« Pomyłka | Strona główna | Andrew »

15 czerwca 2004

Dzienniki - czerwiec II - 2004

Dzisiaj jestem na porannym spacerze, niestety parę godzin przed opuszczeniem tego uroczego miejsca. Z punktu widzenia turysty muszę przyznać, ...

że poznałem to miasto „po łebkach”. Objechałem wzdłuż i wszerz. Nie było czasu na całą wyspę, ale miasto już znam jako tako. Szczególnie część turystyczną. Zaliczyliśmy też kawałek historii USA, w Pearl Harbor.

To na przedmieściach Honolulu, Stany Zjednoczone doznały największej klęski wojennej – naloty i ataki podwodne Japończyków w grudniu 1941 roku, co było bezpośrednią przyczyną przystąpienia USA do drugiej wojny. Jest czymś niezwykłym, uczucie, kiedy ogląda się zatopiony okręt wojenny Arizona, na którym wtedy zginęło 1200 ludzi. Ciągle go widać pod wodą. Zmurszałe szczątki historii zakropione p l a m a m i r o p y pływającymi po powierzchni wody, świadczą o głupocie ludzkiej.

W niedzielne popołudnie kiedy opuszczaliśmy uroczą Waikiki Beach, natknęliśmy się na paradę festiwalu narodów Pacifiku. Dwugodzinny barwny przemarsz szczęśliwych ludzi. A sam ocean wspaniały, chyba trochę słońszy od naszego Południowego, ale ciepły i „żwawszy”.

I gdzie tu myśleć o czymś ambitniejszym, gdy palmy przy hotelowym basenie dają przyjemny cień, muzykę hawajską słychać wokół, naszyjniki z żywych kwiatów zdobią szyje szczęśliwych ludzi, bez względu na płeć, a whisky z lodem pobudza wyobraźnię. Otoczenie wspaniałych hoteli i białych limuzyn dłuższych od przeciętnego autobusu nobilituje, czyli pobudza dość płytkie pokłady kory mózgowej. Wręcz prymitywne uczucie dobrobytu i szczęścia (luckiness not happiness).

Mnie przyciąga orientalizm, który się czuje na każdym kroku, atmosferę budek targowych z egzotycznym towarem, zapachem i muzyką. Muszę przyznać, bardzo mi się tu podoba. Lubię egzotykę i dlatego chciałbym tu kiedyś powrócić. W międzyczasie pakujemy się i kierunek... Los Angeles. Wieczór spędzę już w downtown, najbardziej... filmowego miasta na świecie.

17 czerwiec 2004 (czwartek)

Zaskoczenie zupełne. Gdzie ten błękit kalifornijskiego nieba które nie zna chmur.

Przylecieliśmy przedwczoraj wieczorem. Mieszkamy w centrum Los Angeles. Hotel całkiem przyzwoity. To zupełnie inna Ameryka niż ta na Hawajach. Wszystko przesadnie wielkie, szybsze, wręcz olbrzymie. Centrum LA do złudzenia przypomina centrum ...Adelaidy, z tą tylko różnicą, że jest dziesięć razy większe. Około siódmej wieczorem życie tu kompletnie zamiera, nie licząc chińskiej czy japońskiej enklawy, lecz tu wieczorem jest strach chodzić.

Nie chodzę na poranne marsze. Tyle się wychodzę w ciągu dnia, że wieczorem padam i rano mi się po prostu nie chce. Zresztą, marsze poranne z założenia, miały uzupełniać mi brak ruchu w ciągu dnia.

Za to jeżdżę. Dzisiaj z rana wsiadłem w czerwone metro (jest tu jeszcze zielone, żółte, niebieskie i druga nitka czerwonego), pojechałem na śniadanie dwa przystanki do serca centrum gdzie w japońskiej restauracji zjadłem smakowite danie, którego nazwy nie potrafię przytoczyć, popijając amerykańską kawą , przejrzałem „Los Angeles Times”, zrobiłem migawkę na video i wróciłem do hotelu. Akurat rodzinka opuściła łóżka, przygotowując się na kolejny wypad – tym razem do Hollywood. Pamiętam film z K.Figurą „Pociąg do Hollywood”, notabene całkiem niezły. Takich niedoszłych aktorek i aktorów spotyka się tu na każdym kroku. To tu widać co będzie modne za kilka miesięcy w Europie, czy w Australii.

Wczoraj byliśmy w Universal City. Jest to dość obszerna dzielnica LA, tuż za Hollywood. Kiedyś wielka farma, a od 1912 roku największe i najbardziej zaawansowane technicznie, studia filmowe na świecie. Blasku temu miejscu dodał pan Edison, iluminując je tysiącami swoich żarówek. Oświetlił całą fabrykę snów i tak jest do dzisiaj, z tym że, dziś już tam prawie się nic nie kręci. Jest to najbardziej dochodowy relikt przemysłu filmowego na świecie. Ludzie płacą grube dolary (niemiłe w dotyku i trudne w użyciu – o bilonie nie wspomnę). Same Universal City (City Walk i studia) naprawdę warte pieniędzy które się za to płaci, szczególnie kiedy korzysta się ze zniżek, a te przy odrobinie spostrzegawczości można uzyskać. Jednym zdaniem – radochy po pachy. Wieczorem pełni wrażeń opuszczamy to miejsce. A tysiące innych ciągle jeszcze korzysta z dobrodziejstw iluzorycznego szczęścia. Wspomnę jeszcze, że prawie mimochodem nagrałem tam 90 minut video. Sam sobie nie wierzyłem. Wieczorem jeszcze obejrzeliśmy trochę „downtown of LA” jak to się tu mówi. Martwe miasto, życie się toczy sporadycznie. Olbrzymie Centrum Muzyki, tuż obok luksusowe hotele. Godzina 9-ta, ulice prawie 10-cio milionowego miasta wymarłe.

Wczoraj w czasie śniadania w lokalnej gazecie przeczytałem (bardzo zły nawyk czytania przy posiłku), że LA ma tylko 4 miliony ludzi mówiących w domu po angielsku. Aż 3,3 miliona mówi codziennie po hiszpańsku i liczba ta z roku na rok wzrasta. Trzecim językiem jest chiński – 300 tysięcy i inne języki azjatyckie.

Jeszcze jedna ciekawostka. Parkingi w centrum miasta kosztują 3 US$ za ...15 minut, za cały dzień najtaniej widziałem za 20 US$. U nas w hotelu dla gości 12 US$, a dla innych …32 US$.

Z ostatniej chwili. Niebo zrobiło się błękitne. Zobaczyliśmy jak wygląda słońce w Kalifornii.

Jeżdżąc metrem w tą i z powrotem tak sobie myślę, że trzeba być bardzo odpornym na kulturę bycia Negrów i Kreoli. Oni są niesamowicie głośni, robią straszny szum komunikując się ze sobą. Czasem aż trudno wytrzymać, z drugiej strony muszę przyznać, że są na ogół grzeczni i uprzejmi jak trzeba.


19 czerwiec 2004 (sobota)

Zaliczyłem Los Angeles i okolice. W czwartek od rana „ocieraliśmy się o wielki świat” ludzi kina i telewizji – Hollywood, Beverly Hills i Bel Air. Robiliśmy tour za tourem. Objechałem cały Hollywood i znów nieodparcie nasuwa mi się skojarzenie, że oprócz faktycznie bajkowego centrum fabryki snów, znajduję się na Rundle Street, Hindley Street (ulice Adelaidy), gdzieniegdzie wymieszane dziadostwem gorszych dzielnic, podlane sosem wielkiej architektury, w stylu atrap do filmów o tematyce biblijno – starożytnej. Obejrzeliśmy miejsca wręczenia Oskarów i Trotuar Gwiazd, jak również imponujący Manns Chinese Theatre z tandetnymi odciskami dłoni i stóp przed wejściem.

Później długa wycieczka po Beverly Hills i Bel Air gdzie gwiazdy kina i telewizji usłały sobie gniazdka na wielomilionowej wartości posiadłościach, tak na dobrą sprawę sztucznie pompowanych manią wielkich nazwisk w sąsiedztwie. Widzieliśmy pałace, a właściwie ich fragmenty dobrze ukryte za wielkimi żywopłotami, takich gwiazd jak Marlona Brando (tego od Ojca Chrzestnego), Elizabeth Taylor, Jacka Nicholsona żeby wymienić tych w pierwszej kolejności. Stał dom Madonny gdzie mieszkała do czasu wyjazdu do UK, i śp. Ronalda Reagana, który w tym czasie był wystawiony w Waszyngtonie. Tydzień przed naszym przyjazdem oddał ducha. Ciekawostką jest, że dom pp.Reaganów z numerem 666, na gorącą prośbę Nancy (żony byłego prezydenta) został przenumerowany na 668. Wiadomo, numer 666 w Biblii symbolizował ... diabła.

Łaziliśmy po uliczce i sklepach gdzie Julia Roberts jako Pretty woman robiła zakupy. Zaliczyliśmy wystawy Tiffany’ego, Armani’ego, Vuitton Flog itd, itp. Rodeo Drive i okolice przejechaliśmy na wszystkie strony. Robiliśmy zdjęcia z niedoszłymi gwiazdami filmu, w kostiumach modnych obecnie postaci filmowych wcielających się w wielkie gwiazdy.

Wieczorem zmęczeni po tak olbrzymiej dawce tandety hollywoodzkiej dotarliśmy do hotelu.

Wczoraj natomiast wycieczka daleko za miasto, do Disneylandu. Kawał drogi około 80-ciu kilometrów. Nazywają to – najszczęśliwszym miejscem na ziemi (The Happiest Place on Earth). Jak zwykle przesadzają. Jest fajnie i to dla wszystkich pokoleń. Pamiętam jako gnój, lat około dziesięciu, jedenastu, oglądałem z przejęciem filmy amerykańskie z Myszką Mickey, jeszcze w raczkującej czarno-białej telewizji. A więc i dla mnie jest to coś w rodzaju spełnienia dziecięcych marzeń. Choć naprawdę, to nigdy o tym że zobaczę Disneyland nie marzyłem, ja wtedy pragnąłem prerii Dzikiego Zachodu.

Było szalenie, wyjeździłem się na różnych rollercoasterach, poobijałem boki i nadwyrężałem serce. Ale przeżyłem, co prawda, obiecałem sobie że to już ostatni raz w życiu takie wariactwa. Wyprawy w stylu Indiana Jones, na parowcu Mark Twain, w pogoni za Tarzanem i dziesiątki innych, ale najprzyjemniejszy był sentymentalny przepływ z bohaterami Winnie the Pooh w krainę baśni.

Dwie godziny zajęło nam przybycie z powrotem do miasta, mimo tylu szerokich autostrad. Miasto jest niewiarygodnie rozwlekłe, imponujące rozwiązaniami arterii komunikacyjnych i architektury ale i uderzające ubóstwem. Teraz zaczynam dokładnie rozumieć naszych holenderskich sąsiadów, kiedy przekładali Adelaidę ponad LA. W c a l e się im nie dziwię.

Na koniec wspomnę parę słów o historii tego miasta.

Pierwszy biały człowiek pojawił się tu w 1542 roku. A w 1781 misjonarze wybrali okolice późniejszego Los Angeles na miejsce do osiedlenia dla większej grupy przybyłych w te strony. Początkowo nazwali to: El Pueblo de Nuestro Senora la the Angeles....), czyli w skrócie Los Angeles i tak już zostało.

W 1850 roku Kalifornia (dwa lata wcześniej odkupiona przez Amerykanów), została 31 stanem USA. Około 1900 roku liczba mieszkańców LA podskoczyła z 2300 do 100 tysięcy.

Go West young man – pierwsze medialne hasło propagandy sukcesu zdało egzamin.

Bezprzecznie miasto warte zobaczenia, ale do raju i do aniołów to mu bardzo daleko. Nam wychowanym w wartościach europejskich brakuje pewnych nominałów z których braku nie zdają sobie wcale sprawy miejscowi. To co tu nobilituje w naszym pojęciu budzi sprzeciw, no cóż możemy się w to bawić, ale tak naprawdę w głębi duszy myślimy... tandeta i płycizna. Ci ludzie żyją innymi wartościami. Przynajmniej przygniatająca ich większość. Bardzo pozytywne odczucie szczególnie obserwując Murzynów i Portorykańczyków – oni wszyscy noszą nieskazitelnie czyste buty, na ogół sportowe, czasem cudaczne ale jakby były prosto ze sklepu. Niestety, nie da się tego samego powiedzieć o Aussies. To chyba trochę obsesja obuwnicza, bo moją córkę nagabywano kilkakrotnie, gdzie kupiła swoje czerwone sportowe buty, z żalem przyjmując że to aż w Australii.

Wieczorem dwie ulice od naszego hotelu odbył się „oficjalny” pogrzeb Raya Charlesa w Centrum Muzyki. Niestety, byłem tak zmęczony że nie chciało mi się tam pójść. Wychyliłem tylko lampkę Absoluta, ciepło o nim pomyślałem i zapadłem w błogi sen.

Niestety na plaże typu Malibu, Santa Monica, Venice Beach czy Santa Barbara, zabrakło czasu (nawet ich nie planowałem), może następnym razem...


21 czerwiec 2004 (poniedziałek)

T o r o n t o. Dwa dni już jesteśmy w tym pięknym mieście. Zakochałem się w nim od pierwszego spojrzenia, czyli w czasie przelotu nad miastem w drodze na lotnisko.

Lot ten utkwi mi na długo w pamięci. Wylecieliśmy z zachmurzonego jak zwykle (przynajmniej w czasie naszego pobytu) Los Angeles samolotem American Airlines. Zaraz po minięciu wzgórz otaczających miasto, niebo stało się nieskazitelnie przejrzyste. Kamerę uruchamiałem bez przerwy, aby uwiecznić piękno obszaru rozpościerającego się pode mną. Płaskowyż o żółto-glinianym podłożu, Las Vegas wciśnięte w ten pustynny krajobraz, później Góry Skaliste. Niesamowite kaniony (sam Grand Canyon ominęliśmy z boku). Następnie przelecieliśmy nad Denver stolicą stanu Colorado. Byłem szczęściarzem tego dnia. Miałem miejsce przy dwóch oknach. Zwykle dziecko rozsiada się przy oknie. Tym razem nie siedzieliśmy razem i ja dostąpiłem tego szczęścia. Druga część Stanów (centralna), była nieco zachmurzona i już nie miałem tak cudownych widoków. Mogłem skoncentrować się na uczeniu na pamięć dialogów z filmu „Dirty Dancing 2”. Właśnie oglądałem to po raz trzeci w przeciągu tygodnia.

Później znów było przejrzyście, i aż do samego Chicago kamera była ciągle w ruchu. Nad jeziorem Michigan znów trochę mgliście. Dietroit ominęliśmy z ukosa, a jezioro Erie ukazało się w całej krasie i zarysie jak na mojej podręcznej mapie. Okazało się, że amerykańskie mapy nie kłamią. Po niedługim czasie oglądania posiadłości farmerów kanadyjskich, ujrzeliśmy Toronto. Niczym olbrzymi pelikan zakołowaliśmy na jezioro Ontario i po chwili nacieraliśmy na miasto, aby wylądować. I wtedy miasto mnie oczarowało.

Hotel mamy bardzo wygodny. A po części dzięki nieporozumieniu. Niedopatrzyli jak dorosłe mamy dziecko i na początku oferowali nam pokój z dwoma łóżkami. Szybko jednak uznali swój błąd i zrobili nam „upgrade” do dwupokojowego apartamentu. Bardzo wygodnego z pięknymi widokami centrum miasta. Miasto zwiedzaliśmy głównie na piechotę. Byliśmy też w najstarszym kościele, katedrze Toronto – 160 lat historii i cudowne witraże – na mszy świętej. Udział brał profesjonalny chór chłopięcy i niestety ... ochroniarze. Do czego to doszliśmy. Obejrzeliśmy wszystkie większe atrakcje miasta: Drapacze chmur z CN Tower (553 metry). Pioruny wyjątkowo upodobały sobie tę wieżę, z wiadomych przyczyn i średnio 75 razy w roku pakują w nią ładunki elektryczne. Imponujący jest Sky Dome gdzie odbywają się wielkie imprezy sportowo-estradowe. Robi wrażenie wielkie Convention Centre i ciekawy City Hall. Spacerowaliśmy malowniczą promenadą nad jeziorem Ontario. Co prawda musieliśmy ominąć China Town, Cabbagetown i wiele innych ze względu na brak czasu.

Nie wspomniałem, że dziś zrobiłem sobie poranny marsz, spacerek po ulicach. Podoba mi się miasto. Łatwo wszędzie trafić, no i widać tu życie. Chociaż mają ponad 11 kilometrów podziemnych chodników, to tłumy na ulicach. Szczególnie wycieczki Japończyków i Koreańczyków, ale i polską mowę często słychać.

Żebraków też sporo, ale uprawiają swój proceder dyskretnie, nie są nachalni podobnie zresztą jak w Los Angeles.

Jak zwykle dwa zdania o historii miasta. Do 1720 roku żyli tu wyłącznie Indianie ze szczepu Seneca. Wtedy to właśnie Francuzi zorganizowali tu miejsce sprzedaży skór i futer oraz misję chrześcijańską. I tak to się tu zaczęło a miasto rosło prężnie, aż do dzisjejszego stanu 2,4 miliona obywateli. Lubię wieczory przy oknie mojego pokoju (tak, tak mam w hotelu swój pokój z biurkiem i widokiem), ale równie przyjemnie, chyba nawet bardziej są wieczorne spacery po ulicach miasta. W przeciwieństwie do L.A. czuję się tu bezpiecznie.

22 czerwiec 2004 (wtorek)

N i a g a r a Falls. Zaliczyliśmy ten cud świata. Bliżniacze miasta po obu stronach rzeki o tej samej nazwie, stanowiącej granicę między Stanami i Kanadą. Pociągiem AMTRAK udającym się do Nowego Jorku z samego rana wyruszyliśmy do wodospadów Niagara. Pociąg wygodny i podróż do złudzenia przypominająca odprawy lotnicze. Perony puste, podróżni tuż przed odjazdem po sprawdzeniu dokumentu podróży ruchomymi schodami podjeżdżają na perony pod drzwi podstawionego pociągu. Po dziesięciu minutach wszyscy siedzą wygodnie rozlokowani przez obsługę pociągu i czas na odjazd.

Co za sceneria, co za miasteczko. Tego nigdy wcześniej nie widziałem. Wodospady zapierają dech.

Oczywiście nie odmówiliśmy sobie przyjemności popłynięcia stateczkiem Maid of the Mist, który przepełniony masą ludzką w błękitnych nieprzemakalnych płaszczach foliowych wpycha się bezczelnie pod samą ścianę milionów hektolitrów spienionej wody. Wszystko to tworzy białą mgłę i spory deszcz. Deszcz tak nieprzyjemny że, przypomina mi najgorsze momenty naszej zimy. Widoczność bliska zeru. Sceneria nieodłącznie kojarzy mi się z ...Titaniciem. Sam się darłem na cały głos: zawracaj, my dalej nie chcemy! Wrażenia z tej podróży pozostaną na długo. Miasteczko piękne, w ogóle polubiłem tę część Kanady od pierwszego wejrzenia.

Muszę tu wspomnieć że, trochę zawiódł mnie były kandydat na prezydenta RP, który najpierw wręcz nalegał aby właśnie u niego się zatrzymać (bo ma wielki dom ... nie wiem co to miało znaczyć), stanęło na tym, że goszcząc w Toronto razem spędzimy wieczór. Kiedy jednak przyszedł czas, po prostu nie odezwał się w czasie naszego trzydniowego tam pobytu. No cóż... ludzie są tylko ludźmi, obojętnie od swych aspiracji czy ambicji. Oczywiście, nie mam pretensji o nie spotkanie się ze mną, ale po tak intensywnej korespondencji oczekiwałbym słowo wyjaśnienia.

Ale powróćmy do Niagary. Tęczowy most łączący obydwa kraje i hektary zielonych parków wokół, tworzą niezapomnianą atmosferę tego miejsca.

Dzisiaj jednak nastąpi pożegnanie kraju klonowego liścia. Rzeczywiście drzew klonu i wiewiórek tutaj nie brakuje.

25 czerwiec 2004 (piątek)

Dziś poranna trasa wiedzie mnie w stronę Empire State Building – jednego z wyższych budynków (102 piętra) w N.Y., wybudowanym w 1931 roku. 34-tą ulicą dochodzę do 5-tej aleji, póżniej wchodzę w 32-gą, w kierunku Madison Square Garden (olbrzymia arena muzyczno-sportowa - dziś wieczorem Madonna będzie tu występować). A pod tym olbrzymem w podziemiach wielka stacja kolei i metra – Penn Station. Tłumy wokoło pędzą, a ja nigdzie się nie śpieszę. Jak to przyjemnie mieć ten komfort spaceru. Nigdzie się nie śpieszyć. Są jeszcze tacy? Właśnie... Obok nich przechodzę po chwili. Niektórzy jeszcze śpią w swych kartonowych łóżkach. Inni właśnie zaczęli toaletę, golenie, mycie itp. Nikomu z nich nie chce się jeszcze prosić o drobne. A ja idę wolno i patrzę. Patrzę w twarz temu miastu.

Znów oglądam policjantkę żywcem wyjętą z Police Academy, która śmiesznie bardzo nerwowymi gestami kieruje ruchem na wielkim skrzyżowaniu, a i tak każdy chodzi tam jak chce. My turyści jesteśmy jednymi z nielicznych przestrzegających świateł na przejściach. No cóż, to Ameryka. Ludzie na rolkach, deskach, hulajnogach zwanych tu skuterami, czy rowerach, bez żadnych kasków, zabezpieczeń śmigają środkiem zatłoczonej samochodami ulicy. Widok nie do pomyślenia w Australii.

Wczoraj znów zaliczyliśmy kawał Manhattanu. Zobaczyliśmy dzielnice: SoHo, Chelsea, Greenwich Village. Byliśmy m.in. w Forbes Magazine Galleries. I tu niespodzianka, oprócz wielokrotnie eksponowanych prezydentów USA, jest i nasz ...Wałęsa. Przy dość śmiesznym okienku pozował i Reagan i Wałęsa. Poleżałem wraz z miejscowymi w porze lunchu na trawie skweru Waszyngtona jak i na Union Square.

No i zaliczyłem zwariowany ...Times Square. Furia świateł, reklam, olbrzymich ekranów telewizyjnych, przyprawiona natężeniem ruchu drogowego. Nocą, czyli już około 21-szej jest podobnie tylko jeszcze bardziej magicznie i niesamowicie. To trzeba zobaczyć. Tego wrażenia nie potrafię opisać.

Sklepów monopolowych nie spotkałem wcale na Manhattanie. Całe szczęście że co parę dni uzupełniam zapasy w sklepach duty-free na lotniskach. Czyżby to im pozostało z „great depression”...

Właśnie przed spisaniem dzisiejszego dnia wskoczyłem na internet. W lobby hotelu mamy stanowisko super szybkiego internetu. Milo przeczytać wiadomość od Stana że „pierwszy czerwiec już na stronie”. Ileż to już zmieniło się od tamtego odcinka. Ile to świata można w tym czasie zobaczyć, ile wrażeń, ile oceanów zaliczyć. Ale czy to najważniejsze ? Ciągle twierdzę, że można się nigdzie nie ruszyć i mieć bogate życie wewnętrzne. Widzieć otaczający świat inaczej, ciekawiej. Być naprawdę szczęśliwym. Ludzie w „zabitej blachami” dziurze w centrum australijskiego buszu, bywają szczęśliwsi niż właściciele apartamentów na Manhattanie czy willy w Beverly Hills.


Rozwiązania transportowe mają imponujące. A wszystko to dzięki ...Rosjanom.

W latach pięćdziesiątych prezydent D.Eisenhower z typowo strategicznego punktu widzenia zarządził budowę autostrad tak naziemnych jak i w tunelach. Było to odpowiedzią na straszenie przez Sowietów wojną nuklearną. Chodziło o umożliwienie jak największej liczbie mieszkańców opuszczenia wielkich miast w miarę szybko. Stąd te szerokie arterie, choć w owych czasach natężenie normalnego ruchu tego nie wymagało. Tak, że dzięki postrachowi ze wschodu, Ameryka gwałtownie unowocześniła się i ciągle ma prymat pod tym względem na świecie. Tunele i inne rozwiązania komunikacyjne (niewłaściwe słowo, przecież mówimy o transporcie) robią wrażenie, a wszystko to powstawało w połowie ubiegłego wieku. Podobnie mosty czy drapacze chmur. Kiedy w Australii powstawały w XIX wieku skromne budyneczki, tu w USA budowano taki most Brookliński czy siedmiopiętrowe wieżowce.

26 czerwiec 2004 (sobota)

No i nadchodzi dzień pożegnania USA. Wieczorem wylatujemy z lotniska J.F.Kennedy’ego do Paryża. Pierwszy raz polecę nad Atlantykiem. To będzie za kilka godzin. Rano idę na długi spacer na wschodnie wybrzeże środkowego Manhattanu, do siedziby ONZ. Narody Zjednoczone (???) okupują spory obszar 1 Avenue wzdłuż rzeki Wschodniej. W międzyczasie dochodzę do Times Square, oglądany przeze mnie w pełnej krasie, przedwczoraj późnym wieczorem. Dalej sławną 42-gą Ulicą aż do końca w kierunku wschodnim. Obchodzę tereny ONZ z zewnątrz, robię krótkie video i wracam wzdłuż wybrzeża do E34st w kierunku zachodnim i po półgodzinie marszu dochodzę do naszego hotelu.

Muszę jeszcze wspomnieć o wczorajszej długiej, pieszej wycieczce do Central Parku. Piątą aleją poszliśmy na północ. Po drodze wspaniałe budynki: drapacz chmur pana Trumpa z hotelem i kasynem w środku, luksusowe sklepy Saks, Tiffany, elitarne kluby. Tuż za nimi imponujące Rockefeller Center na obszarze 9-ciu hektarów ze statuą Atlasa dźwigającego Ziemię w centralnym punkcie tuż na przeciwko katedry św. Patryka. Jak przyjemnie zaszyć się w ciężkie mury wspaniałej katedry z dala od hałasu ulicy, choć ze sporą grupą turystów. I to przypomina mi zwiedzanie katedry w Rzymie, nie wiem dlaczego, bo sam kościół nie przypomina tamte budowle. Całe szczęście, że właśnie rozpoczęło się południowe nabożeństwo, w pełnej glorii dźwięku organów i solistki z pięknym altem. Jaka przyjemna odmiana. Ale i tu nie można zapomnieć problemów współczesnego czasu. Tak jak w Toronto, tak i w Nowym Jorku czuwa security. Tak przy ołtarzu jak i z tyłu kościoła, czujne oczy stróżów porządku wpatrują się w każdy podejrzany ruch, tak uczestników nabożeństwa, jak i turystów.

A sam Central Park uroczy. Oczywiście, zaliczyliśmy tylko część tego ogromnego terenu do wysokości 82-giej ulicy, czyli do American Museum of Natural History, gdzie mają trzy pawilony z dinozaurami. Nie mogłem sobie odmówić 72 ulicy i łączącej z nią części Central Parku zwanej Strawberry Fields, gdzie zginął z rąk szaleńca John Lennon. Mała mozaika z kwiatami na chodniku w kształcie znaku pacyfistów i paroma kiczowatymi pamiątkami, nie jest tym czego się spodziewałem. Słyszałem, że zawsze jest sporo ludzi koło tego memoriału. Teraz jest nie więcej niż piętnaście osób.

Są tu piękne ogrody Szekspira i wiele innych ciekawostek o których nie mam czasu pisać. Rondo Kolumba imponujące, choć ciągle w przebudowie. Jak wszystko inne: olbrzymie, szybkie, imponujące ale i tandetne i często niestety szpetne. Ubóstwo wychodzi szparami między bogactwem.

Dziś jest sobota. Jest to dzień nie bez znaczenia dla mojego spojrzenia na kondycje centrum N.Y. czyli Manhattanu. Kiedy rano wyszedłem z hotelu na prawie pustą ulicę, zamurowało mnie.

Tak ...sobota. Kiedy w poprzednie dni olbrzymia fala ludzi i samochodów zakrywała brudne ulice, śmieci zalegające chodniki, tego się nie zauważało. Dziś kiedy większość biznesów otwiera swoje podwoje dużo później lub wcale, całę jaskrawość ulicy widać jak na dłoni. Obskurne żaluzje na witrynach i drzwiach sklepowych. I ten brud. Studzi to nieco moją fascynację tym żywym miastem. Czyżby ta fascynacja tak szybko miała wygasać. Myślę, że jeszcze miesiąc to bym tu pożył z pasją do otoczenia, później to chyba że za ..karę. No chyba że, po tej drugiej stronie Central Parku, gdzie mniej komercji i ulice spokojniejsze.

Codziennie rano na śniadanie otrzymujemy wielkie jabłka, wiadomo mieszkamy w BIG APPLE. Cena owoców w śródmieściu to paranoja. Jedno jabłko zwykle kosztuje... jednego dolara. Tu ceny owoców ustala się za sztukę. Inne artykuły spożywcze kosztują podobnie jak u nas, ale owoce...

Podczas moich wycieczek po Manhattanie spotkałem ... d w a sklepy gdzie sprzedawali alkohol. W obydwu spory wybór polskich piw i wódek. Ceny umiarkowane w porównaniu z Australią.

No i na koniec jeszcze kilka zdań o historii miasta. W 1625 roku Holendrzy zamieszkali tu organizując ośrodek handlu wymiennego z Indianami. Nazwali to miejsce... Nowy Amsterdam. Dopiero w 1789 roku George Washington został zaprzysiężony jako prezydent nowej republiki na balkonie Federal Hall na Wall Street (stoi tam jego pomnik), w 33-tysięcznym mieście. W 1850 roku mieszkało tu już pół miliona mieszkańców a 30 lat później – 1.1 miliona. W 1930 roku, już ... 7 milionów. Ewenement... Dziś jest tu grubo ponad osiem milionów dusz. A może więcej, zależy jak się liczy.

Po 11 września 2001 roku, czyli ataku na World Trade Center, miasto gwałtownie zmieniało charakter. Ulice i wejścia do budynków zapełniły się wszelkiego rodzaju security i policją, w ilości nie spotykanej w dotychczasowej historii miasta. Ludzie z wyrozumiałością przyjmują nowe rygory i utrudnienia. No cóż, życie się zmienia.

Historia się toczy...


Już myślałem że tradycji nie stanie się zadość. Siedziałem na 8-ym Terminalu lotniska J.F.K. po ponad 2 godzinach upiornego stania w kolejkach i patrzyłem jak nasz samolot przygotowują do lotu. Lotnisko – moloch. Okęcie to cząstka jednego z tutejszych terminali, Sydney, to najwyżej terminal 7,8 i 9. O Adelaidzie nie wspomnę.

Oczekiwanie w przeraźliwie długiej kolejce do przyjemności nie należy. I tu przestroga. W obecnych czasach należy się wystrzegać lotów łączonych czyli przesiadek. To wręcz nie realne, szczególnie w USA.

Otóż siedząc już wygodnie w samolocie American Airlines usłyszałem anons pilota, że jeden z kibelków nie pracuje, a nie można sobie pozwolić na przelot nad Atlantykiem z zepsutym tak istotnym urządzeniem w czasie ośmiogodzinnego lotu.

A więc znów nie jest to dziennik poranny (no może z pozycji Australii), u nas głębokie popołudnie, we Francji już noc. A my siedzimy w samolocie na lotnisku Kennedy’ego z zapewnieniem pilota, że za godzinę odlecimy. Acha, wcześniej ogłaszali, że potrzebują dwóch ochotników. (Wydało mi się to co najmniej dziwne, że w tak profesjonalnych liniach lotniczych o najwyższym poziomie światowym, jak to na każdym kroku podkreślają, szukają pomocy dyletantów). Oferowali po 400 US$ w travels vouchers – podejrzewam że to za pomoc przy … kibelkach. Kiedyś dawno temu projektowałem tego typu pojazd dla linii Qantas. No tak, u nas w Australii to wszystko robi się automatycznie. Ale i tak mamy co chwilę zapewnienia, że korzystamy z usług najlepszej linii na świecie. Grunt to pewność siebie!

No cóż… nam się nie śpieszy. Zasiedlanie zaczyna się o 12-stej (mówiąc językiem Alternatyw 4). Hotel nad Sekwaną wcześniej nas nie przyjmie.

Jest 19.05 – ciągle stoimy, nie ma żadnej informacji że kibelek gotowy, a tu już 50-cio minutowe opóźnienie. Oj, Amerykanie…

Piszę te słowa na bieżąco, wręcz relacjonuję zaistniałą sytuację.

Po dwóch godzinach postoju i intensywnej pracy przy kibelku, kapitan ogłosił że jesteśmy gotowi do lotu. Niezłe, czwarty lot z AA i czwarte opóźnienie.

Co by nie było ... trochę popsioczyłem, ale lot odbył się gładko. Nie rzucało nad Atlantykiem. Już po północy według czasu nowojorskiego zaczęło świtać. Około pierwszej w nocy był wschód słońca, a po drugiej dostaliśmy śniadanie. Aby na dobre się przebudzić, popiłem to zimnym piwem ...belgijskim, choć byłem przekonany że otrzymam amerykański produkt.

Na europejskiej ziemi lotniska gen.de Gaulla wylądowaliśmy około czwartej, czyli dziesiątej rano czasu miejscowego. Taksówką z kierowcą o ciemnej karnacji skóry i ... w szpilkach (pierwszy raz widziałem taksiarza...pardon, taksiarkę w szpilkach), w szalonym tempie przyjechaliśmy pod hotel. Taka przyjemność, to prawie 100 naszych dolarów. Hotel przyzwoity, całkiem przytulny i wygodny. Tak jak wspominałem doba hotelowa zaczyna się w południe i hotelarz zaproponował nam spacer nad Sekwaną, która jest tuż, tuż. Może to i przyjemne ale nie po takiej nocy, która właściwe ciągle dla nas trwa. Mimo to, skorzystaliśmy z propozycji i poszliśmy na ten spacer. Kiedy tylko nadeszła upragniona godzina, udaliśmy się do pokoju na zasłużony choć krótki (aby nie stracić dnia) wypoczynek.


29 czerwiec 2004 (wtorek)

To już nasz trzeci dzień pobytu w Paryżu. Ciągle nie wychodzę rano, bo zaraz potem wychodzę się do woli. A aż takim masochistą to nie jestem. Pierwszy szok w kraju Balzaca i Napoleona doznałem korzystając z publicznej toalety, na jednym z większych dworców kolejowych Paryża. Nie dość że męska strona dosłownie wystawiona na widok publiczny (kobiety przechodziły tędy na swoją stronę), bez możliwości umycia rąk i ich osuszenia, to za tę przyjemność inkasowano 0.5 euro (2,5 zł, lub 90 aussie centów). Jest to tym bardziej szokujące, że tego typu przybytki są od niepamiętnych czasów gratis, w kraju tak dalekim od europejskiej kultury jak Austaralia, co więcej z pełnym wyposażeniem.

No cóż, co kraj to obyczaj, trzeba się będzie do tego przyzwyczaić.

Są i spore plusy, w tym bądź co bądź uroczym kraju. Takie śniadanka na przykład, jadłem tylko w Bangkoku w pięciogwiazkowym hotelu. A tu zwykła klasa turystyczna, a jedzenie że palce lizać. Może wybór nie tak wielki, ale wszystko ma wyborny smak. Poza tym, zawsze czeka świeża europejska prasa czy to francusko czy angielskojęzyczna.

No dobra, koniec ze śniadaniami, reszta jest bardzo droga. Każdy posiłek na mieście to spory wydatek. Widzę że mój dziennik robi się przewodnikiem turystycznym. Staram się pisać rano, ale ostatnio właśnie piszę tuż przed snem. Gdzież moja wieczorna lektura, czyli normalność. Po głowie chodzi mi głównie ... co tu jutro zwiedzać, jak zorganizować dzień. Gdzie najlepiej wymienić pieniądze... To już wyższa szkoła ekonomiki, trzymać cztery waluty i pamiętać gdzie się co ma.

Zrobiliśmy dobry krok wydając prawie 100 aussie$, na dwudniowy tour po Paryżu. Wysiadamy i wsiadamy przy największych atrakcjach turystycznych tego pięknego miasta. Przyznam szczerze że obcość języka sprawia, że często nie bardzo się orientuję gdzie jesteśmy. Poza tym uliczki Paryża to nie N.Y czy Toronto. Wczoraj zobaczyliśmy większość atrakcji miasta oglądając je z wysokości piętra autobusu z przewodnikiem angielskojęzycznym. Poza tym zaliczyliśmy Luwr. Piszę zaliczyliśmy, bo tak naprawdę to trzeba z tydzień aby to dokładnie zobaczyć. Do Luwru (Musee du Louvre) wchodzi się przez szklaną piramidę. Zwiedzanie sal muzealnych zaczyna się od podziemi. Są tu spore działy starożytnej sztuki: etruskiej, egipskiej, greckiej i rzymskiej. Kolekcja malarstwa i rzeźby w … 500 salach wystawowych. Największe dzieła jak: Giocondę Leonarda da Vinci, Piękną ogrodniczkę Rafaela, Portret króla Tycjana czy całą serię napoleońską zobaczyłem.

Luwr do złudzenia przypomina mi muzea watykańskie. I ta sama wolność, nikt nie zabrania filmować czy fotografować, dzieł człowieka stworzonych na przestrzeni wieków. I tu muszę złośliwie przypomnieć idiotyzmy stróżów polskich, bardzo skromnych zasobów dzieł sztuki, gdzie siostra zakonna objechała mnie za filmowanie na Jasnej Górze paru orderów …Lecha Wałęsy i temu podobnych suwenirów, sakramentalnym: tu jest zakaz filmowania. M e n t a l n o ś ć !

Paryż pod tym względem jest wspaniały. To miejsce zostawi dla potomnych niezaprzeczalne świadectwo ludzkiego atrystycznego geniuszu. A jest tego sporo, nie wszystko trafiło tu uczciwą drogą. Są dzieła zagrabione w Watykanie, czy wywiezione z Egiptu i Grecji.

Podoba mi się Francja w tym, że nie odczuwam aby Francuzi wynosili się jako pępek świata. Tego się na ulicy nie odczuwa. Choć francuskiego nie znam...

Duże wrażenie robi też wieża Eiffla. Wjeżdżamy na najwyższe piętro, z tego poziomu czyli około 300 metrów (cała wieża ma 320m) podziwialiśmy miasto. A sama wieża ma już 125 lat.

Bez przerwy zdjęcia i migawki video. No cóż w a k a c j e !

« Pomyłka | Strona główna | Andrew »