« Obyczaje | Strona główna | Dzienniki - maj I - 2004 »

16 kwietnia 2004

Dzienniki - kwiecień II - 2004

Wczoraj na porannym marszu........zmokłem. Muszę to odnotować, bo już zapomniałem jak wygląda deszcz. Deszcz,... wielkie słowo, to była tylko większa mżawka. Ale się zmieniło.

Dzisiaj natomiast, nie ma deszczu choć wilgotno, a pagórki okryły się welonami mgły i słońce ledwo się przeciska przez gęste chmury. Tak, zrobiło się jesiennie, mimo to jest ciepło.

Po raz pierwszy czytam powieść Iwaszkiewicza. Do tej pory poznałem powierzchownie jego poezję i krótkie rozprawy literacko-muzyczne. Tym razem rzuciłem się na Sławę i chwałę. Trzytomowa powieść, jedna z najsławniejszych w jego twórczym życiu. Facet miał talent, to się czuje po kilkunastu kartkach. No i znał temat od podszewki; sam w tym dojrzewał i przyszło mu żyć w tych trudnych czasach (akcja powieści zaczyna się w 1914 roku). Problemy i dramaty pierwszej wojny światowej. Z drugiej strony, narastający bolszewizm i konsekwencje rewolucji. Mimo, że Jarosław Iwaszkiewicz napisał tę książkę jako człowiek dojrzały, stara się widzieć rzeczywistość oczami ludzi młodych – swoich bohaterów. I to jest fascynujące. Co prawda ciągle jestem w pierwszym tomie i piszę to na podstawie przeczytanej części.

18 kwiecień 2004 (niedziela)

Wczoraj słuchałem Obrazki z wystawy Modesta Mussorgskiego. Łzy mi leciały, a ja sam nie wiedziałem dlaczego...

Czy muzyka taka?...

Czy emocje?...

Czy.....

Nie Szymanowski, nie Szopen, nie Penderecki, ale rosyjscy romantycy wyciskają mi łzy swą muzyką...

Jak to tłumaczyć ?...


20 kwiecień 2004 (wtorek)

Na pogodę ciągle nie mogę narzekać. Pomimo że poranki teraz chłodne, to dni bardzo przyjemne – 25, 26° C.

Obserwuję Polskę z perspektywy, na niewiele ponad miesiąc przed wstąpieniem do Unii i widzę że czym bliżej, tym gorzej. Cała masa ustaw nie zatwierdzonych, pełno nie zrealizowanych zobowiązań. Wszystko, czemu się nie przyjrzeć w nieładzie – a odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, nie ma. Gdzie jest rząd, gdzie ministrowie, gdzie odpowiedzialność na szczeblach regionalnych? Po co tych ludzi wybierano? Za co im płacą?

Co ciekawe, nikt tym się specjalnie nie przejmuje. Na górze odczuwa się już atmosferę świętowania, i ani śladu zafrasowania nie dotrzymaniem danego słowa, jaką była umowa wstępna w Brukseli. Już widzę nawet świetne alibi tatkiego postępowania. Oni nie dotrzymali słowa z Nicei to i my też nie musimy. I cześć...

Polska staje się typowym arabem Europy. – T o m o r r o w . . .- słowo, które znają wszyscy Arabowie, nawet ci bez znajomości angielskiego. Oni nie potrafią nic załatwić od zaraz, teraz – wszystko musi poczekać do symbolicznego jutra.

Stan Tymiński (były kandydat na fotel prezydenta RP), twierdzi, że gdyby miał raz w tygodniu półgodzinny dostęp do telewizji publicznej, mógłby wiele rzeczy zmienić na dobre. Na moje zdziwienie, że mu się jeszcze chce, twierdzi, że jak coś się wie, to grzech tym nie podzielić się z innymi. Pomimo oddalenia ciągle dusza pcha go w kierunku pro publico bono. Niestety, jest on na cenzurowanym. Napisał mi ostatnio, że praktycznie wszystkie polskie media zamknęły mu możliwość wypowiedzi. No cóż, może nie pasuje do stereotypu polskiego polityka...

21 kwiecień 2004 (środa)

Lato wcale nie ustępuje, a przecież kalendarzowo to już u nas zaawansowana jesień.

Wykorzystuję tę pogodę jak mogę. Co drugi dzień zaraz po pracy, pędzę z dzieckiem pograć w tenisa. Teraz są dwa tygodnie wakacji szkolnych, więc jest sporo czasu. Korty klubowe mamy oświetlone, ale na tych koło domu, już po szóstej wieczorem robi się ciemno. Muszę odnotować – wczoraj wygrałem. Zdarza mi się to coraz rzadziej i dlatego to tak dla mnie ważne.

Miałem sen. (Po raz drugi już chyba w tym dzienniku nawiązuję do snu).

Śniłem o ... poszukiwaniu złota. W bardzo realistycznych sytuacjach z ludźmi bliskimi, ale nie pamiętam z kim. Odbijaliśmy łupki, jakby cementowo-skałkowe, a z nich wygrzebywaliśmy lśniące oczka złotego kruszcu. Nie wszystko co mieniło się było złotem i o dziwo ja dokładnie potrafiłem rozróżnić te niuanse. Dłubałem tak jakiś czas w ziemi co prawda bez większych rezultatów, ale emocje były. I to dokładnie pamiętam.

Parę godzin później w pracy zatrzymałem się przy biurku znajomego, zagadując go o krótki urlop z którego właśnie wrócił. Ten zaczął mi opowiadać o swoim pobycie w Victorii na... „złotodajnych polach”. Okazało się że od lat jest on zapalonym poszukiwaczem złota – hobbystą. I co ciekawe, opowiadał mi swoją historię dokładnie tak samo jak ja parę godzin wcześniej przeżywałem w swoim snie, Deja-vu, powiedziałem mu. Teraz ja opowiadałem sen a on potwierdzał swoją działalnością. Jutro ma mi przynieść małe pozostałości swojej kolekcji. Nie wszystko sprzedaje, kilka ciekawych okazów zostawił sobie na pamiątkę. A miał już samorodek wielkości pięści dziecka, wartości 10 tysięcy dolarów. Niestety takie okazy na codzień się już nie trafiają.


23 kwiecień 2004 (piątek)

Tak jak zapowiadano, tak też spadło... Wczoraj, nawet obiad pod werandą jedliśmy, aby rozkoszować się szumem deszczu. Muszę przyznać; prognozy w prawie stu procentach sprawdzają się, często co do stopnia...

Dzisiaj jest już dużo chłodniej. A przed nami długi weekend. W poniedziałek ANZAC DAY. To znaczy w niedzielę, ale natura australijska nie pozwala przepuścić świąt, stąd oficjalne święto w niedzielę, ale świąteczny odpoczynek w... poniedziałek. ANZAC to pierwsze litery od: Australian-New-Zealand-Army-Corps. The ANZACs, tak nazywamy korpus połączonych armii australijsko-nowozelandzkich walczących w czasie pierwszej wojny światowej. Chrzest bojowy przeszli w 1915 roku na Gallipoli (Turcja) okupując go tysiącami ofiar (nieudolność brytyjska, o czym się na ogół nie wspomina). Stąd, dzień 25 kwietnia pozostał w pamięci współczesnych jako dzień pamięci żołnierzy australijskich walczących na różnych frontach świata. Dla informacji przytoczę, że najbardziej krwawe dla australijczyków bitwy to: Gallipoli, Frommelles, Ypres, Tobruk, Borneo, Korea, Wietnam...Dla ciekawości tylko dodam, że od niepamiętnych czasów (no może od kilkunastu lat), pokropi w ten dzień. Ciekawe, czy w tym roku tradycji stanie się zadość...I jeszcze jedno – polskie formacje wojskowe, zawsze brały udział w pochodach tego dnia, we wszystkich większych miastach. I właśnie to święto przypomina mi dawne 1-sze Maje w Polsce, z tym że tu maszerują ci co walczyli, wiwatują ich rodziny lub znajomi, a my m o ż e m y oglądać w telewizji gdy mamy ochotę.


25 kwiecień 2004 (niedziela)

Skomplikowane są meandry ludzkiej fascynacji. Taki Gombrowicz, świetny pisarz, doskonały wręcz filozof, pokomplikował sobie życie własnymi ideałami piękna, seksu i intelektu. Otoczony gorącokrwistymi Argentynkami - konkludując z jego Dzienników - pałającymi żądzą do młodego i przystojnego arystokraty (jak się sam przedstawiał) i artysty europejskiego (chociaż nie z Paryża), a on w najmniejszym stopniu, nie odwzajemniał ich atencji.

On gdzie indziej upatrywał ideał piękna i młodości. Nie śliczna, zgrabna i powabna w takowymż stroju, córa południowoamerykańskiego ludu, była jego ideałem, ale ... syn. I do tego, aby było jeszcze bardziej kinky, nie widział w nim obiektu zwykłych homoseksualnych pożądań, a raczej emocjonalne podniecenie wynikłe z piękna fizycznego i domniemanych wartości intelektualnych, których nie potrafił w żaden sposób odkryć w kobiecie. On postawił na postumencie swego bożka młodości - coś między greckimi: Erosem a Apollo – pięknego młodzieńca, gdzie duch świeżego intelektu i ciała, platonicznie nasycał zmysły jego.

Współczesnie, prof. Zbigniew Lew-Starowicz miałby nam dużo do wyjaśnienia. Tak, Gombrowicz zdecydowanie uważał wyższość intelektualną młodzieńców nad pięknem panienek. W tym kontekście myślowym, nieraz się srodze zawiódł, bo skonfundował się w praktyce, że ideał ten to nic więcej, jak wytwór jego wyobraźni. I tak budował przez lata w sobie kompleks quasi-homoseksualizmu. Nie potrafił oddzielić spraw intelektu od fiziologii życia, jaką jest popęd płciowy. Wpadł w pułapkę z własnych myśli zbudowaną. To jego Retiro powracało do niego przez całe życie. Ta fascynacja młodością na granicy bałwochwalstwa i to idealizowanie bóstwa, stworzyły mu bardzo nie komfortową sytuację duchową, z której chyba już nie mógł się wyleczyć do końca życia.

Sacrum i profanum zamknął w jednym wizerunku. I to był jego główny błąd. A na sanctum, nie było go stać...


27 kwiecień 2004 (wtorek)

Naholidejował się człowiek – trzy dni wolne. Dzisiaj znów do pracy. A bywałem w tych dniach i na grzybach (dopiero początek sezonu) i na polach złotodajnych, gdzie 150 lat temu, gorączka złota przywiodła parę tysięcy entuzjastów szybkiego dorobienia się; a tylko paru wyszło z tej harówy zwycięsko. (Tam chyba pojechałem aby zrealizować swój sen). A i fantastyczną sztukę aborygeńską oglądałem. Sklep – galeria sztuki w samym centrum miasta, z entuzjastą i znawcą przedmiotu sprzedawcą. Tak dobrym gawędziarzem, jak i instrumentalistą didżiridoo. Byłem zauroczony bajkowo kolorową ekspozycją, tak malowideł jak i przedmiotów codziennego użytku oraz instrumentów tubylczych. Od niedawna każdy artysta aborygeński używa farb akrylikowych z całą gamą ich odcieni. Kiedyś używali tylko barwników naturalnych i co za tym idzie ograniczało to ich formę wyrazu. Nie było na przykład: niebieskiego...

Złota niestety nie znalazłem i dlatego znów dziś podążam do pracy, pocieszając się myślą, że to tylko cztery dni i znów weekend...

Powracając do pierwszej wycieczki; jak zwykle zahaczyliśmy o anglikański kościółek w Yankalilla. Jest on sławny z wybrzuszeń tuż przy ołtarzu, które są ciągle takie same, ale w międzyczasie ukazały się inne objawienia. Miejscowy ksiądz (pastor), znany nam już w poprzednich odwiedzin, jak również z mediów, oprowadził nas objaśniając szczegóły związane z rzeczami niezwykłymi które zdarzają się w tym miejscu. Są to głównie dowody fotograficzne. Zdjęcia robione w kościółku, jak i w jego otoczeniu. Widać na nich wyraźnie sylwetki Jezusa czy Maryji. W dzisiejszych czasach, nawet dziecko potrafi komputerowo wykonać fotomontaż, tylko ... że są wiarygodni świadkowie (nawet niewierzący), twierdzący, że tu się coś dzieje...

Proboszcz zaprowadził nas też do salki parafialnej gdzie nad wielkim obrazem Matki Boskiej pracowała młoda artystka - malarz. Mili ludzie ci anglikanie...


29 kwiecień 2004 (czwartek)

Dosyć tego dobrego. Chłód jesienny daje mi się mocno we znaki. Gdzieś za dwa, trzy tygodnie zacznie się najgorszy okres zimna, wiatrów i deszczu. Potrwa do sierpnia a potem już będzie tylko lepiej...

Dzięki Tymińskiemu zacząłem rozróżniać liberałów od libertarianów. Był on przez pewien czas szefem tej partii w Kanadzie i choć polityka mnie nie pasjonuje zainteresowałem się samą ideą tego ruchu. Uważając powierzchownie że libertarianizm jest „zboczoną” formą liberalizmu byłem o krok od prawdy. To liberałowie poszli krok w lewo, w kierunku socjalizmu i ich dotychczasowe miejsce zajął ruch libertariański, czyli wolnościowcy – w wolnym tłumaczeniu. Kiedy ci pierwsi weszli w ślepą uliczkę „wolnościowcy” przjeli ich tory i prowadzą swój pociąg w kierunku wyidealizowanej swobody działania jednostki ludzkiej.

Idea jest piękna pod warunkiem że ma się do czynienia z podwyższoną świadomością społeczną. Absolutnie (moim zdaniem) nie nadająca się do społeczeństwa poddanego wieloletnim skażeniom „demokracji ludowej”, czy niższych form budowy społeczeństwa np. niektóre kraje azjatyckie czy afrykańskie. Generalnie, jestem zwolennikiem tego typu systemu, co więcej wierzę, że to się kiedyś zrealizuje w takiej czy bardzo podobnej formie.

« Obyczaje | Strona główna | Dzienniki - maj I - 2004 »