« Limeryki i humoreski | Strona główna | Pomyłka »

1 czerwca 2004

Dzienniki - czerwiec I - 2004

Mam już wszystkie hotele, tak w świecie jak i w Polsce, zarezerwowane. Wszystkie miejsca pobytu poświadczone. Kolega z pracy właśnie wrócił z wakacji na Hawajach i przywiózł mi dodatkową lekturę.

Jeszcze trzeba na początek wymienić trochę waluty, amerykańskich, kanadyjskich i euro, no i można się pakować. Najchętniej to bym poleciał już jutro. Robi się coraz chłodniej. Chociaż opadów ciągle mamy niewiele.

A święta 1 Maja, ani święta Dziecka, nie mamy w ogóle. Tak jak nie mamy Nieszporów, Majowych, Zielonych Świątek, ani pielgrzymek, ni Bożego Ciała, czy Wszystkich Świętych. Ale mamy długie lato i rozległe krajobrazy. Na ogół monotonia horyzontu, w sam raz nadająca się do kontemplacji świata i medytacji nad ludzkim bytem.

No i mało ludzi ...co też jest w pewnym sensie zaletą.


2 czerwiec 2004 (środa)

Pogoda taka, że ani psa, ani kota na ulicy nie uświadczysz. Tylko ptaki i ...ja.

Gdzieniegdzie przemknie zaspany samochód. Mokro i mglisto.

Drzewa które najwcześniej kwitną zostawiły sobie jeszcze z 10 czy 15 procent zżółkłych liści. Reszta już opadła.

A ja idę przed siebie nasiąkając skraplającą się mgłą. Idę z myślą aby jak najszybciej osiągnąć cel. Takie dni nie nastrajają górnolotnie, nawet nie średniolotnie, a wręcz bardzo przyziemnie.

Idę aby zaliczyć dystans, czas, wypełnić wolę. Idę,... bo chcę. Ale ta chęć jest z własnego przymusu. A przymus jest wypełnieniem postanowienia, że pójdę, mimo wszystko. Bo gdy pójdę, to będę się czuł lepiej. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Więc idę, zaliczam i czuję się lepiej... Chyba.

4 czerwiec 2004 (piątek)

Już rok minął od czasu kiedy na podobnym porannym marszu, powziąłem decyzję spisywać niektóre myśli swoje. J u ż r o k...

A w założeniu miałem to robić przez parę tygodni, może 2, 3 miesiące.

W zamyśle, notatki miały to być dla samego siebie, aby po paru latach sprawdzić jak zmienia się mentalność i płowieją przekonania. W tym jednak czasie los zetknął mnie ze Stanem i zacząłem publikować to, na jego internetowej witrynie. I tak jest do dzisiaj. Jak długo jeszcze ...sam nie wiem.

Jeszcze tylko tydzień pracy. Pięć dni roboczych ...i wakacje.

Abym zbytnio nie wpadł w wakacyjną euforię, postarała się ...miejscowa policja drogowa.

Wracając wczoraj przed dziesiątą wieczorem, może dwa kilometry od domu zostałem „ziluminowany” przez policję. „Koguty” policyjne z przodu i z tyłu zaczęły błyskać niebiesko-czerwonym światłem rotacyjnym. Takim samym, plus przednim reflektorem potraktował mnie motocyklista, który nagle wyrósł za mną. Przystanąłem...on za mną. Po chwili zjawił się przy mnie z pistoletowym radarem pokazując mi szybkość z jaką jechałem na ostatnim kilometrze – 81 kilometrów na godzinę. I w tym czasie zgrabnym ruchem skierował moją uwagę na znak drogowy obok którego właśnie staliśmy – 60! Starałem się coś tłumaczyć o niedokładności przyrządów pomiarowych, o granicy błędu odczytania, który bywa zwykle, plus minus dwa kilometry. Ten mnie jednak szybko ostudził mówiąc, że nawet gdy odejmie te dwa kilometry to i tak jestem dużo poza granicą kary mniejszej, a ta ustawiona jest na 74 kilometry na godzinę.

Więc po wczorajszym wieczorze jestem o 240 dolarów uboższy.

Taki jest życie... Pocieszam się jedynie tym, że już ładnych parę lat nie płaciłem za tego typu przewinienia. A były już momenty, że policjant z Victorii mógł zabrać mi prawo jazdy za jazdę 30 kilometrów ponad limit. I zależało to tylko od jego dobrej woli. Złapał mnie na 131 km/h. Pamiętam, że odjął te problematyczne 2 kilometry i mi się upiekło. To znaczy, zapłaciłem karę, ale prawo jazdy mi zostawił. Sprawa jest na tyle idiotyczna, że na tej samej drodze po minięciu granicy naszego stanu, dozwolona prędkość w Victorii automatycznie obniża się o 10 kilometrów. Z drugiej strony, to już byłem „głęboko w nowej rzeczywistości”.

Dla formalności tylko wspomnę, że właśnie tam, dużo wcześniej kiedy jeszcze policja nie posiadała takich cudownych przyrządów do pomiaru prędkości, jechałem 180 kilometrów na godzinę. To był mój rekord. Nigdy wcześniej ani później, nie jechałem z taką prędkością autem.

6 czerwiec 2004 (niedziela)

Nie jest tak źle. Poranki bardzo chłodne ale dni całkiem przyjemne i słoneczne.

Wczoraj chyba po raz trzeci oglądałem operę St. Moniuszki pt. Halka. Po raz pierwszy w sound surround i muszę przyznać, że zrobiła na mnie duże wrażenie. Muzyka pod dyrekcją A.Wicherka żywiołowa i przejmująca. Partie wokalne świetne, szczególnie utkwiły mi w pamięci arie Jontka i Janusza. Zrobiona z rozmachem na jaki Teatr Wielki może sobie pozwolić. Ile to już lat temu byłem tam na przedstawieniu... Ostatnio widziałem Teatr pięć lat temu ale tylko z zewnątrz. A z tej perspektywy, wygląda raczej ponuro. Dopiero wnętrza tworzą atmosferę dla sztuki wyższej.

8 czerwiec 2004 (wtorek)

Nie miałbym nic naprzeciwko żeby taka pogoda była całą zimę. Dwanaście stopni w nocy, a ... 23° w dzień. Niebo klarowne, tylko na wschodzie wielka pierzasta chmura wyczarowuje wschód słońca. Bezwietrznie i przyjemnie. Oby więcej takich dni.

Jadę do pracy w tempie żywych tańców węgierskich Brahmsa, a myśli krążą gdzieś po wschodnim wybrzeżu USA, czy w okolicach Pearl Harbour.

W pracy teraz jestem bardzo zajęty bo chcę wykończyć sprawy którymi się zajmowałem przez ostatni okres, aby nie pozostawić po sobie bałaganu organizacyjnego. Moja praca jest częścią większego projektu i staram się to wyklarować do piątku.

A często, zaraz po pracy na podwórku trenuję golfa (putting) i rzutki (darts). Dobra forma relaksu po wielogodzinnym siedzeniu przed ekranem komputera.

10 czerwiec 2004 (czwartek)

Przechodząc przez przymgloną ulicę poczułem zapach spalin dieslowskich, czyli oleju napędowego zwanego kiedyś ropą. Te zapachy od razu wiodą mnie do czasów dzieciństwa, smrodu autobusów, przedpotopowych ciężarówek i nielicznych traktorów. Wszystkie te pojazdy wyziewały czarne spaliny o jednakowym zapachu.

Następny etap związany z tym zapachem, to pobyt w Iraku. Przebywałem tam blisko bazy transportowej jednego z polskich campów i nawąchałem się tych aromatów. Było to praktycznie codziennością, jak smak papierosów. A tu w Australii tylko okazjonalnie spotykam się z tym zapachem. Przyczyny są dwie. Diesel ciągle jest mało popularny i zdecydowana większość pojazdów jeździ na benzynę. A druga... to od czasu mojego przyjazdu tutaj, czyli od bardzo dawna, kraj ten ma zaostrzone przepisy odnośnie zanieczyszczenia środowiska. Wszelkiego rodzaju katalizatory i inne pochłaniacze spalin są szeroko rozpowszechnione. A swoją drogą, olej napędowy też „wyszlachetniał”.

12 czerwiec 2004 (sobota)

Za paręnaście godzin wyjeżdżamy. Jeszcze się dokładnie nie spakowałem, zrobię to zaraz po powrocie z porannego marszu. Ostatni przed wyjazdem. Znowu spotkałem ibisa, tym razem prawie całkiem białego. Papugi śpiewają. Właśnie oddaliśmy naszą do sklepu zoologicznego, bo nie miałby kto się nią opiekować. Rybki dokarmi sąsiadka. Nie potrafiłem sobie odmówić wizyty w moich ulubionych zakątkach wzdłuż potoku. Teraz tu wszystko na nowo odżyło. Jest świeżo, zielono i woda szumi głośniej i wartko płynie strumień krystalicznej wody. Trochę mi będzie brakowało tego miejsca...

13 czerwiec 2004 (niedziela)

Nie łatwo jest pisać dziennik na wakacjach. Pierwsza sprawa to brak rutyny. Do tej pory wychodziłem rano z domu zaspany, dopiero w trakcie marszu dochodziłem do siebie i, albo było błyskotliwe przebudzenie mózgu, albo symptomatyczne przywoływanie rzeczywistości. A tu nie. Tu jest całkiem inaczej. Tu nie ja rządzę moim organizmem, a interesy mojej eskapady.

Wyleciałem rano w niedzielę i cały dzień w powietrzu. To znaczy, w sumie ponad jedenaście godzin. I tu znów muszę pochwalić szczerze, Qantas. Nigdzie tak dobrze się nie czuję, jak w naszych liniach powietrznych. Bardzo dobry jest British Airlines, ale Qantas, to znaczy obsługa, ma w sobie coś, czego nie uświadczysz u innych (włącznie z LOT-em), jest to opinia z dotychczasowego doświadczenia, być może ją zmienię. W sumie „zaliczyłem” kilku przewoźników i zawsze nasze australijskie linie górowały w moim mniemaniu. Dlaczego? Przede wszystkim ...uśmiechem i bezpośredniością w każdej sytuacji. U nich nie ma gorszych czy lepszych pasażerów. Czuje się serdeczność naszych dziewczyn i stewardów.

W czasie podróży lubię celebrować drobne „osiągnięcia” jak na przykład: mijanie równika, czy strefy zmiany daty, itp. Akurat teraz zbiegły mi się te momenty w jednej chwili. Oczywiście wychyliłem podwójny dżin z tonikiem (to mój ulubiony drink w samolocie). Jest to dziwne uczucie. Wylatujemy w niedzielę, lecimy cały dzień, przylatujemy przed północę i idziemy spać ...i, budzimy się znów w niedzielę rano. Niesamowita podróż w czasie. Nagle o dzień młodsi.

Co by nie mówić zaliczyłem pierwsze spotkanie z Ameryką bardzo pozytywnie. Siedzę właśnie i piszę w drugi dzień pobytu. Jest już grubo po 21-szej. Sam w hotelu. (Hotel pierwszorzędny, zamówiony przeze mnie internetowo, ryzykownie, ale bez problemów. Dobra turystyczna klasa.)

Po dniu pełnym wrażeń, rodzina zostawiła mnie samego w blasku świateł zza olbrzymiego hotelowego okna, udając się na shopping spree.

Ale wspomnijmy o samym wjeździe do USA, bo budzi to ostatnio sporo kontrowersji. A więc pierwsze spostrzeżenia. My jeszcze nie jesteśmy tak na dobre w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Hawaje, to ciągle Polinezja pod amerykańską banderą. I bardzo dobrze. Osobiście jestem zachwycony stolicą Hawai, czyli Honolulu. Miałem okazję wcześniej zapoznać się z kulturą polinezyjską i Hawaje to właśnie to.

Lecieliśmy z Sydney dystans 8150 kilometrów w osiem i pół godziny. Ponad 10 kilometrów nad ziemią w temperaturze, minus pięćdziesiąt stopni.

W samym Honolulu mieszka około 400 tysięcy ludzi z dodatkiem... 70 tysięcy turystów. Mają tyle wieżowców, że dziesięć Warszaw by nie wystarczyło, a za to historii ...tylko 150 lat.

Do Los Angeles mamy 5000 kilometrów ale to pestka w porównaniu z poprzednią trasą.

Dziś z samego rana poszedłem na swój w a l k.

Był to nietypowy spacer, około 9-tej rano. Trudno o szaleństwa kiedy się idzie spać około 2-giej w nocy, z pewną dawką alkoholu uprzednio spożytą, nie tylko w samolocie.

Idę i patrzę, przypomina mi to trochę atmosferę wyspy Bali. Ale to nie to samo. Normalność na każdym kroku, bez dziadostwa i biedy roztaczającego się w pobliżu eleganckich hoteli.Tak powinien wyglądać świat, a może to już ...raj! Na pewno nie. Taksiarz wiozący mnie do hotelu twierdził że, na pewno nie. Nie wiem czy podzielaliby tę opinię jego rodacy z Wietnamu, czy tacy na przykład Balijczycy. Z mojego punktu widzenia, Honolulu, to jedno z piękniejszych, tropikalnych miejsc na ziemi. (W sumie niewiele ich widziałem.) Czuję się tu normalnie. I o to głównie chodzi.


« Limeryki i humoreski | Strona główna | Pomyłka »