« O Unii rozmowa między Herbowym, Lódem i Gaudemusem. | Strona główna | Aussie liryka »

16 maja 2004

Dzienniki - maj II - 2004

Wygląda na to że hegemonia Billa Gatesa powoli traci solidne podstawy. Microsoft ma poważnego konkurenta i to nie IBM a... Linux.

Windows dominują na rynku od 20 lat, ale teraz wszystko się zmienia. Oczywiście przyzwyczajenia robią swoje i prywatni użytkownicy jeszcze długo będą trwali przy swoich Windows, ale firmy już zaczynają zmieniać podejście, a to ze względu na oszczędności. System Linuxa jest dużo tańszy, zwykle trzykrotnie a i bywa często... darmowy.

Wszystkie popularne programy Microsoftu mają swoje odpowiedniki w Linuxie i też są zazwyczaj za darmo. Oficjalnie dostępne w internecie. System ten poza tymi walorami ma wiele innych zalet. Potrzebuje mniej pamięci i nie poddaje się wirusom i hakerom, a jeżeli już wpada w „chorobę” , to się z niej łatwo wyleczy.

Czyżby to kończyło monopol Gatesa? Podejrzewam, że jeszcze długo nie, no... parę lat.

18 maj 2004 (wtorek)

Mgła ciężka osiadła nad ulicą. A powietrze przyjazne, niczym poduszka którą parę minut temu opuściłem. O tej porze jeszcze ciemno, głównie z powodu gęstej warstwy chmur.

Z rzadka ktoś włącza silnik swojego samochodu. Świat wydaje się spać jeszcze, a to już siódma...

Mgły pozakrywały wszystkie okoliczne wzgórza, a te zaczęły się wreszcie zielenić – późno w tym roku.

Wczoraj cały dzień siąpiło, a i dzisiaj będzie nie lepiej. Dziś powrót do pracy po długim weekendzie.

W niedzielę za to było pięknie i słonecznie. Siedzieliśmy sobie na piwku w centrum miasta, przy stoliku na zewnątrz pubu. Na przeciwko niewielki park, jesienne drzewa, a my sączyliśmy złocisty płyn. Przyjemnie było pogawędzić ze Stanem (szefem witryny www.australink.pl) i Grzegorzem, studentem z Polski, który też często gości na łamach tej witryny (reportaże, zdjęcia, wiersze). Czas przyjemnie płynął, piwo też...

Przeczytałem właśnie, że w całej Europie istnieje ujemny przyrost naturalny. Przy obecnej „dzietności”, większość narodów europejskich zacznie wymierać. Jeżeli nic się nie zmieni w tej materii, to po roku 2200-ym, ze świecą w ręku przyjdzie szukać rodowitego Polaka, czy Niemca. A rasa białych swoją liczebnością zacznie przypominać Indian amerykańskich czy australijskich Aborygenów. Kraje afrykańskie z przyrostem 5,2% i azjatyckie z około 3%, zwiększoną populacją, opanują glob.

20 maj 2004 (czwartek)

Zauważyłem, że my też mamy tu wielkie cykady, robiące tyle wrzasku w górach Grampions. Tylko, jest ich mało. Podejrzewam, że ta pora roku je zabija. Obserwowałem jedną taką, na światłach wielkiego skrzyżowania dróg w drodze do pracy.

Cykada wylądowała w kałuży na grzbiecie i przyklejona wielkimi skrzydłami do wody desperacko próbowała się uwolnić z tej niewygodnej pozycji. Walczyła tak o przetrwanie, tuż obok mojego samochodu. Wystarczyło wyjść z auta, zrobić jeden krok i pomóc zdeterminowanej cykadzie. Stałem w sporej kolumnie samochodów czekających na zielone światło i na przemian, to ze współczuciem, to z ciekawością obserwowałem jej wysiłki. Nie wyszedłem i nie pomogłem jej przekręcić się na nogi... To był traf losu dla stworzenia i nie mnie zmieniać koleje jego przeznaczenia - pomyślałem.

Płynęła uparcie z niespożytą energią na brzeg kałuży do krawężnika, ale i tu nie mogła sobie dać rady. W międzyczasie zmieniły się światła... odjechałem, zostawiając cykadę w dramatycznym położeniu. Ciągle o niej myślę...


21 maj 2004 (piątek)

Wspaniałe niebo, nieskazitelny lazur, a słońce tuż tuż za pagórkiem, gotowe na otwarcie dnia. Wszystkie wzniesienia w welonach mgły. Małe kłęby białej pary unoszą się też nad zalewem. Oj, będzie p i ę k n y dzień. Aleja topolowa już całkowicie usłana zżółkniętymi liśćmi. A ja muszę iść do pracy, co więcej - pochłania mi ona dużo więcej myśli, niż oczekiwałem. Bezczelnie wkrada mi się nawet w poranną gimnastykę mózgu jaką jest kontemplacja otaczającego mnie świata, w czasie porannego marszu. Myśli techniczne tępię w takiej sytuacji, ale one jak na złość wracają. A niech tam, ... jeszcze trzy tygodnie...

Znów dostałem miłą korespondencję, od jednego z literatów. Wiele bardzo trafnych i co dla mnie ważne... pochlebnych opinii o mojej prozie. Opinię tworzył po przeczytaniu mojej powieści, kiedy jeszcze o mnie praktycznie nic nie wiedział. Ciągle nie znam dnia kiedy wydanie tej książki nastąpi, ale myślę o tym często. Jest to moje pierwsze duże „dziecko” literackie. Robiłem trochę małych form, ale to jest coś, czym żyłem przez ponad rok. Pisałem nawet w szpitalu, przed i po operacji kręgosłupa. Rzecz z którą się zrosłem, a bohaterów mojej książki traktuję... jak dobrych znajomych. To jest przygoda twórcza nie trafiająca się często. Nagle, wśród meandrów myśli powstaje akcja i jej bohaterowie. Nie jest to oczywiście wymysł jednej nocy, czy tygodnia. Czym głębiej poznaje się swoich bohaterów, tym częściej się o nich myśli jak o żywych postaciach. Kreacja trwa w czasie pisania. I to jest to. Twórcza niepewność i fascynacja. Szkoda, że nie nachodzi mnie tak często jak na przykład Balzaka czy Kraszewskiego. Tytanów literatury piszących powieści... setkami.


23 maj 2004 (niedziela)

Młodsze dziecko ma 13 lat. Tak to już teenager... po polsku nastolatek. To tłumaczenie nie jest do końca prawdziwe, bo polski nastolatek to już jedenastolatek. Dzisiejszy „początkujący” teenager, to jak siedemnastolatek za moich czasów. Jeszcze niepełnoletni ale już świadomy. Widzę zdecydowanie różnicę między traktowaniem mnie w tym wieku, a mojej córki. Między świadomością życia mego a mojej córki. Między jej zasobem wiedzy a moim, w jej wieku. Co wszystko razem wynika z drugiego i łączy się. Dlatego jestem zdecydowanym przeciwnikiem powiedzonka:... ja w twoim wieku.... Jest to dla współczesnego pokolenia nieadekwatne i naiwne. O ile sobie dobrze przypominam, wspominałem już w tym dzienniku o tych sprawach. Jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. My, to znaczy moje pokolenie wychowane w PRL a relatywne pokolenie Australijczyków, to inne formy ukształtowania człowieka, a biorąc pod uwagę zmiany na rynku edukacji i wychowania (co wcale nie znaczy że jestem ich bezkrytycznym pochlebcą) a systemem ciągle obowiązującym w Polsce, to jeszcze większa przepaść. Szczególnie w relacjach uczeń-nauczyciel.


25 maj 2004 (wtorek)

Dochodzę do położonego nisko tuż przy stawiku, niewielkiego skwerku. Cały we mgle. Wygląda jak rozłożysta scena choreograficznie przygotowana do przedstawienia o enigmatycznej akcji. Kiedy już dotarłem do tej „sceny” i idę po niej, wrażenie niesamowitości zanika. Robi się coraz jaśniej ale deszcz wisi w powietrzu.

Na dziedzińcu szkolnym ktoś robi przeraźliwy hałas. Ręcznym odkurzaczem spalinowym zbiera nagromadzone liście. Czuję spaliny w powietrzu.

Idę dalej i po chwili spotykam w parku ibisa, który przyfrunął tu na śniadanie. Czarno-biało-szary chodzi po trawie i charakterystycznie zakrzywionym dziobem coś tam skubie. Wcale się mnie nie boi.

Ogarnąłem wzrokiem panoramę okolicy, bo właśnie dotarłem na najwyższy punkt. Tylko patrzeć jak spadnie deszcz. Raczej już nie zmoknę,... blisko dom.

Dziś w pracy przeprowadzka. Z jednego budynku do drugiego, jedno biuro zamieniam na drugie. To zjawisko nierzadkie w mojej firmie. W ogóle, to jestem ostatnio bardzo zajęty, głównie zebraniami i szkoleniami.

Ten dach nad paryskim lotniskiem nie daje mi spokoju. Ja tam za miesiąc będę lądował i wylatywał...

Czy znowu nie zatrzeszczy?

Czy przeniosą loty na ORLY?

Same znaki zapytania...


27 maj 2004 (czwartek)

Dni teraz krótkie i chłodne, więc częściej siedzę przed telewizorem. Nie żebym oglądał te reality shows, które mnie nudzą niemiłosiernie. A to zajrzę na korty Rolanda Garrosa w Paryżu (French Open), to na welodrom w Melbourne (Mistrzostwa Świata w kolarstwie torowym), ale głównie korzystam ze swego archiwum filmowego. Oglądam stare filmy Wajdy i Kieślowskiego. Wczoraj byłem w rodzącej wczesny kapitalizm Łodzi i Ziemi Obiecanej, a przedwczoraj na budowie fabryki nawozów sztucznych w czasach Gierka w filmie Blizna. Nie muszę wspominać, że obydwa filmy bardzo dobre. Choć świat pokazany tam już nie istnieje, ale ile w nim z współczesnego człowieka. Mimo czasu i postępu technicznego, ludzka mentalność niewiele się zmieniła a jeżeli już, to na gorsze. Ludzie zmienili atrybuty – jeżdżą nowoczesnymi samochodami, mają coraz lepsze komputery i telefony komórkowe, automatyzacja na każdym kroku, lubimy otaczać się luksusem (w miarę możliwości), lecz poza tym życie niewiele nas nauczyło.

Okres ten chłodny i nieprzyjemny wykorzystuje na sięganie po pozycje archiwalne. Ciągle czytam Iwaszkiewicza Sławę i chwałę. Mam jeszcze parę książek na półce nie przeczytanych, a podejrzewam, że moja podróż zaowocuje w kilkanaście nowych pozycji, zakupionych w kraju.

29 maj 2004 (sobota)

Bardzo zimno ale ładnie. A wczoraj wieczorem znów trzeba było odwołać mecze tenisowe (moje dziecko gra teraz z juniorami starszymi w wieczorne piątki) ze względu na deszcz.

Słoneczko świeci i od razu inny nastrój. Wieczorem wybieram się na mecz piłkarski pomiędzy Australią i Nową Zelandią. Już dawno nie byłem na meczu piłkarskim, ostatnio cztery lata temu w czasie Olimpiady obejrzałem parę drużyn w akcji w czasie turnieju olimpijskiego.


31 maj 2004 (poniedziałek)

Weekend był przyjemny, a to dzięki pogodzie. Ciepło i słonecznie.

Byliśmy na meczu futbolowym w sobotę wieczorem. Atmosfera widowiska imponująca, szkoda że nasi piłkarze nie dostosowali się do niej. Co prawda wygrali …ale w kiepskim stylu.

Za to w niedzielę, ja kopałem piłkę z dzieckiem i pograliśmy trochę w tenisa.

Coraz częściej myślę i czytam o sporcie, oglądam zawody sportowe, bo igrzyska olimpijskie za pasem… Jak ten czas leci. Dopiero co, olimpiada w Sydney, a tu już …Ateny.

A ja ciągle pamiętam rzymską olimpadę z 1960 roku…

W tym tygodniu z kolei napadło mnie oglądać stare koncerty Jima Morrisona, Janis Joplin, Jimi Hendrixa i Erica Claptona. Nostalgia muzyczna… Dużo naiwności i wręcz prymitywnego grania, ale są też kawałki najlepszej jakości, nie poddające się próbie czasu.

« O Unii rozmowa między Herbowym, Lódem i Gaudemusem. | Strona główna | Aussie liryka »