« Mistrz wędki | Strona główna | Rajskie wyprawy »

15 lipca 2004

Dzienniki - lipiec II - 2004

Muszę wspomnieć o pogodzie. Jak do tej pory w czasie miesięcznych wojaży, mieliśmy wyśmienitą pogodę. Nawet w Polsce na początku było dobrze. Dobrze tzn. nie za gorąco, w sam raz na spacery czy długie wycieczki. ...

Do czasu. Pogorszyło się praktycznie z dnia na dzień, a od wtorku pogoda do złudzenia przypomina mi naszą południowoaustralijską zimę. Częste deszcze, zimne wiatry, ponuro i nieprzyjemnie.

Zdarzyło mi się jechać autobusem zwykłym z Warszawy do Opoczna. Gdzieś między Grójcem a Nowym Miastem, wsiadły dwie całkiem przyzwoicie ubrane młode kobiety. Usiadły za mną i taki dialog usłyszałem:

- „A od tych cukierków to bedom nas zymby bolały.

- A to se weźnies (tu wymieniła nazwę jakiegoś medykamentu) i pomoże.

- O nieraz próbowała i jak majom boleć to bolom... I to zajebiście.

- A pogode to mamy chujowom.

- Ten Artur z Wólki to mówił że tak bedzie całe lato. A Artur zawsze przytrafio.”

Przerwałem czytanie gazety i z uwagą wsłuchiwałem się w to kuriozum. Po pewnym czasie, autobus podjechał pod przystanek i obie damy wysiadły. Z wyglądu całkiem normalne...

A za oknami piękne krajobrazy lasów spalskich, tylko złowieszcze chmury nade mną.

Polska powiatowa też ma swoje uroki...

Przez te anomalia pogodowe zmieniłem plan, zrezygnowałem (pod naporem) z Trójmiasta, na rzecz południowych zakątków kraju. Tam też chłodno, ale nie aż tak. Wczoraj w Gdańsku było maksymalnie 16° i cały dzień lało. Dziękuję za taki komfort. Nie po to taki kawał przed zimą uciekałem, aby pchać się w drugą. Oczywiście żartuję, ale pogoda nie... Ludzie poodwoływali urlopy, wczasy, siedzą w domu i narzekają.

Jedno co mnie doprowadza do pasji, to głupie polskie porzekadło: nie wolno filmować!

Dojdzie do tego że będę wracał z ojczystego kraju bez pamiątkowych ujęć miejsc pobytu.

W zwykłym kościółku, w prowincjonalnym muzeum, czy galerii nie mówiąc już o tych większych, na dworcu autobusowym siedząc na najbardziej oddalonym stanowisku i tak znajdzie się służbista ze swoim sakramentalnym powiedzonkiem: „tu nie wolno filmować” i jeszcze doda: ”czy chce pan abym mu zabrał kamerę!”

Ta głupota idiotycznego prawa opanowała cały kraj i wszystkie dziedziny. W całym świecie podchodzą do tego normalnie. Tylko sprzedawca precly na Wall Street prosił aby go nie filmować ze względów podatkowych. Nawet na amerykańskich lotniskach nie ma z tym problemu. Luwr czy inne muzea świata to raj dla pstrykaczy czy filmowców. A tu podążają za wschodem – nie nada!


17 lipiec 2004 (sobota)

Jestem na (bardzo) porannym marszu. Nie z przyjemności, raczej z przymusu.

Otóż, aby dostać się do celu, musiałem wstać o wpół do szóstej rano i pomaszerować prawie trzy kilometry do innego miejsca aby załapać się później na przesiadkę, która zaoszczędzi mi parę godzin podróży. Trochę to skomplikowane, ale życiowe. Maszeruję z plecakiem dotrzymując kroku... Januszowi na rowerze. Brat cioteczny ma problem z biodrem i tylko rower pozwala mu na szybkie przemieszczanie się . Obydwaj jesteśmy po wczorajszej degustacji wyrobów bardziej i mniej znanych producentów alkoholi. Dzisiaj wypacam te przeklęte procenty, które wczoraj, ...co ja mówię, to było dzisiaj. Jeszcze pięć godzin temu wychylałem ostatni toast, a teraz krople potu, mieszają się z kroplami porannego dżdżu. Oj, te polskie lato...

Jestem w Częstochowie i jej okolicach. Będę tu znów za parę dni . Miasto niewiele się zmieniło od mojego ostatniego tu pobytu, a drogi dojazdowe w ciągłej modernizacji. I dobrze, przynajmniej coś się dzieje, choć kilometrowe korki przed (czy za ) miastem, nie sprzyjają dobremu nastrojowi. Jasną Górę oglądam z daleka. Wrócę tu jeszcze.

W miarę możliwości czytam polskie tygodniki, najchętniej tytuły które pamiętam z dawnych czasów: Polityka, Przekrój, Panorama, ale sięgam też po Agorę. Oczywiście, tematy dnia: polski kocioł polityczny, afera za aferą, paranoja opieki medycznej i ślepy zaułek na rynku pracy.

A polskie koleje zamierają... Widać to na każdym kroku. Tory zarastają chwastem , tabor rdzewieje, budynki się sypią.

Myślę, że należałoby podjąć decyzję o stopniowej likwidacji większości połączeń kolejowych. Z tego transportu korzysta coraz mniejsza liczba ludzi i towarów. Z dwóch powodów: koszt i bezpieczeństwo. Ludzie się po prostu boją, a towary są nagminnie rozkradane. To wszystko jest już w tak opłakanym stanie, że nawet generalne remonty na nic się zdadzą.

Lepiej zapomnieć o kolei i pchać pieniądze w rozbudowę sieci dróg i postawić na transport drogowy. I kto to mówi – inżynier transportu ze specjalnością ... kolejnictwo.

T a k i e
s ą
r e a l i a !


19 lipiec 2004 (poniedziałek)

I znów miłe dni spędzam na łonie natury. No i pogoda całkiem inna. Jest ciepło, słonecznie, wreszcie czuje się prawdziwe lato. Jestem pod Opocznem w Petrykozach. Włóczę się godzinami po leśnych ostępach, kwiecistych łąkach, które co jakiś czas tracą swój urok, pod kosą (chyba jeszcze kosą?) i zielony „jeżyk” traw odrasta od nowa, przystrajając się polnymi kwiatami. A rzeczka wije się między zagajnikiem sosnowym a brzozowym laskiem pokrytym długą, cieńką trawą. Czerwone kozaki wystawiają swoje kapelusze i nawet mnie niewprawnemu w grzybobraniu, zdarza się je dojrzeć. Oglądam zabudowania z dystansu, okiem bociana wędrującego po łąkach...

Dzisiaj zmiana, udajemy się na południe Polski. Nysa, Brzeg, Opole... Jedziemy sławną kiedyś „gierkówką”. Co pewien czas roboty drogowe. Mimo wszystko w dość komfortowych warunkach przemieszczamy się w piękny słoneczny dzień.

Po minięciu przedwojennej granicy na południowym zachodzie kraju, widać różnice. Drogi zdecydowanie lepsze, domy i zabudowania schludniejsze, w całkiem dobrej kondycji, no i wokół przy domkach, na uliczkach czyściej, kolorowiej, przyjemniej...

Ciekawe dlaczego, tyle lat po wojnie, a w genach zostało?...


21 lipiec 2004 (środa)

Nareszcie lato zagościło na dobre. Od kilku dni 30° C, ciepło i... parno. Przypomina to bardziej kraj tropikalny (już to kiedyś pisałem), niż nadbałtycki. Jest ciepło, to najważniejsze. Jestem pod urokiem Nysy. Miasteczko rozłożone przy Nysie Kłodzkiej, malowniczej rzece. Tuż przy mieście znajduje się spore jezioro – wielka atrakcja miasta. Piękna piaszczysta plaża, otaczające wokół lasy i infrastruktura turystyczna, nadająca temu miejscu walory kurortu.

Oczywiscie, zdaję sobie sprawę z tego, że nie miałoby to wszystko takiego uroku, gdyby nie najbliżsi którzy nas tu przyjmują. Jak zwykle, długie rodzinne Polaków rozmowy. Obiady w przyjemnej restauracyjce i litry piwa wypijane przeze mnie. Ten zakątek Polski ma swój urok. A i tuż za miedzą, Czesi i Słowacy mają swoje atrakcje. Niestety, zapomniałem zabrać z kwatery głównej, swój paszport, no i nie możemy tego zobaczyć. Nic to..., następnym razem.

23 lipiec 2004 (piątek)

Diametralna zmiana pogody. Znów jesteśmy w Częstochowie. Jest chłodny poranek i bardzo pochmurno. Po wczorajszym deszczu wyraźne ochłodzenie. Spędzamy czas z rodziną żony. Miłe spotkanie z ludźmi praktycznie dopiero wchodzącymi w świat dorosłych (parę miesięcy po ślubie). Jako jedni z nielicznych, nie rozważali czasowej czy permanentnej emigracji. Chyba z racji swoich zawodów. On zawodowy wojskowy, ona farmaceutka. Uważają że mają przyszłość w Polsce. I bardzo dobrze. Wiedzą czego chcą i mają wytyczoną ścieżkę na polskiej drodze. Szkoda, że tak niewielu młodych ludzi widzi perspektywy w tym kraju.

Polska jest Polską. Polacy są Polakami – czym dłużej tu przebywam, widzę jak różni są w rozumowaniu pewnych spraw, od takich Australijczyków. Nawet Polak australijski (taki jak ja), jest inny ze względu na doświadczenie życia w innym kraju. Dobrze, że ludzie się cieszą z tego co mają – niestety nie jest to domeną Polaków.

Odwiedziny na Jasnej Górze gdzie w żaden sposób nie mogę odnaleźć się jak w przedsionku... raju. Nie potrafię wykrzesać z siebie uniesienia nawet jako zwykły pielgrzym. Programowo, uczucia wyższe tak hojnie obdarowanych tu Polaków, nie dotyczą mnie. I to nie tylko na Jasnej Górze, nie potrafię odnaleźć religijności w tłumie. Spotkanie z Bogiem, to dla mnie samotność. Żadne wspólne modły nie wywołują we mnie nirwany.

Trafiliśmy akurat na mszę. Był otwarty sławny ołtarz. Miłe i „pouczające” kazanie, a ja to wszystko obserwowałem jakoś z boku, z niedowierzaniem, że aż do tego stopnia potrafimy zaprogramować naszą wiarę, jej atrybuty i uczucia. Tak naprawdę, na co nie spojrzeć, to przeczy pierwszym księgom chrześcijaństwa, ale w końcu... religia, tak jak wszystko podlega modernizacji. To, za co czterysta lat temu palono na stosie, teraz jest uznawane za najwyższe formy zjednoczenia z Bogiem (św. siostra Faustyna Kowalska, czy greczynka Wasula....). A to co jeszcze 50 lat temu było przyczyną natychmiastowej ekskomuniki, jest uznawane jako szersza forma uczestnictwa z życiu chrześcijańskim. Ale powracając do Jasnej Góry, robi swoje wrażenie, jest często odnawiana i stanowi niezaprzeczalną kartę w historii i katolicyzmie polskim. Choć słyszę że komercjalnie zagraża jej Licheń. Tam nie byłem, znam z opowiadań więc się nie wypowiadam.

Po drodze zwiedzamy Olsztyn. Miasteczko pod Częstochową słynne z murów, ruin zamku. Na wieży spotykam znajomą z lat młodzieńczych, siostrę jednego z bliskich kolegów. Jaki ten świat mały.

25 lipiec 2004 (niedziela)

M a r a t o n ...

Nie, nie biegam. Nawet mi to przez głowę nie przejdzie. Utyłem chyba z pięć kilogramów od chwili przyjazdu do Polski. A może i więcej... Biesiady... to co mam na myśli.

Od wczoraj przebywam w swoim rodzinnym mieście w Radomiu (niestety, nigdy za nim nie tęsknię).

Odwiedziłem starego druha, Szczepana. Ile to lat już nie spiewaliśmy razem sławnego poloneza Ogińskiego, czy nie tańczyliśmy baletu z Jezioro łabędzie. Przeżyliśmy kiedyś wiele miłych chwil, później drogi się rozeszły.

Wczoraj też, popołudniowe spotkanie z kolegami ze studiów w przyjemnej knajpce. Okres urlopowy przerzedził uczestników spotkania. Było bardzo przyjemnie. Organizatorem spotkania był Stasio P. Jestem mu wdzięczny za miłe chwile razem spędzone aż do późnego wieczora.

Zaskoczeniem dla mnie, było przypomnienie mi przez kolegów faktów z mojego życia, które całkiem uleciały z pamięci. Głupio się przyznać, ale większość nazwisk czy imion też nie pamiętałem. No cóż, takie jest życie. Tyle od tego czasu się zmieniło, wydarzyło... Teraz już będę pamiętał. Dostałem od kolegów ładny album z ich podobiznami, no i piękną wiązankę... australijskich kwiatów. Protea.... rośnie przed moim domem, a w Polsce to kwiat niezwykle rzadki i, przypuszczam... drogi. Jadłem pyszne polskie pierogi i piłem chłodny trunek znad Wisły, który dodawał nam animuszu. No cóż, nie jesteśmy już młodzieniaszkami. Okazało się, że celebrujemy też z racji moich imienin, które za parę godzin miały nastać! I to też zupełne zaskoczenie. Ja sobie czasem przypominam w domu, że to właśnie dzień moich imienin,ale nawet nikomu o tym nie wspominam, bo to już taka martwa tradycja tam u nas. A tu ciągle żyje, no i dobrze, dlaczego nie. Życzenia przyjąłem, wszystkich uściskałem, prosiłem o pozdrowienie nieobecnych. Pamiątkowe fiotki, video. Tylu mężczyzn co ostatnio, nie wycałowałem przez całe moje emigracyjne życie. W Australii nie jest zwyczajem zbliżanie się mężczyzn w takich sytuacjach, nawet rękę podaje się raz na rok. Co więcej, wchodząc rano do biura, jest w złym tonie przerywanie czyjejś konwersacji rytualnym dzień dobry. Jeżeli ktoś rozmawia, przechodzi się jak cień bez słowa. A w ogóle, dzień dobry mówi się rzadko, zwykle na powitanie wypowiada się imię pozdrawianego. To wszystko. Oczywiście ręki się nikomu nie podaje. Co kraj to obyczaj. Jest to raczej obyczaj anglosaski.

O dziesiątej wieczorem siedziałem już na innej imprezie z przyjaciółmi. Dwoje z uczestników z mojej rodzinnej Adeli (Piotr i Jola). I tak w wymieszanym gronie nie spostrzegłem się jak północ minęła i znów życzenia. Muszę przyznać że niewiele pamiętam z późniejszych toastów. W każdym razie, rano obudziłem się w wygodnym łóżku z... kotem. Kocisko mimo mego ostrego chuchu i nechęci do tego gatunku stworzeń, podobno przytulało się do mnie bez uprzedzeń rasowo-gatunkowych. No cóż, tylko ludzie są tak głupi...

Po prysznicu i pysznym śniadanku, podziękowałem Markowi i Gosi za gościnę i w nie najgorszym humorze udałem się taksówką... na drugą stronę ulicy, no prawie ( kojarzą mi się ciągle stare teksty Laskowika) - na następną imprezę. Tym razem spotkanie rodzinne. Ludzie którzy od lat mieszkają w innej części Polski właśnie przyjechali. Spędzaliśmy miło czas z przyjezdnymi i z tymi związanymi z tym miastem codziennością. Szybko „sklinowałem” i później już swobodnie poddawałem się działaniu. Zrobiłem się programowym alkoholikiem. Co będzie później napiszę.

27 lipiec 2004 (wtorek)

Kłania się pan Pilch i jego książeczki. Coś z tego klimatu męczy mnie od poniedziałku. Jestem roztrzęsiony, zmarnowany i przygnębiony. Wszystkie objawy opisane przez tego znakomitego pisarza. Serce czuję wyraźnie, ale w okolicach pleców. Zmuszam się do najmniejszego wysiłku i obiecuję sobie, że kiedy już z tego wyjdę, nigdy więcej imprez z mocnym alkoholem, a tym bardziej podwójnych czy potrójnych jak ostatnio. Jednak jeszcze wczoraj kiedy koło południa z siedmioma potami docierałem do naszej bazy (teściowa), pierwsze co zrobiłem, wypiłem głębszy żubrówki z sokiem jabłkowym. A dzisiaj już przeżyłem co najgorsze i spaceruje w deszczowe przedpołudnie. Idę wzdłuż rzeczki. Towarzyszą mi w spacerze urocze dzieciaki: Karolinka i Damian. Pogoda niczym australijska zima. Siąpi, chłodni i wiatr. Całe szczęście że do siebie dochodzę.

Pojutrze odjazd. Siedem tygodni poza domem. Ile to spotkań, ile wrażeń, ile kilometrów i hoteli, tymczasowych domów. A jeszcze trochę zostało. No i odpoczynek w Singapurze. Ale to będzie. Jutro wieczorem pożegnanie. Trochę się tego boję, a po ostatnim doświadczeniu, już nie ufam tak tym polskim żubrówkom, zawiszom czarnym, żołądkówkom, luksusowym, absolutom, siwuchom itp, itd. Nie wspomnę o piwach, namiętnie popijanych. No cóż, wiedziałem że to na krótki czas i tak sobie pozwalałem, ale teraz wiem, że nawet na krótko, nie warto przesadzać. Człowiek uczy się zawsze. Bez względu na wiek...

Pogoda taka, że nie szkoda wyjeżdżać. Szczerze mówiąc już chcę wyjechać, wyrwać się z tej rzeczywistości która niestety już nie jest moją. Ja już nie czuję tego klimatu zdarzeń, sytuacji. To mi jest już obce. Choć doskonale rozumię język, ulicę, ale postępowanie ludzi jest mi coraz częściej obce. Nie, nie mógłbym tu mieszkać na stałe. Już nie...

Jednego czego mi będzie brakować to polskich krajobrazów: łąk i lasów. Tego widoku, zapachu i koncertu ptaków i owadów. Cała polska fauna i flora jest mi bardzo bliska. Oczywiście ludzie są bardzo mili, szczególnie rodzina i znajomi (to też specyfika Polski), ale widzę różnicę w sposobie myślenia między nami. Natomiast miasta i miasteczka, to nie wciąga mnie na ogół. Nie jest to jednak regułą.

29 lipiec 2004 (czwartek)

Dzień odjazdu z Polski. Dzisiaj głębokim popołudniem wyruszamy w daleką podróż. Najdłuższą z dotychczasowych. Najpierw do Zurychu. W Szwajcarii przesiadka na większy samolot i kierunek Bangkok. Tam po przerwie na tankowanie, dalszy etap do Singapuru. W sumie 16 godzin w powietrzu. M o r d ę g a.

Jestem wypoczęty, co prawda wiele nie spałem, bo oficjalne pożegnanie się przeciągnęło do późnych godzin nocnych, ale to raczej polegało na rozmowach a nie piciu. Psychicznie jestem przygotowany do podróży. Poszedłem na ostatni spacer po... Polsce. Po półtorej godzinie wróciłem na śniadanie. Ostatnia kąpiel, dopięcie walizek (oj, ciężkie się zrobiły) i gotowi do odjazdu.

Jedziemy na lotnisko w dwa samochody. Żegnajcych sporo.

31 lipiec 2004 (sobota)

Singapore. Byłem tu po raz pierwszy 21 lat temu, w drodze na... emigrację.

Już wtedy lotnisko mnie zauroczyło, ale miasta nie widziałem.

Tym czym Monaco dla Europy, tym Singapore dla Azji. A może jednak czymś więcej... Uroczy zakątek świata. Jestem nim oczarowany. Trochę pogoda... ale cóż, jesteśmy przy równiku. Codziennie parno, 30° i deszcz. W basenie hotelowym kąpię się bez względu na porę dnia. Ciągle ciepło, tylko w czasie burzy lepiej nie siedzieć w wodzie, bo licho nie śpi.

Odbyłem bajeczną wycieczkę dżonką po najpiękniejszych okolicach miasta. Kamery video prawie nie wyłączałem. Rzeka zakolami wplata się w cuda architektoniczne i stare azjatyckie domki tworzące kilometrowy koloryt promenady rzecznej. Bary i kafejki wokoło. Wieczór tu, to bajka. Cóż więcej potrzeba. I jak bezpiecznie. No, ale rzucenie peta na ulicę kosztuje 500 singapurskich dolarów (1100 złoty). Porządek musi być – takie hasło od kołyski wpajają potomkom Singapurczycy i efekty są.

Powinienem napisać jeszcze parę słów podsumowania o Polsce. Ale to może zrobię jak wrócę do domu.

Singapur oprócz wątku przyjemnego zgotował mi też problem zdrowotny. Otóż w nocy z piątku na sobotę rozchorowała mi się córka. Bardzo wysoka temperatura, problemy gastro. Cały dzień już narzekała, ale noc była koszmarem. Około piątej rano zdecydowaliśmy odwiedzić szpital. Taksówką pojechaliśmy do prywatnego szpitala sugerowanego przez firmę ubezpieczeniową. Po krótkim badaniu i testach otrzymaliśmy rachunek na sumę 388 sindol.(850zł). Lekarka zaleciła łóżko szpitalne i obserwację (myślę, że podejrzewała SARS). Jak tu myśleć o chorowaniu, kiedy za 10 godzin odlot. Ale cóż, wzięliśmy pojedyńczy pokój i wraz z córką przenieśliśmy się tam na najbliższe parę godzin. Pokój standardu niezłego hotelu (pobyt 380 sindol. za dobę). Dziecko zostało podłączone pod kroplówkę, my z żoną okupowaliśmy niewielką kanapkę i fotel obok łóżka szpitalnego. Po 4 godzinach specjalista stwierdził, że stan zdrowia ulega znacznej poprawie (wyczerpanie podróżą i problemy żołądkowe, dały znać z podwójną siłą). Około pierwszej po południu opuściliśmy szpital o 1000 dolarów lżejsi. Całe szczęście, że wykupiliśmy ubezpieczenie przed podróżą, zresztą zawsze to robimy.

Wróciliśmy na parę godzin do hotelu. Krótki odpoczynek i spakowanie bagaży. Wieczorem odlot do Australii.


« Mistrz wędki | Strona główna | Rajskie wyprawy »