« Dzienniki - kwiecień II - 2004 | Strona główna | Telewiżyn »

1 maja 2004

Dzienniki - maj I - 2004

Lekki deszczyk zatrzymał mnie w domu. Trochę kłamię, bo to lenistwo...

Lenistwo usprawiedliwione. Celebrowałem wczoraj miłą wiadomość. Zostałem laureatem następnego konkursu literackiego w Polsce! I, trochę za dużo wina wypiłem.

Tym razem dostałem pierwszą nagrodę w konkursie ”O pióro oficyny wydawniczej TAD”. Ale obiecuję sobie solennie, że już więcej nie wyślę nic na konkurs. Po prostu, poszedłem za ciosem i odpowiedziałem na zaproszenie do udziału w tym konkursie jako laureat poprzedniego. Cieszę się oczywiście, w końcu ponad studwudziestu poetów wzięło w tym udział. Ale to już nie jest ta fascynacja... Pierwszy konkurs owszem, byłem bardzo podekscytowany, a teraz to już się robi rutyną. Tym razem – już koniec. Łatwo się mówi. Nie chcę być kolekcjonerem rekordów... Poezja, to nie sport. Zostawmy konkursy prawdziwym zawodnikom.

Swoją drogą, to ludzie sami nie wiedzą co chcą. Sam jestem doskonałym tego przykładem. Cóż, takie jest życie. Ma się grzędę, to marzy się cały kurnik...

A Polska od dzisiaj w Unii...

Było tych unii parę w naszej historii. Zaczęło się od Unii litewskiej.


3 maj 2004 (poniedziałek)

Chłodno i wilgotno. Drzewa znów ożyły. Europejskie, tracą powoli liście i zmieniają kolory, eukaliptusy natomiast, tracą korę; całymi płatami ściele się ona wokół drzew. Niektóre jednak ciągle kwitną zadziwiającymi kwiatami; nie znam ich nazw, niestety. A mnie krzyż boli, bo zbyt zawzięcie podcinałem krzewy w ogrodzie...

Czytam właśnie, że w pierwszych dwóch dniach rozszerzonej Unii, ponad dziewięć tysięcy Polaków wyjechało na... anglo-saksy. Tylko patrzeć a Brytyjczycy zamkną swój rynek. Moim zdaniem to i tak mała liczba poszukiwaczy pracy. Przy ponad trzymilionowym bezrobociu to kropla w morzu; świadczy to o małej operatywności przeciętnego Polaka. Ludzie ciągle czekają, że praca przyjdzie do nich. Do czego to doszło. Niewiele krajów cywilizowanych ma takie statystyki. Ponad trzy miliony ludzi jest bez pracy, co więcej, z tego 2,7 miliona nie ma prawa do ż a d n e g o zasiłku.

A politycy zapamiętale świętują swój sukces. Przecież bezrobocie, to głównie ich wina. Zamiast zmienić przepisy i ułatwiać otwarcie biznesów, ukrócić biurokrację i otworzyć rynek dla inwestorów, to oni koncentrują się na ordynacji wyborczej – co by tu zrobić, aby pozostać jeszcze kadencję...

5 maj 2004 (środa)

Pogoda zmienna, raz zimno za chwilę całkiem przyjemnie. Słońce nic sobie nie robi z kalendarza i przygrzewa. A ja chodzę po parku i nie mogę oderwać głowy od niektórych drzew. Są tak kolorowe...

Znowu kuriozum. Tym razem w Krakowie. Jestem z tymi sprawami na bieżąco, bo ciągle organizuje nasz wyjazd.

Otóż wojewoda małopolski z Krakowa, już w lutym zatwierdził, że będzie pobierał od turystów przybywających do miasta dodatkową opłatę turystyczną, za „korzystne warunki klimatyczne (??) Krakowa”. Jak od dawna wiadomo, Kraków nigdy z dobrych warunków klimatycznych nie słynął. Głównie przez swoje położenie geograficzne; wiatry zachodnie nawiewały zanieczyszczenia pyłowe i gazowe z przemysłowego Śląska. W Krakowie ponad 50 razy w ciągu roku przekraczane są dopuszczalne stężenie pyłu zawieszonego w powietrzu. Nic to... wojewoda krakowski wie lepiej, a trzy miliony złotych w kasie miejskiej, jak znalazł.

I tak to się kpi z turystów...


7 maj 2004 (piątek)

Dzisiaj rano tylko 7°C. Zimno, ale bezchmurnie i bezwietrznie. Zapowiada się piękny słoneczny dzień. Dom już trzeba podgrzewać, szczególnie rano i wieczorem. Wczoraj cały wieczór projektowałem z córką okładkę do mojej pierwszej powieści. Wydawca zapytał o jakieś preferencje czy pomysły. Owszem, mam pomysł i wczoraj właśnie go zrealizowaliśmy. Czy to przyjmie wydawca to inna sprawa...

Z tą książką, to już się ciągnie od paru lat. Napisałem to chyba w 2001-ym roku, później robiłem jeszcze autorską korektę. Następnie zacząłem podrzucać do największych wydawnictw w Polsce. Wielcy z małymi nie rozmawiają, a ponieważ nie nazywam się Miłosz ani żaden Kapuściński, więc wydać debiutanta nie chcieli. (Oczywiście, zakładałem że jestem Nikiforem literatury).

Wydawnictwa mniejsze z kolei, też najchętniej by rozmawiały z Nazwiskami, a jeżeli już z kimś mniejszym, to z finansową partycypacją sponsora (autor ma sobie znaleźć), lub w wypadku pisarzy z obszaru dolarowego, pokrycie kosztów, czyli zabezpieczenia finansowe. Dopiero później można ewentualnie odzyskiwać poniesione wkłady. Są jeszcze tacy, którzy produkują tylko książkę, a wszystko inne, czyli marketing, kolportaż, pozostawiają autorowi. Może to i dobre, kiedy się mieszka w kraju i ma się układy pozwalające rozreklamować książkę. Przynajmiej się wie, na czym się stoi.

W takiej sytuacji zdecydowałem się na wydawcę australijskiego - mam na myśli polonijnego. Zakładam że, książka wydana będzie rzetelnie (jak poprzednie książki tego wydawnictwa) i mam bezpośredni kontakt w rynkiem wydawniczym. Co prawda jest on niewielki, ale jest satysfakcja twórcza, oczywiście przy tak ograniczonym rynku na dochody nie ma co liczyć.

Znajomi literaci ostrzegali mnie, przed polskim rynkiem wdawniczym, jego metodami i sposobem pracy. Znajomości i układy są złotym środkiem na osiągnięcie sukcesu twórczego. W dzisiejszych czasach bez właściwego marketingu i reklamy najlepszy produkt przepada... Piszę w ł a ś c i w e g o bo każdy byle jaki, też skazuje produkt na półkę w magazynie.

Adam Lizakowski, pisarz polski na emigracji w USA, autor dziewięciu, czy dziesięciu książek, pisał mi, że nawet jeżeli nie lubię chodzić na ryby, jest to stokroć pożytyczniejsze zajęcie niż próba wydania książki ...

Jurek Zielonka, autor Tadzia (nagrodzonej powieści ZNAKU), podobnie się wyrażał.

Ja, już też wiem o tym dokładnie.

W sumie, będzie to już czwarta moja książka w której „istnieję”, a jednocześnie pierwsza moja własna...od tytułu do słowa: koniec...

Nie obawiam się o zawartość. Parę osób które przeczytały, stwierdziły że jest interesująca i bardzo wciąga...A byli to ludzie nie tylko z „ literackiej grządki”.

Ale jak mawiają Rosjanie: pożywjom, uwiżim...

9 maj 2004 (niedziela)

Dzień Matki! ..Mother’s Day... Zawsze obchodzony w drugą niedzielę maja, słynie z pełnych restauracji i kwiatów na każdym skrzyżowniu dróg...

Pogoda piękna, dopasowała się do dzisiejszego święta. Dzień spędzamy u mojej Mamy. Czasem chodzimy do restauracji, ale stoliki trzeba zarezerwować parę tygodni wcześniej. Więc było już za późno. Będzie u niej sporo ludzi, jak zwykle. Gwarno i wesoło. Zawsze żartuję, że u nich to jak u Matysiaków. Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi, ciągły ruch, nie jest to zjawisko częste w Australii.

Bo to ...nie ma jak u mamy... jak śpiewa Młynarski.


10 maj 2004 (poniedziałek)

Ciągle przyjemnie, ale ranki i wieczory bardzo chłodne.

Coraz częściej otrzymuję informacje o zainteresowaniu moimi dziennikami ze strony czytelników i to tak z kraju jak i stąd, z Australii. Przyjemnie, że ludzie czytają. To znaczy że mamy podobne myśli. Choć to wcale nie znaczy, że musimy mieć te same opinie. To byłoby nawet złe, musimy się trochę różnić, wtedy życie robi się ciekawsze. Zresztą, inaczej się widzi świat w wieku lat dwudziestu, a inaczej pięćdziesięciu. Doświadczenie, kochani... I pomimo ciągle młodzieńczo-wariackich pomysłów, ta druga strona (doświadzenie) podpowiada: Slow down, it is not for you...

Jako żywo pamiętam, jak w wieku lat osiemnastu traktowałem dojrzałych,... powiedzmy trzydziestolatków. Byli to w moim przekonaniu ludzie przejrzali, zwapnieni, którzy już życie przegrali. Tak wtedy myślałem. Dzisiaj zmądrzałem i wiem, że nie wiek ale mentalność czyni człowieka aktywnym. Znam młodzieńców którzy wegetują „na własne żądanie” i ludzi starszych czerpiących ciągle pełnię życia.

Pamiętam moje zaskoczenie po przyjeździe do Australii osobami starszymi i ich aktywnością. To ludzie starsi chodzili tłumnie na zabawy (i ciągle chodzą) - czy to polonusi czy Aussies. To właśnie oni są tu zagorzałymi turystami i objeżdżają świat, czy całą Australię. Starsi ciągle aktywnie uprawiają sport oraz działają w różnych klubach, czy stowarzyszeniach. Najstarszy członek klubu tenisowego do którego należy moje dziecko ma ...82 lata.

A ja przywiozłem z Polski takie błędne przeświadczenie o starości...


12 maj 2004 (środa)

Jestem trochę zbulwersowany podejściem komisji watykańskiej do spraw beatyfikacji Piusa XII. Papież, którz miał nieszczęście kierować Kościołem powszechnym w czasie II wojny światowej, ma być wkrótce wyniesiony na ołtarze. Spędził on 12 lat w Niemczech w czasie dochodzenia Hitlera do władzy, a tuż przed rozpoczęciem wojny został papieżem.

Głowa Kościoła tylko raz wyrażająca współczucie okupowanej Polsce i oficjalnie milczący w czasie masowych mordów w obozach koncentracyjnych, czy bezceremonialnie tłumionych powstaniach, ma wejść do panteonu ...świętych. Byłoby krzywdzącym nie wspomnieć o kilkuset, czy nawet kilku tysiącach Żydów uratowanych przez Watykan. Niektóre źródła mówią nawet o 850 tysiącach. Ale oficjalnie papież milczał. Przynajmniej na forum światowym. Być może był doskonałym politykiem (nie chciał drażnić hitlerowców i narażać Kościół na gorsze represje), ale co ma świętość do polityki. To nigdy nie chodziło w parze. To zwykle dwa odmienne bieguny działalności ludzkiej. Wystawić go pośmiertnie do nagrody ludzkiej, a nie Niebieskiej...Przecież świętość to symbol. W tym wypadku... czego?

14 maj 2004 (piątek)

Topole uścielały nowy dywan na trawniku. Jest bardzo jesiennie. Niebo przybiera bajeczne wzory i odcienie, szczególnie kiedy wschodzące słońce przebija się przez chmury. Rozpoczyna się najgorszy sezon. Dni coraz krótsze i chłodniejsze. Już z niecierpliwością myślę o eskapadzie, w cieplejsze okolice świata.

Jeszcze niecały miesiąc. Nasz dolar leci do dołu, co wcale nie jest obiecujące przed wyprawą, choć wszystkie wskaźniki ekonomiczne w kraju mamy doskonałe. Z tej też przyczyny mamy płacić mniejszy podatek od nowego roku finansowego, co właśnie ogłosił minister finansów. Benzyna też podrożała, już coraz częściej stoi jeden do jednego (litr benzyny za dolara). Kiedy jednak porównam ceny światowe, to ciągle nie jest źle. Benzyna w Anglii czy Holandii dochodzi (w przeliczeniu) do 6 złotych, w Polsce – 4 złote, a u nas ciągle 2.50 złotego.

Najważniejsze, że właśnie zbliża się kolejny long weekend. Poniedziałek – święto konia, jak mawiają niektórzy z ironią. Święto zwane: Adelaide Cup. Jak już kiedyś wspominałem, każde miasto ma swoją wielką gonitwę i z tej okazji dzień wolny od pracy. My mamy właśnie w poniedziałek.


« Dzienniki - kwiecień II - 2004 | Strona główna | Telewiżyn »