« | Strona główna | Dzienniki - czerwiec 1- 2003 »

1 czerwca 2003

Przezorni

Nieciekawa pora roku nas dopadła. Od paru dni wiatry, deszcze, robi się zimno. Kicham i kaszlę na przemian, bóle głowy się nasilają, ale gorączki nie mam.


Jak na złość nasze krajowe medykamenty w wiekszości poznikały z półek z wiadomych przyczyn, a mass media tak nas urobiły, że strach cokolwiek brać. I tak się męczę...

Ale nie o tym chciałem pisać. Zenek, mój wieloletni znajomy, mógłbym rzec przyjaciel, od paru dni udaje że mnie nie zna, czy po prostu nie widzi. Wygląda na to że się pogniewał. Roztrząsam w myślach nasze ostatnie spotkanie i nie mogę znaleźć nic, czym mógłbym go, czy jego małżonkę – Maggi (to skrót od Małgośki) urazić.

Pierwszy raz zauważyłem jego awersję w naszym lokalnym shopping centre. Będąc tam na shopping spree (jak mawia Maggi, kiedykolwiek idzie na zakupy) odchodziłem właśnie od stoiska polskiego butchera z pełną torbą wędzonych specjałów. Pokasłując z obolałą głową spostrzegłem jak Zenek idąc prosto na mnie, nagle zmienił kierunek w stronę pralni chemicznej, gdzie pracuje pani Włada. Próbowałem go zawołać, ale ten tak szybko to zrobił, że znikł po chwili za tekturową reklamą Newsagency.

Na drugi dzień pogoda była bardziej obiecująca, nie wiało i słoneczko przygrzewało. Postanowiłem wpaść na mały kufelek do lokalnego pubu. W środku zauważyłem Zenka (szczerze mówiąc, spodziewałem się go tutaj) opartego o bar, z prawie pustym kuflem. Ucieszyłem się tym spotkaniem, była to doskonała okazja aby rozwiać moje narastające wątpliwości, co do naszych koleżeńskich relacji.

Zenek, kiedy usłyszał mój głos, bo nie zauważył mnie od razu – drgnął, postawił kufel na barze i stwierdził krótko że idzie do toilet, nie patrząc nawet w moją stronę. Oczywiście już go więcej nie zobaczyłem tego popołudnia.

Zacząłem dręczyć sią na dobre. Co ja u licha, takiego zrobiłem. W pamięci zaczęły powracać obrazy z przeszłości. Zenek, mój towarzysz podróży do nowej ojczyzny, jak również stawiania pierwszych kroków na australijskiej ziemi, był mi teraz bardzo bliski. Szczerze go polubiłem przez tyle lat znajomości, mieszkania w sąsiedztwie, jego oryginalne pomysły na życie nieraz szokujące, ale to było coś.

Na drugi dzień nie wytrzymałem. Zaraz po pracy postanowiłem odwiedzić Zenka i dowiedzieć się o co ma do mnie pretensje.

Przycisnąłem gong przy frontowych drzwiach. Po chwili otworzył mi Zenek. Zamarł w bezruchu. Szybko wykrztusił: - Poczekaj – i zniknął w korytarzu.

Stałem tak dłuższą chwilę i gdy już zwątpiłem czy ktoś się mną zainteresuje, ujrzałem postać Zenka i Maggi, wysuwających się z bedroomu w maskach chirurgicznych.

- Co wy Michaela Jacksona udajecie? – zapytałem zaskoczony ich niecodziennym wyglądem. Maggi nawet trochę go przypominała w tej charakteryzacji.- O co tu chodzi? – dopowiedziałem.

- Jesteś jednostką aspołeczną – wyszeptał Zen.

- Ja...dlaczego?

- Powinieneś się dobrowolnie odseparować... do izolatki – zaczęła mi sugerować Maggi.

- Co ja takiego zrobiłem?

- W Hongkongu byłeś – stanowczo stwierdził Zen.

- Byłem – przytaknąłem, przypominając sobie mój stop-over sprzed 4 lat.

- No to masz SARSa – stwierdził dobitnie Zen.

- Skąd wiesz? – zapytałem kojarząc wszystkie jego uniki w stosunku do mojej osoby.

- Jeżeli tam byłeś, kaszlesz i kichasz, to musisz być zarażony. Tak mówią w TV – dodał.

- Byłem tam bardzo dawno, jak o SARSie nikomu się jeszcze nie śniło. A kicham, bo idzie zima, a i leczyć się nie ma czym – odpowiedziałem już mocno zdenerwowany.

Zenek zbliżył się pół kroku, niepewnie zaczął zsuwać maskę z twarzy i trochę zmieszany, starając się mnie udobruchać, powiedział:

- A może i tak jest, ale leczyć to u nas zawsze jest się czym – z lekkim uśmiechem pokazał gest przy szyi który tylko Polacy potrafią rozszyfrować. Lecz po chwili upewnił się jeszcze:

- Ale gorączki nie masz ?

- No, nie – odpowiedziałem zdecydowanie.

- To chlapniemy po jednym?– zapytał.

- Ale tylko po jednym, bo ciągle jestem osłabiony – odrzekłem.

W międzyczasie Maggi też zdjęła swoją maskę i pobiegła po kieliszki.

- To na odtrudkę – zawołała z kuchni.

wasz Chris

« | Strona główna | Dzienniki - czerwiec 1- 2003 »