« Cięcia budżetowe | Strona główna | Obyczaje »

2 kwietnia 2004

Dzienniki - kwiecień II - 2004

Wczorajszy prima aprilis minął bez większych problemów, co prawda na obiad dostałem przygotowaną na talerzu...

zieloną plastykową żabę. Dziecko bardzo lubi serwować posiłki w stylu restauracyjnym, więc nie zdziwiłem się kiedy podała mi talerz zakryty specjalną pokrywą jak to zwykle robi. Tym razem była to jednak (april fools day) niespodzianka.

Wczoraj oglądałem po raz trzeci, czy czwarty film - Podwójne życie Weroniki K.Kieślowskiego.

Jest to arcydzieło o niespotykanym wręcz smaku. I to nie tylko dzieło Kieślowskiego. Każdy kto brał udział w współtworzeniu, wyrył piętno na tym obrazie. Gra aktorów, muzyka, scenografia i montaż – wszystko jest tu acydziełem. Słyszałem zewsząd fascynacje tym filmem i mimo że otrzymał I Nagrodę Krytyki w Cannes w 1991 roku, uważam, że jest filmem nie docenionym. Praca kamery, pastelowe tonacje zachwycają kompozycją kadru. Uważam ten film za największe dzieło Kieślowskiego, nawet powyżej Trzech Kolorów. Za australijskim krytykiem filmowym Davidem Strattonem wypada powiedzieć: Film zrobiony mistrzowsko. To dzieło prawdziwego artysty- filmowca. Film ten można wielokrotnie oglądać z niegasnącym podziwem.

Trzeba podkreślić rolę współtworzenia scenariusza przez K.Piesiewicza, jak również Zb. Preisnera z cudowną muzyką: E, A, C, A....E, A, C, A...


3 kwiecień 2004 (sobota)

Czuję pustkę - brak rozgrywek tenisa juniorów (przerwa), zmienia całkiem grafik dnia.

A wczoraj kolejna niespodzianka, tym razem w pracy. Dostałem coś w rodzaju dyplomu uznania, za pracę którą wykonywałem przez parę tygodni, jako oddelegowany w pokrewnej firmie (w ładnej okolicy). Przyjemnie, że o mnie pamiętają, ale... to mi pachnie pe er elemmm! Wręczył mi to wczoraj - na spotkaniu z przekąskami „załogi inżynierskiej” - dyrektor techniczny. Głupia sprawa, czym więcej indywidualizuję się w swoich poczynaniach, tym bardziej mnie doceniają. A ja wszystko robię przeciwko logice oddanego pracownika.

5 kwiecień 2004 (poniedziałek)

Pszczoły gromadnie obsiadły kwiaty lawendy i od samego rana pracowicie brzęczą, przy każdym malutkim płatku.

Poranek – marzenie. Jeżeli można sobie wyobrazić raj, to taka pogoda powinna być tam każdego ranka o siódmej.

Wczoraj już z rana wyjechaliśmy z miasta i cały dzień spędziliśmy w małej miejscowości u znajomych. Odbywał się tam festiwal celtycki. Ale my głównie oddawaliśmy się spacerom, jadle i piciu. Po zachodzie słońca wróciliśmy do domu. A dziś zrzucam te wczorajsze kalorie. Oj, ciężko... Tyle piwa i wina i, jadła i, wrażeń...

Idę ociężały. Przy szkole woda leci jak z fontanny. Olbrzymia kałuża tworzy się na dole. Patrzę wokoło, ani żywej duszy. Wróciłem się aby zakręcić wodę. Musiała długo już płynąć. Po chwili przy schodkach napotykam otwartą kratkę ściekową. Pułapka na skręcenie lub złamanie nogi. Wziąłem się i za to. Poprawiłem. Wsadzilłem na właściwe miejsce.

No, dobry początek Wielkiego Tygodnia...dwa dobre uczynki z samego rana – żartuję w myślach.

- Jeszcze, jakbyś się nie chwalił, to byłoby całkiem dobrze – powiedziałem sam do siebie.

7 kwiecień 2004 (środa)

Okazuje się że koledzy ze studiów mnie odnaleźli. Przez te moje pisanie, i gościnę na witrynie u Stana, zostałem odnaleziony. A już widniałem na liście absolwentów, jako ... nie żyjący. Krzyżyk na mnie postawiono, a tu w okolicach świąt Zmartwychwstania, takie niespodzianki. Krzycho żyje!

Żyje i ma się dobrze. Kolega mój ze studiów, Stanisław, wędrując po sieci natrafił na strony Stana – www.australink.pl i tak nawiązaliśmy kontakt. Jaki świat jest mały. Ileż to lat już minęło, ludzie porozjeżdżali się, niektórzy już odeszli na zawsze... Pamiętam szczególnie Zdzisia Pająka, który odszedł parę miesięcy temu. Razem robiliśmy pracę dyplomową, na temat zanieczyszczenia środowiska naturalnego. Wtedy były to prace pionierskie. Jeździło się po okolicy. Zbierało próbki liści, igliwia i wody. Dokumentowało się to wszystko. Wysyłało się to do Świerku, do Instytutu Badań Jądrowych w celu uradioaktywnienia. Później w laboratorium naszej uczelni dniami i nocami wyłapywało się piki poszczególnych pierwiastków. Ale dopiero po tym następowała iście benedyktyńska robota, odczytu i zliczania ilości substancji chemicznych z perforowanej taśmy (tak, kiedyś to robiło się ręcznie). Pamiętam, jak na wszystkich imprezach, których w owych czasach miałem nadzwyczaj sporo, siedziałem przy stole z kieliszkiem w jednej ręce, a w drugiej z grubą rolą taśmy i z kalkulatorem podliczając wartości azotanów, różnych tlenków i siarczków. Po tym wszystkim dopiero następowały wykresy, grafy i cała statystyka zanieczyszczeń na terenach przyległych do linii kolejowych, dróg i elektrowni węglowej jak również w wodach podskórnych na podstawie próbek ze studni. Praca niezmiernie ciekawa, szkoda że była to moja jednorazowa przygoda z environment protection.

9 kwiecień 2004 (piątek)

A święta tuż, tuż. Wczoraj był ostatni dzień pracy przed świętami. U nas Wielki Piątek (Good Friday) jest bardzo ważnym świętem i zawsze był wolny od pracy na 100%. Wszystko, dosłownie wszystko było kiedyś pozamykane w ten dzień. Teraz już się czasy zmieniają i nawet dyskoteki są pootwierane.

Choć daje się zauważyć wpływ filmu Gibsona Pasja. Wiecej się mówi o religii, o samych wydarzeniach tych dni, o czym wcześniej, jakby to było zakazane, prawie nikt nie wspominał, natomiast rozpisywano się o imprezach Wielkanocy towarzyszących od lat – wyścigom końskim na podmiejskim torze, gdzie co roku pielgrzymują dziesiątki tysięcy kampowiczów.

A ja nic, idę na długi marsz. Jest pięknie jak zwykle, już jestem do tej aury tak przyzwyczajony że nie wyobrażam sobie że może być inaczej. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał deszcz. Zielono-czerwono-niebieskie papugi robią sobie wyścigi. Oprócz śpiewu ptaków – c i s z a... A ja idę do moich sekretnych rewirów, oazy spokoju i harmonii natury. Woda w potoku płynie tak leniwie, że nie słychać wcale szumu.

Mam czas, robię półtoragodzinny marsz, dzisiaj jest specjalny dzień...Wielki Piątek.

10 kwiecień 2004 (sobota)

Wczorajszy, wręcz upalny Wielki Piątek, zaskoczył mnie tłumem w kościołach. We wszystkich religiach chrześcijańskich wczoraj o trzeciej po południu odbyły się nabożeństwa jak co roku. Takiej ilości wiernych w naszym australijskim kościele jeszcze nie widziałem. Film Gibsona robi swoje. I dobrze...

Dzisiaj w południe idziemy (co ja gadam - tu się nigdzie nie chodzi, tylko jeździ), do polskiego kościoła na święcenie pokarmów. Niestety, ta tradycja nie przyjęła się nigdzie indziej, a szkoda...

Wczoraj też, widziałem koncert poświęcony George Harrisonowi z Beatlesów. Cała masa muzyków – grali tylko jego muzykę. Muzycy, przyjaciele Georga, który umarł na raka w grudniu 2001 roku, jak również jego syn, wypisz wymaluj – cały George z lat młodzieńczych, wczuli się w romantyczną duszę wyznawcy Hare Kriszna. Była też spora grupa muzyków hinduskich z nauczycielem duchowym Georga - Ravi Shankarem. Harrison przyjeżdżał do nas, do Adelajdy jeszcze nie tak dawno, na każdy wyścig Formuły I. Pasjonowało go to. Ale już wtedy nie występował.


12 kwiecień 2004 (poniedziałek)

Bardzo ciepło. Niespotykane rzesze wiernych w kościołach w Niedzielę Wielkanocną. Podkreślają to też środki masowego przekazu.

Wczoraj, jako jedna z atrakcji świątecznych, było ujeżdżanie sportowo - rajdowego Mitsubishi. Wspólnie ze szwagrem i siostrzencem szaleliśmy na drodze. To trochę jak pobyt w lunaparku...

Trzeba przyznać, że przyśpiesza, bierze zakręty i hamuje dwa razy lepiej, niż zwykłe auto podobnej klasy. No, ale i dwa razy więcej kosztuje...

W sobotę zmarł Jacek Kaczmarski – bard Solidarności, jak go nazywano. Miał 47 lat. Próbowano go ratować – rak jednak zwyciężył. Był od zawsze związany z opozycją. Od 1981 roku na emigracji. Radio Wolna Europa, później mieszkał przez parę lat tu, w Australii.

Stworzył wiele pieśni, ze sławnymi Murami na czele. Napisał parę książek, m.in. Autoportret z kanalią. Uważam, że przyjdzie taki dzień, że będą o jego twórczości uczyć w szkołach. Za kilkanaście lat, jego dzieła będą bardziej docenione i zrozumiane. Nigdy nie byłem na jego koncercie, ani nie przeczytałem żadnej książki. Mam parę nagrań tego artysty, to wszystko... Szkoda.

14 kwiecień 2004 (środa)

Lato wyraźnie nie chce ustąpić. Od rana dwadzieścia parę stopni, a w dzień 30°C. I tak codziennie. Wcale nie unikam chłodnej mgiełki sprinklerów obficie podlewających trawniki o poranku.

Znów dostałem miłą korespondencję od kolegów ze studiów. Tym razem od Stasia i Jakuba, łącznie z fotografią ze spotkania absolwentów naszego wydziału.

Niektórych ni w ząb nie mogę rozpoznać. No cóż, czas leci... Poza tym, co najmniej cztery razy od tego czasu, diametralnie zmieniałem otoczenie, w którym zawsze była spora grupa ludzi. Ludzie ci dzielili podobny los, co ja. Teraz z perspektywy czasu, trochę mi się to wymieszało. Trzeba to będzie sobie dobrze poszufladkować.

Jednocześnie przykra wiadomość o kolejnym odejściu – Krzysiek Drela już nie żyje. Też rak... Uszczupla się nasze grono byłych studentów.

« Cięcia budżetowe | Strona główna | Obyczaje »