« W podróży | Strona główna | Napisz do mnie »

1 października 2004

Dzienniki - październik I - 2004

Dzień piękny. Wieczorem zaczyna się long weekend.

Właśnie przeczytałem, że umarł Zygmunt Kałużyński – krytyk filmowy w słusznym wieku (na odejście).

Był to nietuzinkowy facet (pamiętam), lubiłem go słuchać i oglądać, choć niejednego na wymioty zbierało (np. reżysera Andrzeja Żuławskiego), kiedy go zobaczył. Co ciekawe, Kałużyński zakupił swój pierwszy telewizor... 3 lata temu, kiedy już nie mógł chodzić do kina. Ekscentryk?!

A moi koledzy z pracy (ludzie około 30-stki) przyznają, że zdarza im się przysnąć przed telewizorem. O czym to świadczy?

Nie pamiętam kiedy zasnąłem przed telewizorem a jestem sporo starszy. Po prostu, rzadko oglądam telewizję...

3 październik 2004 (niedziela)

Jestem w Broken Hill, 500 kilometrów od Adelaidy.

Realizuję swoje młodzieńcze marzenia, no może nie dokładnie... Miało to być na kontynencie amerykańskim, ale w końcu krajobrazy australijskie są bardzo zbliżone, a uczucie ... to samo!

Jechałem sam, ze sporą prędkością, stereo na pełnym gazie z muzyką z czasów kiedy te marzenia się krystalizowały. Rozległy, dziki krajobraz za szybą samochodu.

Tylko ja, moje auto, muzyka i przyroda! Co za uczucie...

Ten dystans połknąłem błyskawicznie, nim pomyślałem już byłem w outbacku. Czerwona ziemia z rzadka porośnięta karłowatą roślinnością. Niewielkie wzgórza od czasu do czasu urozmaicają krajobraz. Poza tym droga prosta niczym pas startowy na lotnisku. I ta przestrzeń, ta wolność!

Tu człowiek wypoczywa. Horyzont szeroki i krystaliczne powietrze. Ruchu na drodze prawie nie było. Kiedy zwalniałem do setki, to jakbym stawał w miejscu. Nie wszędzie droga nadawała się do szybkiej jazdy, były nierówności, szczególnie wyprofilowania w asfalcie, do przelewu wód opadowych które w terenach pustynnych, na wiosnę i zimą zdarzają się nagminnie, a skalista gleba nie wchłania tak szybko gwałtownych opadów. Trafiając w taką nieckę, wyskakuje się jakby człowiek wraz z samochodem unosił się nad jezdnią. Oczywiście robi się to na własne życzenie, bo przykażdym takim zagłębieniu są odpowiednie znaki drogowe.

Na szosie spotyka się ciekawskie jaszczurki – frill neck lizard, znieruchomiałe wystawiają wysoko głowy i patrzą wokoło ryzykując życie. Parę jaszczurów zwanych – goanna, przypominających małe krokodyle, lecz niestety też kilka zabitych kangurów, które nocą zdezorientowane wychodzą wprost pod koła ciężarówek. Mimo wielokilometrowych ogrodzeń z drutu przedostają się na drogi i... giną.

Broken Hill to miasteczko górnicze. Jeszcze 100 lat temu przy wydobyciu rud srebra, ołowiu i cynku pracowało tu ponad 8000 górników, teraz przy niewiele mniejszym wydobyciu, zawodem tym para się zaledwie czterystu chłopa. To technika i komputeryzacja tak przerzedziły ich szeregi. Poza tym, zasoby tych surowców starczą jeszcze na 10, 12 lat, potem wydobycie stanie się nieopłacalne. Samo miasto, bez wyglądu. Daleko mu do uroczego Ballarat czy Bendigo (kopalnie złota) i z racji wielkości i zasobności czy architektury. Typowa australijska dziura chociaż rozciągnięta bo ponad dwudziestotysięczna. Ale jednego tu nie brakuje – galerie sztuki. Będzie ich tutaj ponad 20-cia. I większość – pierwszej klasy. Już zacząłem je odwiedzać. O reszcie napiszę następnym razem.


5 październik 2004 (wtorek)

Dziś znów idę do pracy. Trzy dni wolne zleciały błyskawicznie.

Wczoraj po południu wróciłem z wycieczki. W sumie zrobiłem 1100 kilometrów, ale wcale tego nie odczułem. Ostatnie 100 kilometrów jechałem w kolumnie samochodów powracających tak jak ja z długiego weekendu. Zwiedzałem kopalnię – dziwne uczucie. Zjechałem pod ziemię 140 metrów aby zrozumieć pracę górników dłubiących skały bogate w rudę srebra, cynku i ołowiu. Byłem już w swoim życiu w różnych podziemiach, ale tu trochę dziwnie, nic z komercji turystycznej, wszystko surowe, takie jak zostawili górnicy tu pracujący. Ta świadomość, że w tych lochach straciło życie około 600 osób na przestrzeni lat robi wrażenie. A warunki pracy teraz i sto lat temu, to kompletnie coś innego. Teraz do poruszania się w podziemiach nowych sztolni używają Toyoty- landcruser a komputer sprzeżony z maszyną przygotowuje kolejny urobek.

Jak już wspominałem zwiedzam galerie sztuki. Malarstwo jest drugim „konikiem” tego miasta.

Mieszka tu kilkoro świetnych malarzy z Pro-Hartem na czele. Właśnie w jego galerii zobaczyłem m.in. dzieła Boyda, J.Constable, Salvadore Dali, Turnera i całej masy angielskiej i australijskiej szkoły malarstwa. A był i mały Picasso i szkoła Rembranta... Takiej kolekcji w prywatnych zbiorach jeszcze nie widziałem. No i Rolls-Royce ręcznie malowany... olejami przez samego Pro-Harta!



7 październik 2004 (czwartek)

Praca zawodowa pochłania mi za dużo energii. Zbyt emocjonalnie podchodzę do projektów. Zmiast dyplomatycznie olewać jak robi to większość i starać się im dotrzymać kroku, to czasem poniesie mnie i staram się zrobić coś „zbyt dobrze”. A nie zawsze bez współpracy innych mogę to osiągnąć i „bezpotrzebnie” stresuję się.

Niestety jest jeden kretyn współpracujący z zespołem (zawsze się taki znajdzie), który często psuje zdrową atmosferę. Mentalność kaprala z umiejętnościami dobrze wyszkolonego szympansa. I co ciekawe, od pokoleń Aussie... a taki głupi. Ale gdyby taki nie pracował to byłoby zbyt pięknie.

8 październik 2004 (piątek)

Tak mnie czasem zastanawia i dziwi: cokolwiek polskiego czytam, to wszelkie porównania Polaków, Polski odnoszą się zwykle do Amerykanów. Nie do najbliższych sąsiadów z którymi porównania miałyby jakiś racjonalny sens, tylko z największym (czyt. najbogatszym) i wręcz nieporównywalnym krajem i jego mieszkańcami. A otaczające Polskę kraje są totalnie ignorowane, tak jakby ich nie było. Przecież takie kraje jak Ukraina, Słowacja czy Czesi są „porównywalni” z krajem nad Wisłą nie wspominając już Niemców. Ci ostatni, z racji swych współczesnych dziejów(jak na ironię), są ciągle w wielu dziedzinach wzorcem niedoścignionym, ale i od takich Czechów mielibyśmy się czego uczyć. I mimo mikroskopijnego obszaru w porównaniu z Polską, nie mają wcale kompleksów z tego powodu. Kraj ten – jeszcze jako Czechosłowacja- tak prostacko lekceważony w czasach PRL-u. A kraj ten nawet teraz, jako okruch przy polskiej pajdzie, no powiedzmy kromce, intelektualnym kopciuszkiem nie jest i nigdy nie był. Co więcej, często właśnie polskie osiągnięcia wyglądają bardzo mizernie, biorąc pod uwagę liczebność narodu. W dziedzinie kultury – śmiem twierdzić – zakasali nas, Polaków. Weźmy muzykę klasyczną. Ileż to taki czeski narodek wzniósł barwy, melodii do kanonu światowej muzyki, kompozycjami takich mistrzów jak Dvorak, Smetana. A i w muzyce popularnej Vondrackova czy Karel Gott więcej zwojowali, niż cała nasza czołówka gwiazd. Muzykę rockową też mieli mocno postawioną. Sztuki plastyczne są mi mniej znane ale już w takim filmie mimo krzywdzącego powiedzonka „czeski film – nikt nic nie wie”, zdeklasowali polską kinematografię. To Czesi mają Oskara za film „Kola” w reż. Jana Svieraka, to oni mieli cztery nominacje Amerykańskiej Akademi Filmowej w ostatnich 15 latach. Czyli byli w finałowych piątkach, a to już wielki sukces. Nam jedynie Wajdę uhonorowano ,a więc na tle Czechów wyglądamy blado. Nie wspominając już czasów dawnych – lata 60-te, 70-te czy 80-te, że wspomnę tylko Formana. Na co nie spojrzeć, to Pepiczki doskonale dają sobie radę. Czeska literatura to Milan Kundera, Vaclav Havel czy Hrabal. I to są pisarze autentycznie znani w świecie.

A tenisiści czescy... nawet nie ma co mówić. A polskie statystyki ciągle lawirują porównując rodaków z kowbojami z Teksasu.


11 październik 2004 (poniedziałek)


Lato zawitało na dobre. Wręcz gorąco.

Już jesteśmy po wyborach. Dwaj główni od lat gracze (partie polityczne), zmierzyli się po raz kolejny po trzyletniej kadencji. Partia Liberalna w koalicji z Narodową (Agralną) rządzi już od trzech kadencji i okazuje się, że będzie robić to po raz czwarty z rzędu. Przyznam, że sam głosowałem na nich z czysto przyziemnych przyczyn. Według ich programu „wychodziłem” najlepiej finansowo. I mimo, że nasza lokalna reprezentantka tej partii „podpadła mi” bo za pieniądze podatników (10 tysięcy dolarów), wzięła swego boyfrenda na wycieczkę zagraniczną, ale wyraziła szczerą skruchę (nie wiedziała że tego nie można robić) i oddała pieniądze za tę niefortunną eskapadę. Ciągle ją pamiętam sprzed kilku lat (chyba 10-ciu) jak w upalny dzień wałęsała się od domu do domu, aby się przedstawić i, osobiście porozmawiać z wyborcami i to nie w czasie gorączki wyborczej. A to się liczy i ją zapamiętałem i, teraz mimo wpadki – wybaczyłem. Jak to dobrze mieć takich wyborców jak ja...

To tylko polityka. Nie bawi mnie to, ani nie wciąga...

13 październik 2004 (środa)

Jestem w jakimś takim dołku psychicznym, Może to wpływ wiosny, zmiany pogody, ciśnienia. Pamiętam często w Polsce czułem się podobnie w czasie zmian pór roku. A może starość... może niepewność w oczekiwaniu na test...

Wszystko mnie denerwuje i brak mi chęci do działania. Apatia!

Byłoby nie tak źle, gdyby to dotykało tylko mnie, ale ten mój nastrój wpływa na całą rodzinę. Najlepiej byłoby wziąć samochód i ruszyć w nieznane.

Przecież dopiero byłem... Niezadowolenie... to nastrój dnia. Nawet marsze poranne nie pomagają. Brak optymizmu i jakiegokolwiek sensu, we wszystkim. Jestem całymi dniami zamknięty w sobie i nawet przed samym sobą nie mogę się wytłumaczyć, co tak naprawdę jest przyczyną tego stanu. Bo normalne to nie jest...



15 październik 2004 (piątek)


Przeczytałem wczoraj artykuł o nagminnym zwyczaju w Polsce, nie płacenia za wykonaną pracę. Następna sprawa z rzędu niesamowitych!

XXI wiek, w centrum cywilizowanej od wieków Europy takie rzeczy się zdarzają. I nie jest to tylko problem firm nie mogących związać końca z końcem, ale wręcz programowo robią to firmy... bogate. Te które inwestują w drogie apartamenty biurowe, czy nawet sponsorujące inne dziedziny życia, a dla swoich uczciwie pracujących nie mają. To znaczy, nie chcą mieć! Paranoja!

Jest to sprawa nie do pomyślenia. Ponad 20 lat pracuję w Australii z tego siedem na własnym rozrachunku (kontrakty, ustne umowy) i nigdy, powtarzam NIGDY mi się nie zdarzyło nie otrzymać zapłaty za wykonane dzieło. A przecież po kilku słowach, każdy wyczuje że jestem new Australian, a jednak nikt nie pokłusił się o próby machlojki, czy nazwijmy to najdelikatniej... nieuczciwość. Kraj ten nie podkreśla na każdym kroku swych aspiracji kulturowych, a o uczciwość tak tu łatwo. Jeszcze...

« W podróży | Strona główna | Napisz do mnie »