« Bezgadzia planeta - Almanach poetycki | Strona główna | Sportsman »

1 lipca 2004

Dzienniki - lipiec I - 2004

Dziś już niestety opuszczamy miasto Paryż. Udajemy się do Warszawy ...przez Zurych. Wiem że i Zurych jest pięknym miastem, lecz tym razem nie starcza nam czasu aby go obejrzeć. ...

Ostatnie śniadanko w naszej hotelowej restauracji i wyjeżdżamy taksówką na lotnisko de Gaullea.

Wczoraj i przedwczoraj zaliczyliśmy urocze zakątki Paryża. Spacerowaliśmy od Łuku Triumfalnego (Arc de Triomphe) alejami Champs Elysees, także Bulwarem Haussmana. Byliśmy oczywiście w starej, gotyckiej katedrze Notre Dame. Zaprojektowana została już w 1160 roku i po wielokrotnych modernizacjach w 1345 roku otrzymała swój ostateczny kształt. Tłoczno tam o każdej porze dnia. Zaliczyliśmy także inne żelazne punkty programu turystów jakimi są Invalides. Kompleks budynków wygląda jak wielkie muzeum, a został wybudowany na rozkaz Ludwika XIV, jako przytułek dla żołnierzy, inwalidów wojennych. Oddany do użytku w 1677 roku. Jako ciekawostkę podam, że do budowy kopuły przyległego kościoła użyto 12 kilogramów szczerozłotego kruszcu. Teraz w tych budynkach znajduje się właśnie muzeum wojskowe.

Wpadliśmy na Pole Marsowe (Champs-de-Mars). Oryginalnie, pomyślane jako teren dla uczniów szkół wojskowych do ćwiczeń taktyczno-militarnych. Później odbywały się tu wyścigi konne, a teraz jedno z centralnych miejsc odwiedzanych przez turystów.

Duże wrażenie robi też katedra Madeleine wybudowana na zlecenie Napoleona w 1806 roku, ale największe - kościół na wzgórzu Montmartre. Bazylika rzymsko-bizantyjska Sacre-Coeur góruje na wzgórzu. Jest stosunkowo młodym obiektem podziwu turystów, bo choć rozpoczęto budowę w XIX wieku, do użytku oddano po I wojnie światowej. Wygląda pięknie tak z zewnątrz jak i wewnątrz. Trafiliśmy akurat na południową mszę. Akustyka niesamowita. Aż przyjemnie się modlić w takim otoczeniu, a gdy się wyjdzie na zewnątrz, przed oczami roztacza się wspaniały widok na cały Paryż.

Montmartre, to uroki starego miasta. W wąskich uliczkach klimat staroświecki, zachowany do perfekcji. To tu rezydowali malarze, poeci i inni atryści starego Paryża. Moulin Rouge o krok, a i „najlepsze kasztany na placu Pigalle” tuż obok. Stoi tam jedno drzewo kasztanowe, ale sprzedawców tego przysmaku na ulicy nie zauważyłem. Zresztą plac... nieszczególny.

Nie wspomniałem o miejscu, które najczęściej widziałem, o operze Garnier. Była punktem wypadowym dla nas każdego dnia, bo tu podjeżdżaliśmy metrem. Opera zaprojektowana w 1862 roku i po 13-stu latach oddana do użytku była największym przybytkiem tego rodzaju na świecie. Mieści się tam też Akademia muzyki i tańca.

I tak kolejny etap naszej podróży prawie za nami. Bezsprzecznie, z miejsc w których do tej pory byliśmy, Paryż jest najbliższy memu sercu. Wyrosłem przecież w kulturze europejskiej. Widzę dokładnie różnice między Australijczykami, Amerykanami (nawet Kanadyjczykami) a Paryżanami. Ci ostatni, są najbardziej podobni do Polaków. Ale ciągle nie jestem pewien czy chciałbym w Paryżu mieszkać na stałe...


3 lipiec 2004 (sobota)

Już drugi dzień na ojczystej ziemi. Zupełnie zaniechałem poranne marsze, ale przynajmniej piszę to rano w łóżku, tak że dzienniki nie zatraciły swojego charakteru. Tam w świecie miałem wytłumaczenie, bo to cały dzień człowiek się złaził, a to po paryskim bruku, to pod nowojorskim niebem czy deszczykiem Niagary, a tu nawet do lasu podwiozą. Tak, las i pozamiejskie pejzaże, to co mnie tutaj przyciąga. Miasto jest odpychające. Średnie czy małe miasta Polski są ciągle odrapane, ponure i nieprzyjemne. Na pewno kiedy wejdę na szlaki turystyczne Gdańska czy Kazimierza będę myślał inaczej, ale teraz relacjonuję swoje odczucia po odwiedzeniu zwykłych dzielnic, domów, klatek schodowych, zwykłej polskiej ulicy. F a t a l n i e ...

Natomiast las ... to jest coś. Ciągle jest naturalny i świeży, pachnący i żywy. Jagodziny i nieliczne poziomki, grzyby wszelkiego rodzaju i różne krzewy. Mnogość drzew liściastych i iglastych. Coś czego u nas nie ma. Łąki pachnące i urocza rzeczka nadają niezwykłej atmosfery prostocie krajobrazu. Bez technologii, blichtru cywilizacji. Nareszcie można głębiej odetchnąć. I to mi się bardzo podoba. Ludzie,... to inna sprawa. Ludzie mają swoje problemy i troski. Są przygaszeni i na ogół smutni. Tylko niewielki procent żyje normalnie, korzystając z dobrodziejstw cywilizacji, bez strachu że jutro może „nie być co do garnka włożyć”.

A ja kręcę się, jak ta „szlachta brukowa, żyjąca w miastach bez stałego sposobu do życia”. I zaglądam do sklepów, sprawdzając jakiego piwa czy gorzałki jeszcze nie próbowałem.

Nie mam wcale (nawet tuż po wylądowaniu) jakiś specjalnych wrażeń, czy emocji z racji odwiedzin ziemi ojczystej. Poprzednio tak, ale teraz, wylądowanie na Okęciu i pierwszy kontakt z tym krajem po latach było normalnością.

Pogodę podczas tych trzech tygodni w podróży miałem doskonałą, ale w Polsce jak na razie nie za cudownie pod tym względem.

5 lipiec 2004 (poniedziałek)

Zmieniam miejsce pobytu nader często. Aha, otrzymałem właśnie trzeci tomik poezji w którym mam spory wkład. Almanach poetycki pt. Bezgadzia planeta, ukazał się jako pokłosie konkursu literackiego wydawnictwa TAD-AD. Wydany w tradycyjnej szacie graficznej tej serii poetyckiej. Mam tam 15 wierszy z różnych okresów. To znaczy pisane parę lat temu jak i ostatnio. Zabrałem parę egzemplarzy ze sobą i obdaruję nimi tak rodzinę jak i znajomych.

Szczególnie miłe spotkanie muszę odnotować. Co prawda bardzo krótkie, wręcz ekspresowe, spotkanie z artystą - fotografikiem Jurkiem Szepetowskim. To już legenda radomskiej fotografiki, a i w całej Polsce dobrze znany w środowisku. Całe lata się znaliśmy On szacowny prezes stowarzyszenia fotografików, ja zwykły członek. Znajomość naszą pogłębialiśmy wspólnym zakładem pracy.

Przyjemne te spotkania, pełne zaskoczenia i spontaniczności.

Ja ciągle się zachwycam drzewkami wiśni i czereśni, pachnącymi lipami czy krzewami malin i porzeczek. To są namacalne uroki europejskiej egzotyki – sady wiśniowe i czereśniowe. To o nich napisałem prawie rok temu wiersz. Te nieosiągalne sady stały się mi rzeczywistością.


Czereśniak (rymowany)

Rozpaśne drzewa czereśni
ambrozją owoc spęczniały
ćwierk, ptakom arkadię wyśni
zielenią ramion witały.

Szpaki szalone wiodą prym
ten trans przybytkiem wiedziony
sącząc nektar, wtórują im
kosy, wróble i gawrony.

Wisienki zazdrośnie łypią
zepchnięte do nawy bocznej,
już białym kwieciem nie sypią
lecz czarem zieleni mrocznej,

gdzież im do owoców jeszcze,
a ptaki je ignorują
kreują kompleksu kleszcze,
i pszczoły tu spisek knują,

czereśnie błyszczą z radości
kiśćmi pereł czerwonawych
prawie w czerni z dojrzałości.
Enklawa krzaków ostrowych

kwitnie, czekając harwestu
puchem maliny soczystej,
meszkiem, złotego agrestu
festonem porzeczki krwistej.

Ogrodu grządek listowie
skrzętnie przy ziemi zakryte
lecz zdradził je wiatru powiew
to poziomki rosą myte.

Ślimak nieśpiesznie ucztuje
gliszki raczą się pospołu
pliszka im idyllę psuje...
nagle przysiadła do stołu.

W górze ciągle ptasia wrzawa
bachanaliowa zabawa.
Czerwiec czereśnią się kończy,
a w sierpniu... wiśnia dołączy

7 lipiec 2004 (środa)

Spotkania rodzinne i krótkie pogawędki ze znajomymi pochłaniają mi większość czasu. Nie mam kiedy odwiedzić muzeum czy galerię, czy na jakiekolwiek zainteresowanie życiem kulturalnym regionu w którym akurat przebywam. Inna sprawa, ...tu sezon ogórkowy. Wiadomo, wakacje. Mimo wszystko zaczynam zauważać, że zaczyna mi brakować tej strony życia.

Pogoda ostatnio przyjazna. Zaskoczony jestem dużą wilgotnością powietrza w Polsce. Niektóre dni przypominają mi pobyt w krajach ...tropikalnych.


9 lipiec 2004 (piątek)

Jestem na porannym marszu. Idę sobie nadrzeczną promenadą nad Wisłą. Rzeka leniwie płynie w przeciwnym kierunku. Szeroko, rozłożyście, między pasmami niewielkich wzgórz ciągnących się po obu stronach rzeki. Spotykam kilkoro spacerowiczów. Większość z nich ubrana, jak gdyby właśnie udawali się ... do pracy, w biurze. Co więcej ... mijając te nieliczne grupki słyszę zaangażowane rozmowy o ... pracy, relacje ze stosunków tam panujących i ich tam działalności. Nawet tu nie mogą się od tego uwolnić. Dziwne...

Wszystko to dzieje się w Kazimierzu Dolnym, bo tu właśnie przebywam.

Jedna z najprzyjemniejszych chwil na tym urlopie. Przyczyny są dwie: jestem razem ze swoją najbliższą rodziną w komplecie, no i uroki tego miejsca, a szczególnie naszego apartamentu. Dom na pięknym wzgórzu, widoki niczym w malowniczych Beskidach. Pięć minut piechotą do romantycznego Rynku. Pogoda piękna, i to wszystko tworzy niezapomnianą atmosferę, moją prywatną atmosferę, mój świat, piękny i krótkotrwały (niestety). Tu nareszcie oglądam urokliwe galerie sztuki. Natrafiłem na wystawę grafiki Salvatore Dali. Mam do niego szczęście, prawie sześć lat temu oglądałem podobną wystawę tego artysty we Wrocławiu. Akcenty malarskie światka artystycznego widać tu na każdym kroku.

Nie mogę nacieszyć się widokiem z okien naszego domu. Sam dom jest ustawiony przemyślnie na zboczu wzgórza, a ja chodzę od okna do okna i oglądam krajobrazy z wszystkich stron. Piwo jest moim powszechnym napojem i to staram się tak pić, aby nie powtarzać gatunku. Win dobrych też nie brakuje. Piłem już parę naszych południowoaustralijskich. I bez fałszywego patriotyzmu muszę powiedzieć, że smakują mi najbardziej. Miałem okazję testować bezpośrednio bo zakupiliśmy też kalifornijskie, jak i włoskie, tudzież francuskie. W tym samym przedziale cenowym - wszystkie ustępują naszym. A ceny win podobne do australijskich, no może „deczko” droższe.

Jak już wspomniałem jestem tu z najbliższą rodziną. Moje córki mają okazję znów się zżyć, a mój Kacperek jest ... odlotowy. Żywy skarb, bogactwo językowe, finezja puent i błyskotliwość konwersacji. Te cechy widzą wszyscy, ja zauważam w nim jeszcze parę walorów. I to wszystko już w wieku lat czterech. Jak przyjemnie być razem...

Sam Kazimierz Dolny jest miejscem wieku atrakcji i relaksu. Wycieczki statkiem po Wiśle, niezliczone galerie sztuki, kilka muzeów, baszta, zamek, kościoły, dwa rynki i spichlerz. Spora ilość miejsc typu restauracje czy bary, jadłodalnie i piwiarnie. Takiego wyboru małej gastronomii jeszcze nigdzie w Polsce nie spotkałem. Pensjonat na pensjonacie, pokoiki, apatramenty do wynajęcia, parę moteli. A turystów aż tak wielu się nie widzi. Dla nas dobrze, nie ma tłoku. A te zapachy, zapachy łąk nadwiślanych. Tego nie ma nigdzie na świecie.

Historię Kazimierz Dolny ma też niemałą. Pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z XI wieku. Dzięki Kazimierzowi Sprawiedliwemu (podarował parę okolicznych wsi siostrom zakonnym, a te nazwały to - Kazimierzem) i Kazimierzowi Wielkiemu który nadał prawa miejskie. Najstarsze budowle datują się z początkowych lat XVII wieku. Wcześniej Kazimierz był drewniany i parokrotnie doszczętnie płonął. Od ponad trzech wieków Kazimierz Dolny stał się modny wśród artystów i tak jest do dzisiaj. A turystów też tu nigdy nie brakuje.

11 lipiec 2004 (niedziela)

Po dość regularnych marszach porannych, szczególnie w Kazimierzu, dzisiaj odpuszczam.

Budzę się w słoneczny dzień w rodzinnym Radomiu. Po wczorajszej obfitej i dość długiej kolacji w większym gronie, wcale mi się nie chce wychodzić. Co by nie powiedzieć, mimo że za wódką nie przepadam – żubrówka z sokiem jabłkowym z Hortexu smakuje wybornie. Zamiast na poranny marsz, wybieram się na poranną kawę, do spotkanego wczoraj wieczorem całkiem przypadkowo, jednego z moich bliskich kolegów. Co prawda, on szlifował wiedzę w technikum mechanicznym ja, samochodowym, później on na polibudzie warszawskiej, ja na miejscu, ale w wolnych chwilach spędzaliśmy czas we wspólnej paczce. A mieliśmy szerokie zainteresowania i pomysły. A to weekendowe wypady do pobliskich Białobrzegów nad Pilicę, gdzie zwykle wydarzały się rzeczy o których nie sposób pisać, a paru szczerze się wstydzę. Częste spotkania w klubie studenckim, dyskotekach itp.

Co by nie mówić, po ponad dwudziestu latach spotkałem Ryśka i mile pogawędziliśmy. Takie spotkania mieszają wspomnienia w kotle nazwisk, zdarzeń, dat...

Ale to miłe...

Tak na marginesie. Jedzenie w Polsce jest tak dobre, że jem ponad miarę. I piję też...

13 lipiec 2004 (wtorek)

Już dwa dni siedzę w stolicy. Nie, nie siedzę, znów kontynuuje poranne marsze. Widzę, że ludzie na ulicy na mnie patrzą, trochę mnie obserwują. A jednak..., ciągle nie są do tego przyzwyczajeni aby ktoś w sercu miasta biegał czy forsownie chodził. Może to w moim wieku nie uchodzi. A raczej, może mój strój nietypowy. Ja w t-shirt i krótkich spodenkach, a przeciętny warszawiak w kurtce czy swetrze – tak tak, taki jest lipiec tego roku. Zimno i pochmurno. Ale co mi tam, ja realizuję swój wakacyjny program.

Teraz o hotelu. Wybrałem fatalnie. Na internecie wyglądało to wszystko różowiej... Nie mam czasu aby szukać coś innego. Zresztą próbowałem, bez powodzenia.

Śródmieście stolicy mi nie imponuje. Miejscowy taksówkarz wioząc mnie trochę się tym podniecał. Porównywał nawet centrum Warszawy do... Manhattanu. Come on! No cóż, nie był nie widział...

Natomiast miło odbieram niektóre dzielnice stolicy. Widać zdecydowaną poprawę. Miłe dla oka i ...serca. Niezmienny urok Starego Miasta i Łazienek.

Odwiedziliśmy Wilanów a dzisiaj mam zamiar zwiedzić Muzeum Narodowe.

Jak wspomniałem, jest gdzie dobrze zjeść. Jak dla nas, nie tak drogo. Wczorajszy obiad po wizycie w pałacu wilanowskim, tuż przy parku króla Jana Sobieskiego w miłej restauracyjce zostawił kolejne przyjemne wrażenie. Tak kelnerki, sprzedawczynie czy kierowcy pośpiesznych PKS-ów, to już inna generacja zawodowa. Ci ludzie już zintegrowali się z resztą cywilizowanego świata. A właśnie oni byli kiedyś na szarym końcu. Jeszcze pięć czy sześć lat temu, miałem podstawy do innej opinii. Ale nie ulegajmy nastrojowi euforii, ciągle zdarzają się sytuacje, kiedy człowiek się upewnia, że nawet tylko dlatego, warto być od tych absurdów z daleka. Kilka razy byłem pytany na ten temat decyzji życia poza krajem. Powtarzam, że gdybym znów miał wybierać to bym się długo nie zastanawiał i znów wyjechał.

Byłem też na stadionie X-lecia. Ewenement na skalę światową. Tak obskurnej pozostałości po wielkim stadionie, nie ma chyba nigdzie. Za kilka czy kilkanaście wieków archeolodzy będą mieli pełne ręce roboty w tym miejscu. Czego tu nie ma. To jest państwo w państwie. Na całym obszarze z przyległościami, oprócz murawy i trybun stadionu, odbywa się jarmark. Targuje się tu wszystkim. Nierzadko towarem nielegalnym w sposób mistrzowski. To miejsce ma swój dworzec autobusowy, z połączeniem do wszystkich sąsiednich krajów (tych od wschodniej strony). Są tu restauracje i bary, noclegownie. Atmosfera jest niezwykła. Sam zrobiłem dodatkowe okrążenia stadionu aby posłuchać i napatrzeć się tej niezwykłości w zwyczajach stadionu. Zaskakujące sytuacje, sposoby pracy szczególnie przy oferowaniu towaru nielegalnego, powiązania towarzyskie i dowcipy sprzedających. Jakie to fajne kiedy na koronie stadionu widzi się murzyna z Angoli czy Czadu, gawędzącego sobie z Wietnamczykiem ...po polsku. Całkiem niezłą polszczyzną! Tu wszyscy potrafią mówić jako tako po polsku. A jest tych nacji nie mało. Reprezentują pół Afryki i większość byłych republik radzieckich. A i z byłych bratnich krajów też się widuje. Jak tak dalej pójdzie, to powstanie na stadionie wyodrębniony kraj wolnocłowy. Coś na kształt byłego Hong Kongu. Rosną już podwaliny.

« Bezgadzia planeta - Almanach poetycki | Strona główna | Sportsman »