« Rajskie wyprawy | Strona główna | Igrzyska »

2 sierpnia 2004

Dzienniki - sierpień I - 2004

Znów w domu.

Wczoraj rano szczęśliwie wylądowaliśmy na adelajdzkim lotnisku. ...

Przelatywaliśmy nad miastem cztery godziny wcześniej, ale lądowaliśmy w Melbourne. Musieliśmy wracać lokalnym samolotem Qantasu.

Po 41 tysiącach kilometrów, 13 lotach, 13 lotniskach (tak, bo w Nowym Jorku zaliczyliśmy dwa różne). Podróży w przedziałach kolei (kanadyjskich), i autobusach PKS, zaprzyjaźnionych autach i nieznajomych dorożkach i statkach, powróciłem na ojczymią ziemię.

I dziś znów do pracy. O porannym marszu nawet nie ma mowy,... leje, i zapowiadają taką pogodę do końca tygodnia. Z opowidań wiem, że ominął nas kawał wyjątkowo brzydkiej zimy.

I mimo tej strasznej pogody z przyjemnością tu wracam. I tak naprawdę, to nie wiem czy chciałbym zamienić Australię na coś innego. Może spróbowałbym gdzieś na południu Kanady (ale tam takie zimy...), czy gdzieś w środku USA (może byłoby nieźle). Europa raczej odpada, Singapur na krótki czas byłby przyjemny. Nie, nie ma co gdybać. Czas jest najlepszym reżyserem. Czy jeszcze rok temu myślałem o takiej podróży... nie!. To czas mi ją przybliżył. Czas pokaże!

A Polska – jak już wspomniałem nie czuję tego kraju. Coraz mniej rozumię przeciętnego obywatela. Programowe hasło większości Polaków to: n i e o p ł a c a s i ę !

Tam nikomu nic się nie opłaca. Wolą wegetować na poziomie beznadziejnym, a nie podejmą najmniejszego ryzyka aby poprawić swój los. Po prostu, to się nie opłaca... Wszystko wiedzą lepiej niż podawane jest w oficjalnych mediach. W wielu wypadkach, gdzie ja widzę oczywistą czerń i jest to sprawą dla mnie przesądzoną, oni widzą tylko przybrudzoną biel. I odwrotnie.

Programowy brak inicjatywy i działań widać na ulicach, szczególnie mniejszych miast i miasteczek. Ludzie często sami sobie nie chcą pomóc. Czekają. Nie wiem na co...

Z drugiej strony Polacy to bardzo mili ludzie (niestety, nie dla wszystkich), gościnni i serdeczni. Są tam oczywiście ludzie przedsiębiorczy i zaradni. Jednak widać ten zastój spowodowany dziesiątkiem lat podawania przez władzę na tacy, i ciągle ludzie na to minimum z utęsknieniem czekają nie zdając sobie sprawy, że ten sposób rządów już nie powróci. Tam i tak sporo z tych ochłapów zostało w użyciu.


4 sierpień 2004 (środa)

Jak tak dalej pójdzie to przestanę pisać ten dziennik. Codziennie pada. Dzisiaj znów pogoda zatrzymała mnie w domu. Już byłem ubrany, gotowy do wyjścia, a tu słyszę ... leje.

O ile dobrze pamiętam, to rok temu już czułem w powietrzu wiosnę, a teraz ... środek zimy. Ciągle mi latają obrazy z dopiero co przebytej podróży. Szczególnie, Singapur. Ile to dziwnych wspomnień, przeżyć doświadczyłem w czasie tak krótkiego tam pobytu. Singapore, nazwę wziął z sankryckiego Singa, czyli lew i Pore, czyli miasto. Miasto lwa. A żeby było śmieszniej, lew ten niczym warszawska syrenka, od połowy w dół jest rybą.

W domu bałagan. Przywiezione książki, płyty, pamiątki i inne gadżety zalegają mój pokój biurowy. Nie mam czasu tego poukładać, nie mówiąc już o rozpoczęciu „upajania się” tym. A przywiozłem trochę skarbów. Kilka muzycznych rarytasów na DVD i CD. Trochę ciekawych książek, no i swoich książeczek całą masę, bo odebrałem to z wydawnictwa w Polsce. Różne figurki, widoczki i temuż podobne gadżety cieszą oko, ale to później. No i setki zdjęć, widokówek i wideokaset które trzeba będzie kiedyś obrobić. Ale kiedy ?...

6 sierpień 2004 (piątek)

No, dzisiaj się udało. Idę o poranku. Mgliste powietrze stwarza wrażenie jakbym szedł w... deszczu. Po głowie błąka się jeszcze „Aloha” (hawajskie pozdrowienie na dzień dobry), a tu warunki nader odmienne. No i za chwilę, zamiast na plażę, pojadę do pracy. Cóż, wszystko co dobre szybko się kończy, mówi stare powiedzonko.

Zauważyłem, że przechodzę wewnętrzną transformację z relaksowej formy umysłu na granicy beztroski, do formy „zaangażowanej”. Myślę, więc jestem, znów powtarzam za Kartezjuszem, choć filozofia tegoż mędrca jest mi raczej obca. U mnie emocje i uczucia, to sedno sprawy i sposób poznawania. Przez tę podróż, prawie niezauważenie przeszła mi śmierć Jacka Kuronia. To znaczy, będąc w Polsce gdzieś przeczytałem, czy usłyszałem tę smutną wiadomość. Czy smutną dla niego nie wiem, gdyby miał się męczyć..., to lepiej że umarł. Dla nas na pewno smutna. Nietuzinkowy człowiek - jeszcze niedawno smakowałem jego myśli, myśli człowieka współczesnego, teraz już tylko postaci historycznej - i tak niedoceniony. Mam nadzieję, że przynajmniej przez historię, niezapomniany będzie. Druga sprawa która uciekła moim myślom, to igrzyska olimpijskie. Tak, to już tylko tydzień.

Jutro chcę kupić nowy wideorekorder (ten stary czasem się zacina), aby technicznie dostroić się na tę okoliczność. Mam na myśli, igrzyska.

No, a ile kaset video z wakacji mi zostało do montażu. Ale to już chyba po olimpiadzie.

9 sierpień 2004 (poniedziałek)

Idę sobie jak za dawnych czasów, kiedy to już wiosnę wróżyłem a dziś ciągle zimno i wilgotno choć bezchmurnie. Powróciłem do rutyny dnia, tygodnia, sezonu. Znów mecze tenisowe w piątkowe wieczory na których po staremu zaczynam się w napięciu denerwować. I te same radosne (na ogół) weekendy. Nie ma jak w domu...ale tylko na miesiąc, dwa. Później znów gdzieś bym wyruszył. Pozostaje mi teraz przyjemność montażu wakacyjnego video i znów jestem w wakacyjnym Honolulu. Na bieżąco pisałem, że przypomina mi trochę Bali. Nic podobnego, patrząc teraz z dystansu widzę jak bogate i szczęśliwe jest to miejsce dla mieszkańców, w porównaniu z tamtym.

No i nareszcie odezwał się mój wydawca. Już zakładałem, że mnie totalnie olał, że zdecyduję się wydać powieść w Polsce, ale wygląda na to, że wyjdzie jednak tutaj. No cóż... zobaczymy.

11 sierpień 2004 (środa)

Otrzymałem wczoraj miłą przesyłkę-niespodziankę. Nadawcą był mój starszy kolega z pracy zawodowej, jak i twórczej. Kiedyś należałem do Radomskiego Towarzystwa Fotograficznego. On, czyli Jurek Szepetowski był tam przez wiele lat szefem. Prezesował tak przez 30 lat, pracował przy tym twórczo jako fotografik i wyrósł na legendę radomskiej sztuki fotograficznej. Otrzymałem dwa wspaniałe albumy fotografii ziemi radomskiej z poezją ludzi z tą ziemią związanych. Nic lepszego nie mogłem dostać. Jestem tym zachwycony. Kiedy ja to wszystko zacznę smakować?

Wychodzę z założenia – lepiej mieć za dużo zajęć niż się nudzić. Nie ma nic gorszego niż nuda. Bardzo rzadko przydarza mi się to uczucie. Unikam go jak ognia. Znów złe porównanie. Ogień często wręcz rozpalam... dla przyjemności.

Wspominam Polskę spoglądając na przywiezione pamiątki. Książki wydają bardzo ciekawie ale są piekielnie drogie, nie dziwota że nabywców mało. Pisma, czyli tygodniki i gazety - na różnym poziomie, a telewizja raczej kiepska. Dla mnie i owszem, bo to co miejscowi widzą trzeci raz w tym roku, to dla mnie jest interesujące po wielu latach. Radia nie słuchałem tam prawie w ogóle, natomiast robię to często siedząc na internecie w domu. Programy I i III całkiem nieźle się odbiera. Nagrań muzycznych i DVD bardzo mały wybór w sklepach.
N i e
o p ł a c a
s i ę ! Trzeba zamawiać to sprowadzą.

13 sierpień 2004 (piątek)

Mówią, że to pechowy dzień – piątek, 13. Ja nigdy w to nie wierzyłem. Natomiast wierzę, że wczoraj mieliśmy pierwszy dzień wiosny, 19° C, słonecznie i silny wiosenny wiatr. Dziś rano też nieźle, ale już zapowiadają powrót zimy – opady deszczu i zimno. No cóż, tak bardzo to mi na tej wiośnie nie zależy. Właśnie dzisiaj w nocy rozpoczyna się olimiada. Będzie trwała przez dwa tygodnie i ja będę przywiązany do telewizora jak pies do budy, przez ten czas. Znów muszę polegać na moim wideorekorderze (nowym), bo nie lubię popołudniowych zlepków serwowanych przez telewizję. Wolę transmisje na żywo, choć „z poślizgiem”.

Deszczu było tej zimy tyle że wszystkie zbiorniki wodne są pełne, a restrykcje w używaniu wody ciągle obowiązują! Lało niemiłosiernie. Dość powiedzieć, że w ciągu 8 tygodni (naszej nieobecności), dziecko straciło tylko j e d n ą kolejkę ligi tenisowej. Co piątek musieli odwoływać mecze ze względu na pogodę. A i dzisiaj wieczorem nie zapowiada się sucho...

Wiosny jeszcze nie ma . Ja twierdzę: do trzech razy sztuka. A widzę dopiero dwa symptomy wiosny: okwiecone drzewa migdałowe i śliwy japońskie. To za mało żeby ogłościć wiosnę...

« Rajskie wyprawy | Strona główna | Igrzyska »