie gdzie wysypała cała kolonia dziewiczych maślaków. Maggi zawzięcie cięła małe, lepkie grzybki, przysłuchując się naszej rozmowie. Zaimponował mi Zen swą rozległą wiedzą z historii sztuki, ale nie jednym mnie już zaskakiwał.

- Czyli już na początku XVI wieku, barok nie był łatwym kawałkiem chleba – podsumowałem.

Wasz Chris

« Dzienniki - październik I - 2003 | Strona główna | Literatura australijska - Korzenie. »