« Bodyguard | Strona główna | Żongler »

2 marca 2004

Dzienniki - marzec II - 2004

Hiszpania goi rany.

Świat cywilizowany dyplomatycznie opłakuje. Dyplomatycznie – bo natura ludzka jest taka, że dopóki nie poczuje krzywdy na własnej skórze, to tragedii w osobistej formie nie odczuwa. Tym bardziej, że najnowsza historia obfituje w najróżniejsze akty szaleństwa i zdążyliśmy się „uodpornić”.

Tak jak pierwszą wojnę światową można zaliczyć jeszcze do wojen „humanitarnych”, to już w tym samym czasie u wschodnich sąsiadów towarzysz Stalin „rozpruł worek”. Rozpoczął politykę terroru w którą wpisał martyrologię człowieka współczesnego: sztuczny głód na Ukrainie, masowe wywózki na Sybir, mordy w Katyniu i innych miejscach, czystki (w sumie oszacowano 50 milionów ofiar). A później już poszło jak z płatka – Hitler (35 milionów ofiar), akty terroru nasilające się w latach siedemdziesiątych, plus Pol-Pot z 3-ma milionami ofiar w Kambodży, w końcu wojny regionalne i apogeum terroryzmu... Po trzydziestu latach idące coraz to nowymi ścieżkami zbrodni.

Co więcej – zapowiadają takie, że ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało...

Nudzić się nie będziemy...

Jedyne rozwiązanie - przymusowa szczepionka ż y c i a. Wszyscy ziemianie musieliby się zaszczepić genami potrzeby życia, podwyższoną świadomością bytu. Wstrętem przeciwko samodestrukcji i zabijaniu innych. Przecież przy współczesnej wiedzy takie geny łatwo wydzielić i zmodyfikować. Problem w tym, że wielu za żadne skarby nie poddałoby się dobrowolnemu szczepieniu taką szczepionką. Trzeba by organizować łapanki. Dopóki życie dla niektórych (coraz większej grupy), znaczy tyle co wczorajszy posiłek, dopóty akty zagłady będziemy oglądać. Niestety, często.


17 marzec 2004 (środa)

Drzewa i krzewy przygotowały się ostatecznie do jesieni. Liście co prawda ciągle na drzewach ale już co niektóre odpowiedniego koloru nabrały, a i owoców różnorakich wśród nich pełno. Mijam je po drodze. Drzewko karłowate ubrane w niewielkie ... truskawki, które nimi nie są, ale je do złudzenia imitują. Małe truskawki lub spore niedojrzałe jeszcze poziomki. Są drzewa jarzębinowe (z wyglądu) z owocem koloru sepii. Jedyny dąb (niewielkie jeszcze drzewko) stracił już prawie wszystkie żołędzie. I pnącza bungawilly już od kilku tygodni w pełnej krasie. Niskie krzewy płoszące się przy gruncie zdobne ognistymi borówkami, które też do zludzenia przypominają jarzębinę, pięknie dekorują okolicę.

U mnie na podwórku zapowiadają się pierwsze daktyle. Palma, przed paru laty przypominała stokrotkę, teraz rozrosła się i zaczęła właśnie owocować. Narazie są to kiście małych żółciutkich ziarenek. Później przeobrażą się w czerwonawe słotkie i syte owoce.

Pamiętam dawne czasy w Iraku, owoce te stanowiły doskonałą zakąskę do ...Johnny Walkera.

19 marzec 2004 (piątek)

Od dłuższego czasu, pogoda – marzenie.

Chyba nie pójdę na „Pasję”. Z tych samych względów, nigdy nie zwiedziłem obozu w Oświęcimiu, ani podobnych miejsc. Film, z tego co słyszę zrobiony z pasją do niebotycznej masakry, a nie do majstersztyku kina. Miejsca kaźni odbieram podobnie – ja o nich wiem, czytałem to i owo, widziałem repotaże czy fotografie, ale nie mogę zmusić się do przebywania oko w oko z tym wynaturzeniem. W imię jakich celów? Czym miało to by być umotywowane? Osiągnięciem wrażeń?... Jakich?!

W lekturze historycznej właśnie pogrzebałem Jana III Sobieskiego i przeleciałem przez panowanie Augusta II (Sasa) przerwanym w między czasie niecałym, sześcioletnim królowaniem Stanisława Leszczyńskiego. Ostatnie lata Sobieskiego rozpoczynały najgorszy okres w historii Polski. Nie jestem pewien kiedy ta passa się skończyła. Czy w roku 1918-ym, czy 1989-ym, czy ...ciągle trwa. Przypomiał mi się cytat z trochę późniejszego okresu, kiedy Lucchesini, ambasador króla pruskiego przy Stanisławie Auguście (ostatnim polskim królu), pisał do swojego monarchy:

„Pozwólmy Polakom robić co sami zechcą. W ten sposób doznają większej szkody, niż moglibyśmy im wyrządzić naszymi intrygami.”

No i co tu dodać jako komentarz ?


20 marzec 2004 (sobota)

Robię retrospekcje z poprzednich wojaży. Siedzę i oglądam domowe video z pobytu w Rzymie. Jestem wręcz zachwycony Panteonem. Śpiący brudny nądzarz na bruku, tuż przy świątyni Agrypiny zbudowanej w 27 roku p.n.e. Pod filarami tego przybytku zaadaptowanego później na świątynię chrześcijańską, telewizja włoska przeprowadza wywiad z kimś ważnym i pachnącym, a wokoło kręci się przygarbiona (palestyńska?) żebraczka. Istny rzymski młyn kontrastów. Mam podobnych scen z życia sporo. Pamiątki z różnych miejsc, a i uroczystości co niemiara. Nasze życie w kapsułce.

Nagrywam na video już od 17-tu lat. Spotkania Bractwa Kurkowego na Wawelu, to następny złoty fragment w mojej kolekcji. Muzeum Watykańskie, geizery i wodospady, kolorowe ceremonie buddyjskie. Nazbierało się tego...

22 marzec 2004 (poniedziałek)

Już od paru dni, na poranny marsz zakładam „długi rękaw”, ale do pracy chodzę ciągle w krótkim.

Jest ciepło – polskie lato, jak ja to nazywam. Anglicy mówią: indian summer, bo takie nie kończące się, z temperaturami do 30° w dzień, a noce i poranki chłodne.

Sobotę spędziłem przy i na plaży. Woda w zatoce tak ciepła, że żałowałem braku „kostiumu”.

Kilku amatorów kitesurfingu uganiało się z wiatrem na falach. Kitesurfing, zwany czasami w Polsce kajtowaniem, czy kitowaniem, to jazda na desce wodnej z podczepionym latawcem w kształcie małego spadochronu. Bardzo u nas popularne, szczególnie na miejskich plażach, ze względu na brak wielkich fal do uprawiania tradycyjnego surfingu. A sobota była jakby wymarzonym dniem na takie atrakcje. Podobnie zresztą i w niedzielę. Właściwie to teraz wszystkie dni są bardzo do siebie podobne pod względem aury, aż się nie chce pracować...


24 marzec 2004 (środa)

Co jakiś czas, puka do mych drzwi panienka oferująca uszczęśliwienie mnie telewizją kablową, lub satelitarną. Zwykle zaczyna swój monolog od narzekania, jaka to zła ta nasza telewizja tradycyjna (3 kanały komercjalne i dwa rządowe). I w tym momencie zawsze jej przyznaję rację. Później, zaczyna roztaczać przede mną uroki swojej oferty, wspominając delikatnie, że jestem jednym z niewielu którzy nie dostąpili jeszcze tego dobrodziejstwa. W tym momencie płonę ze wstydu, że za jedyne kilkanaście baksów chcą mnie uszczęśliwić a ja się opieram. Na nic się zdają tłumaczenia, że ja bardzo rzadko oglądam telewizję, a ten limit czasowy przeznaczony na szklany ekran, zawsze wypełnię czymś ciekawym dla mnie – szczególnie SBS, gdzie i moją ukochaną lekkoatletykę często pokazują jak i dobrą piłkę nożną, nie mówiąc o programach tzw. popularno-naukowych, krajoznawczych, artystyczno-muzycznych i filmowych.

A i ABC nie jest taka zła (trochę zbyt angielska). Nigdzie na kablówce nie zobaczę filmu irańskiego czy na przykład ...z Portugalii. A te właśnie kinematografie mają coś do powiedzenia oryginalnego i artystycznego. Oczywiście nie tłumaczę tego wszystkiego panience, bo sprawy te są dla niej niepojęte i wcale się jej nie dziwię, bo i skąd ma to wiedzieć.

Osóbka ta chwyta się ostatniej deski ratunku, zgadzając się z moim brakiem miłości do telewizji, ale jednocześnie poddając myśl, że prawdopodobnie żona czy córka byłyby tym zainteresowane. Ja ją bezczelnie miażdżę stwierdzeniem, że one właśnie uwielbiają tą naszą darmową telewizję i są nią w pełni usatysfakcjonowane. I w tym momencie panienki dzielą się na te bardziej odporne, co to z niezmiennym uśmiechem dziękują za mój „cenny” czas i odchodzą, oraz na te, którym uśmiech całkiem z twarzy znika, ale grzecznie dziękują, żegnając się nie ukrywawszy zdziwienia moją upartością.

Panienka ta, natchnęła mnie również do napisania felietonu, który zaraz po tym na pewno spłodzę.


26 marzec 2004 (piątek)

Znów bardzo ciepło, ale drzewa z dnia na dzień przebierają się w odmienne kolory. Jeszcze parę dni temu dominowała zieleń, teraz pełno czerwieni. Oczywiście dotyczy to drzew, które zrzucają liście. Większość z nich nie zmienia się w ogóle. Te które były zwiastunami wiosny teraz gwałtownie przypominają o jesieni.

Na internecie wskoczyłem na moją dawną średnią szkołę. Tu okazuje się, że moja samochodówka obchodzi w tym roku stulecie istnienia. Oczywiście sto lat temu nie nazywała się: Technikum Samochodowe, tylko Mechaniczne czy czymś w tym rodzaju, ale profil utrzymuje. Szkoda, że nie będę mógł być na zjeździe absolwentów w październiku. Znalazłem tylko jednego „profesora” z tamtych czasów, który akurat mnie nie uczył, ale był opiekunem naszego zespołu big-beatowego. Grałem wtedy na basówce. Tak w grze jak i w szkole orłem nie byłem. Dwóje się niestety zdarzały, więc ojciec mój, zabronił mi uczestnictwa w próbach zespołu. Wyżej wspomniany profesor osobiście fatygował się do mojego domu, aby wyprosić mój udział. Ojciec ulegał i tak grałem dalej, ale i wyniki poprawiałem bo odsiadka w tej samej klasie, nigdy mi się nie zdarzyła.

Tak, to już tyle lat minęło od studniówki i egzaminów maturalnych. Na balu absolwentów niestety nie będę... Trzeba im wysłać pozdrowienia.


28 marzec 2004 (niedziela)

Dzisiaj dzień się później zaczął, o godzinę czas przestawiony. Jest gorąco od samego rana, w południe ma być zmiana i ochłodzenie. Wczoraj tenis, dzisiaj tenis... Po porannych meczach finałowych w sąsiedniej dzielnicy, była wieczorna prezentacja w klubie macierzystym dziecka. Przyjemnie było, znów sporo trofeów. Dzisiaj kolejne zawody w innej części miasta.

A propos zmiany czasu. Dobry przykład jak można urządzać życie. Jeszcze raz mówię: jak się ludzie umówią, tak będzie...

Zmieniają czas bez szemrania i udają że jest inna godzina, niż wczoraj o tej samej porze. Przecież podobnie można się umówić na inne usprawnienia życia społecznego. Na przykład: dlaczego... nie umówić się że chrześcijaństwo i islam to jest to samo. Albo, że wszystkie dobra wyprodukowane ostatniego lutego, roku przestępnego – czyli co cztery lata wraz z całym dochodem, trzydzieści najbogatszych krajów świata, przeznacza dla 50-ciu najbiedniejszych społeczeństw. (Dobrze to wykombinowałem, w tym roku była to ...niedziela). Itd, itp...Jak się ludzie umówią... problem w tym, że coraz rzadziej zdarza się im umówić...


29 marzec 2004 (poniedziałek)

Poranek słoneczny, bo czas zmieniony. Znów się złapałem, że myślę o pracy. A kysz, do not worry about that!

Jest nas siedmiu inżynierów w zespole. Siedmiu wspaniałych do specjalnych poruczeń. Towarzystwo międzynarodowe – jest Hindus, Cypryjczyk, Jugol, Malezyjczyk, Szkot, Greko-Italian i ja ...Polak. Często bywa wesoło, a na ogół pracujemy indywidualnie, lub w luźno powiązanym zespole. Nie ma tzw. dociskania śruby. Mam szczęście, bo współpracuję z ludźmi potrafiącymi wyważyć potrzeby życia. Sporo moich wierszy powstało właśnie tutaj. A przypomniał mi się jeden z wczesnych, kiedy też tu właśnie pracowałem. Wiersz ten, ukazał się parę lat temu w krakowskim Dzienniku Polskim .

WIELOPOLE

Pozdrowienia od rana

- How are you today -

przemieszane z zapachem

kawy Moccona.

Moje biuro budzi sie
do życia a ja pędzę
na Wielopole
zobaczyć jak śpicie.
Szybkość zawrotna
17 tysięcy kilometrów na minutę
i już, już...
okno się odsłania

- o, u was dziś śnieżyca
niebo gwiaździste
tylko z wieży brakuje hejnału.
Świeży news, witryna Polaków

www (kropka) dziennik (kropka) kraków

wszystkie wiadomości
z kraju i ze świata
połykam na drugie śniadanie.

W porze lunchu... wyjechały
pierwsze tramwaje, jakiś gość biegnie
pewnie na pierwszą zmianę,

ja przeżuwam magazyn, pejzaż i kulturę.

Już całkiem widno... gdyby się
udało przerzucić wam wiązkę promieni
które nas tu zwęglają.

Zaludnia się Wielopole
dzień się na dobre zaczął
ja wlaśnie kończę pracę,
może powinienem zacząć.

Moj kolega Grek cypryjski
tak raczy żartować że,
nie po to tak daleko jechał
aby tu harować.

Ja stwierdzam nieśmiało

- mnie sie dalej jechało.

31 marzec 2004 (środa)

Orzeźwiający chłód i blask pełnego dnia idzie ze mną krok w krok. Jesiennie i melancholijnie.

Krzewy bottle-brush zakwitły po raz drugi. Już nie takimi dorodnymi, czerwonymi wyciorami jak to robiły na wiosnę, ale skomniejszymi, ...do czyszczenia małych butelek, w sam raz.

Mam informację od wydawcy, że ukazuje się książeczka Na progu wiosny, gdzie znajduje się chyba 20 moich wierszy. Za tydzień powinienem ją otrzymać. Ciekawy jestem jej szaty graficznej.

To jest jednak fascynujące ...na progu wiosny, wśród więdnących liści jesieni...


« Bodyguard | Strona główna | Żongler »