« Igrzyska | Strona główna | Dzienniki - wrzesień I - 2004 »

15 sierpnia 2004

Dzienniki - sierpień II - 2004

Zimno. Olimiada zaczęła się na dobre.

Nie ma mnie dla nikogo... Siedzę i oglądam...


16 sierpień 2004 (poniedziałek)

Umarł Miłosz.

Wczoraj usłyszałem o jego śmierci. Miłosza twórczości przez wiele lat nie znałem. Nie byłem w „branży”. Dopiero ostatnimi laty trochę go czytałem. Czytałem wtedy głównie jego twórczość „ojczyźnianą” i kojarzył mi się niepodzielnie, jako kolejny wieszcz narodowy. I tak mi Miłosz został. Zawsze wolałem Herberta, ale jak sam Miłosz mówił, to że on dostąpił sławy i chwały nie znaczy że był najlepszy. Był jednym z wielu. Akurat jego uznano za numero uno. Co by nie mówić, odszedł jeden z większych polskich (tak polskich, mimo że nie wszystkim to pasuje) twórców. Swoim pobytem za granicą wzmocnił zainteresowanie obcych polską kulturą, a szczególnie, literaturą. A to jest bardzo ważne, bo dla przeciętnego humanisty amerykańskiego, polska poezja równa się jednoznacznie z poezją bardzo dobrą. To już synonim. I to w głównej mierze zawdzięczamy Miłoszowi, ale nie tylko. To także Zagajewski, Szymborska, Barańczak i paru innych.

Od soboty siedzę przed telewizorem i oglądam olimpiadę z Aten. Rozpoczęcie było u nas w piątkową noc, więc korzystałem z sobotniej do południowej powtórki. Otwarcie bardzo ładne. Trudno mówić czy było lepsze czy gorsze od Sydney. Było inne, interesujące, wręcz imponujące. Grecy pokazali to co mają do zaprezentowania z historii (a mają co...), korzystając z osiągnięć najnowszej technologii. Trzeba pamiętać że technika i technologia ostatnich 4 lat, to spora różnica.

Było ładnie. No i potoczyła się fala zawodów. Nasi, australijscy zawodnicy, idą jak burza... i to nie tylko w pływaniu. Jak na razie, na drugim miejscu po Chinach. Nasi polscy zawodnicy jeszcze się nie rozkręcili, mam nadzieję że to wkrótce zrobią, choć już początki niezłe – 2 srebne medale Otylii Jędrzejczak na której łamią sobie języki tutejsi komentatorzy sportowi.

Jest zimno z rana, ale aura wynagradza to pięknym widokiem wschodu słońca. W czerwieni, granacie i pomarańczowych odcieniach. Kiedy tylko słońce pokazało się na dobre, robi się cieplej. Ale to jeszcze nie wiosna. Zdecydowanie wiosny jeszcze nie czuję...


18 sierpień 2004 (środa)

Ciężkie chmury porobiły na widnokręgu pomosty między niebem a ziemią. Tak, tej aury nie nazywałbym wiosenną. Mimo paru dni ze słońcem ciągle jest nieprzyjemnie. Ale co tam... Gorąco na olimpiadzie. Każdą wolną chwilę spędzam przed telewizorem. Pasjonuję się sportami nie oglądanymi od lat, jak piłka ręczna, siatkówka czy boks, jak również tymi, których nigdy wcześniej nie widziałem: kajakarstwo górskie (slalom), strzelanie. Właśnie te nie komercjalne sporty przyciągają moją uwagę. Już za parę dni lekkoatletyka. Tłumów to na tych igrzyskach nie widać. Owszem na pływalni sporo widzów, ale na innych arenach... pusto.

Śmierć Miłosza pobudziła mnie na dłuższy czas do refleksji. Napisałem nawet wiersz poświęcony poecie. Analizuję jego drogę twórczą, a właściwie psychiczną. Jego filozoficzno- religijne podejście do tematu: ż y c i e. Jego transformacje i wręcz drastyczne zmiany w życiorysie i twórczości. Jedni to gloryfikują, inni mają to mu za złe. Człowiek o takim uwrażliwieniu musi się zmieniać. Trudno wymagać od takiego umysłu, aby siedział sobie sielsko w tradycji swego otoczenia i był przykładem religijno-patriotycznej postawy. To można oczekiwać od polityka, ale nie od literata, a już na pewno nie od poety. Miłosz był jaki był. W jednym tytan rozumu, w innych sprawach przejawiał młodzieńczą naiwność. Zmieniał się i wzbogacał, to najważniejsze. Z jego wypowiedzi wnioskuję, że do końca życia zdawał sobie sprawę, iż intelektualnie nie potrafi dorównać Gombrowiczowi. Nie wiem czy to go bolało, czy tylko zdawał sobie z tego sprawę, ale czytam to między wierszami.

Podsumowując, odszedł kolejny wielki umysł, a czy tak wielki jak go za życia wycenili to pokaże historia. Nie ma lepszego wymiernika wielkości jak c z a s...

20 sierpień 2004 (piątek)

Właśnie dziś zdecydowałem się ogłosić tę nowinę. W i o s n a !

Wiosna bezsprzecznie nastała, mimo porannego chłodu i czerwono-granatowego wschodu słońca. Wczoraj naliczyłem ponad tuzin krzewów i drzew w pełnym rozkwicie. To już nie jest tylko orientalna wiśnia czy drzewo migdałowe, ale cała masa innych roślin w kwieciu. No i dni dłuższe i coraz cieplej.

A mnie ciągle trzyma olimpiada. Tak na dobre, to dla mnie dopiero się zaczną emocje. Czas na lekkoatletykę. Brawo Otylia ! Niecodzienny wyczyn polskiej pływaczki – trzy medale olimpijskie i to z jakiego kruszcu. Tylko ona błyszczy, innych Polaków nie widać za bardzo w bezpośredniej walce o medale. Australia jak do tej pory radzi sobie doskonale.

W czasie porannej medytacji przypomniałem sobie rozmowę jaką przeprowadziłem kilka tygodni temu w Polsce, z 9-cio letnim „mędrcem”. Chłopiec dość błyskotliwy, starał się rozwiązać najbardziej skomplikowane tajemnice, typu: dzieje ludzkiego bytu, ewolucja świata itp. W czasie rozmowy padały pytania: skąd się wzieliśmy? Kiedy powstał świat? Kiedy nastąpi era mutantów, czyli wyższej generacji gatunku ludzkiego? Dziecko naturalnie reprezentowało typowo laicką, wręcz ateistyczną „szkołę”. Ja trzymałem się raczej swojej, naukowo-idealistycznej wizji, czyli ciągle wplatałem wątek Boga (siły Najwyższej), której on nie mógł dopasować do swego światopoglądu. Ale tylko w kwestii budowy świata i człowieka... poza tym był chłopcem bardzo religijnym. I na tym polega parodoks... nie wszyscy potrafią łączyć religię z resztą spraw tego świata. Wiara, zaczyna być dla nas jednym z przedmiotów, nie mającym wpływu na inne czynniki życia. Nie tylko u dziewięciolatków...


23 sierpień 2004 (poniedziałek)

Olimpiada, olimpiada. Tym żyję od tygodnia i jeszcze jeden przede mną.

Nie ma co, ci nasi australijscy zawodnicy są doskonali. Medale sypią się jak z rogu obfitości. Zrobiliśmy się potęgą sportową, a jeszcze parę olimpiad wstecz... byliśmy kopciuszkiem. Teraz taka Wielka Brytania, czy Hiszpania, nie wiele się liczą. O Polsce nie wspominam, bo też mieliśmy niezłe tradycje, choć medalami to nigdy nas nie rozpieszczano. Dominuje Azja: Chiny, Japonia.

Jestem całkowicie przekonany, że od czasu następnej olimpiady w Pekinie za 4 lata, rozpocznie się totalna hegemonia Chin we wszystkich dziedzinach życia. No może stosunki międzyludzkie, zasady demokracji i inne tego typu przeżytki XX wieku, będą ciągle ich piętą achillesową, ale w innych sprawach będą wiedli prym. Azjaci dobrze wiedzą co mówię, bo oni twierdzą to samo już od kilkunastu lat. Europa i Ameryka żyją w nieświadomości o konieczności podporządkowania się w niedługim czasie, regułom gry narzuconym z... Pekinu. Gdybym był młodszy, na pewno uczyłbym się chińskiego...

25 sierpień 2004 (środa)

Wiosna w pełni. Ciepło, ponad dwadzieścia stopni. Ogródki przydomowe, skwery i parki nabrały kolorów. Wszystko co żywe – kwitnie.

A ja ciągle przed telewizorem. Program olimpijski z dwóch kanałów, przeplatam nagranymi w nocy bezpośrednimi transmisjami. Jest co oglądać. Nasi australijscy zawodnicy kolekcjonują medale. Nasi Polacy, nie popisują się jak do tej pory. Jeszcze parę dni, może zła passa minie.

Przeczytałem właśnie (mimo wszystko trochę czytam), artykuł o facecie który uratował świat (przynajmnie jego dużą część), od zagłady.

My tu szalejemy, ganiamy za wszystkim, a nie zdajemy sobie sprawy, że większość cywilizowanego świata leżała by w gruzach, gdyby nie... ruski pułkownik, który dziś żyje za 600 zł (w przeliczeniu) na miesiąc z renty w Rosji i właśnie kupił sobie p r a w d z i w y , nowy odkurzacz.

To on w 1984 roku zadecydował, że to co widzi na ekranie radarów, to nie amerykańskie rakiety lecące na Moskwę, ale „czkawka” komputera obsługującego te radary. I miał rację. Gdyby uruchomił system kontrataku – a miał taki obowiązek – co by dzisiaj było?!

Jak to czasem losami świata rządzi zwykły przypadek...

27 sierpień 2004 (piątek)

Codziennie widzę zmiany w krajobrazie. Drzewo które jeszcze wczoraj miało zaledwie parę kwiatów, dziś już całe w purpurze, czy w bieli. Przyjemnie się idzie, nie ma co...

Dziś pogrzeb Miłosza. Jakże było mi miło, kiedy wczoraj na pierwszej stronie polskojęzycznej gazety, pod zdjęciem z informacją o śmierci Poety, zobaczyłem mój wiersz, Jemu poświęcony. Dziwne, dla jednych śmierć ta jest tragedią, innym jest obojętna. Mnie akurat przysporzyła twórczej satysfakcji. Życie, życie...

W takiej sytuacji przytoczę poniżej wspomniany wiersz.


Mistrz Miłosz

Czesław – to słowiański miąższ
Miłosz – dopełnienie smaku.
Słowiański cirriculum vitae
chociaż amerykańską milą mierzony

to On tę drogę wyznaczył

spod gwiazd Berkeley prosto do Krakowa,

pod niebo bliższe Wilnu.

Z najlepszych został wybrany

bo ktoś być musiał – tak mówił.

Paryskie deja-vu wieszczów
i jemu było dane
ba, więcej ...Noblem napiętnowany
nigdy smaku nie stracił.

Choć już za życia spiżowy

Pozostał … niezniszczalny w słowie.

Krzysztof Deja

Adelaide, 16 Aug 2004


A i schyłek olimpijskich zmagań już na horyzoncie. Jeszcze tylko trzy dni. Kiedy czytam i słucham komentarzy uczestników olimpiady z polskiego obozu, jak w katarynce przewija się jedno słowo:

Gdyby... I po tym następuje cała gama gdybań. Co by bylo... gdyby. Jakby blisko było do szczęścia gdyby...itd.

Na gdybyniu się daleko nie zajedzie.

Wczoraj oglądałem polskich siatkarzy w akcji z Brazylijczykami. Co by nie mówić, pod każdym względem ustępowali przeciwnikom i zasłużenie, gładko przegrali. No cóż, nie zawsze się wygrywa.

Najważniejsze, aby dobrze grać. Trzymać wysoki poziom, a z czasem karta może się odwrócić i zaczną wygrywać. Do następnych igrzysk całe cztery lata.

Igrzyska dla Australijczyków, to wydarzenia rodzinne. Na olimpiadę wyjeżdżają nie tylko zawodnicy, ale całe rodziny. Są żony, narzeczone, rodzice, czasem dziadkowie. Dla Aussies olimpiady, to imprezy nie wiele mające wspólnego z heroizmem. Przyjeżdżają tu nie dla samego wyniku, ale dla sprawdzenia samego siebie, dla przygody, rodziny, czasem dla kraju...

30 sierpień 2004 (poniedziałek)

Zima wróciła. Chłodno, wietrznie i mokro. Mam nadzieję, że to potrwa tylko parę dni. Drzewa, nic sobie z tego nie robią, tylko kwitną na potęgą. Żadnego listka toto nie ma, ale całe oblepione białym czy fioletowym kwieciem.

Olimpiada się skończyła. Szkoda. Te dwa tygodnie sportowych zmagań zmieniły kompletnie mój grafik dnia. Wszystko było dobre, tylko ten zwariowany Irlandczyk zepsuł mi smak. Jak można w tak beznadziejny sposób rujnować czyjś wysiłek. Niezliczone dni ciężkiej pracy i wyrzeczeń, jakimi są przygotowania do maratonu. Wiem, ile to wymaga poświęceń. Pracowałem biurko w biurko z facetem, który przygotowywał się do lokalnego maratonu. Jego celem było... tylko ukończyć w przyzwoitym czasie ten morderczy dystans. Ile on potu z siebie wylał, ile godzin trenował tydzień w tydzień, to trudno zliczyć. Rower, siłownia, aby zaliczyć nasz doroczny bieg maratoński. A taki facet co biegnie po zloty medal... Ile on z siebie dał. I taki palant wyjdzie na drogę... Aż mówić się nie chce.

No nic... dobrze że się gorzej nie skończyło. Widowisko było nie zapomniane – jak stwierdził przewodniczący MKOl-u i ja się z tym całkowicie zgadzam.

Prorokuję, że były to ostatnie igrzyska kiedy dominowali Amerykanie. Od tej pory, pałeczkę przejmą Chińczycy. I uważam, że tak pozostanie na dłużej.

Tak dla kronikarskiej ścisłości. Mój kolega ukończył bieg maratoński w przyzwoitym czasie, ale i tak przegrał z naszym ówczesnym premierem stanowym. Wspomnę o nim przy o okazji.


« Igrzyska | Strona główna | Dzienniki - wrzesień I - 2004 »