« Dzienniki - luty II - 2004 | Strona główna | Bodyguard »

1 marca 2004

Dzienniki - marzec I - 2004

...Wierzę ... w ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

Popularne słowa modlitwy. Wymawiane przez miliardy ludzi na przestrzeni wieków. Ilu z nich naprawdę wierzyło (i pragnęło),...

ciała zmartwychwstanie. Czy to było powodem umartwienia się, nadziei i poświęcenia, pragnieniem połączenia się z Bogiem. Przecież Bóg nie ma ciała. I nigdy nie miał. Chrystus przybrał ciało aby sugestywnie uzmysłowić Apostołom cud Zmartwychwstania i „osobiście” przekonać ludzi do Słowa Bożego. Ale dlaczego my mielibyśmy przybierać znów ludzką formę ciała. Ciała, które bywa powodem tylu zmarwień, upokorzeń, chorób, bólu i zła. I w tym życiu po życiu, znów mielibyśmy ubierać maski, które byłyby co najmniej kontrowersyjnym atrybutem, tak zbędnym, wręcz utrudniającym osiągnięcie stanu wiecznego szczęścia. Po co nam ten zbędny balast. Poza tym, przyoblekając ciało musielibyśmy żyć fizycznie, a to już wyklucza pełnię szczęścia. Co do miejsca w przestrzeni kosmicznej, jest go tak dużo, że fizycznie byłoby to możliwe. Ale czy to o taki RAJ chodzi ?

Człowiek kocha doczesne życie i na ogół z wielkim trudem z nim się rozstaje. Są tacy, którzy zapewnili sobie konserwację ciała, aby w niedalekiej przyszłości dzięki nowoczesnej medycynie, znów odżyć – czyli na swój sposób ... zmartwychwstać. Im wystarcza życie na ziemi, wśród bólu, niesprawiedliwości, gwałtu. Ich to nie dotyczy – oni są b o g a c i . Należą do elity – mierząc miarką ludzką. Im taki raj w zupełności wystarczy.

Dziwne, jak ludzie przywiązują wagę do ciała w relacjach wiary. Ze słów pacierza wnioskować można, że ród ludzki nie wierzy w pełnię szczęścia w wymiarze duchowym. Potrzebuje do tego bytu fizycznego. Mając próbkę raju w wykonaniu Adama i Ewy, powinniśmy raz na zawsze wyperswadować sobie możliwość szczęśliwości fizycznej – w każdym razie w wydaniu rajskim!

3 marzec 2004 (środa)

Czerwono-granatowe niebo poranka wita w wymyślnych deseniach i kształtach. Słońce wstaje później, gdzieś pod koniec mojego marszu, po siódmej. Zwykle niebo bywa takie na jesieni czy zimą, a tu przecież ciągle lato. Ciepły poranek, a w dzień kolejne 40 stopni. Ale tak będzie już coraz rzadziej.

Mój główny komputer wrócił do normy – ja też.

Ostatnio sporo artykułów w polskiej prasie o płk.Kuklińskim, który zmarł parę dni temu w Waszyngtonie.

Wypowiadają się o nim mniej lub bardziej znajomi, na ogół w tonie pochwalnym, choć wyczuwam że część z nich robi to według tradycji, że o zmarłych źle się nie mówi.

Nie chciałbym przeżyć tego co ten człowiek przeżył, a szczególnie, kiedy już był po tamtej stronie. Trzeba naprawdę silnego charakteru, aby się nie załamać. W takiej sytuacji, zbawienną jest wczesna śmierć. On niestety musiał tego wszystkiego słuchać, to wszystko oglądać i przeżywać. Dramat i horror życia.

Do Piłsudskiego, Kościuszki i paru innych postaci za życia kontrowersyjnych, dołączył i On.

Niech Historia się z nim sprawiedliwie rozliczy.


5 marzec 2004 (piątek)

Ciągle ciepło. Wczoraj znów było w pobliżu czterdziestki. Ale i w gospodarce ciepło. Nigdy jeszcze w moim czasie 22 lat nie były tak dobre wskaźniki gospodarki w tym kraju jak ostatnio. Prosperity naszego stanu jak i całej Australii trwa.

Miewam często telefony z ofertami pracy – to z racji mojego niedawnego statusu: wolnego strzelca. Przez ostatnie siedem lat w ten sposób zarobkowałem, a od paru miesięcy znów „wziąłem ślub” z jedną firmą. Pracując z pozycji wolnego najmity można zarobić więcej, ale też bywa czasem bardziej stresujące. Jak wszędzie – są plusy i minusy.


Zakończyłem wstępną selekcję hoteli i tras wycieczkowych. (Nie mogę się powstrzymać od dygresji: Przepisując tę stronę słucham tak wspaniałego jazzu Art Blakey’a, Horace’go Silver i paru innych, że aż mi ciarki przechodzą). Wszystkie szpargały dotyczące podróży chwilowo odrzuciłem i teraz mogę poczytać coś trwalszego niż foldery i mapy. Rzuciłem się na zbiór wierszy M.Baterowicza pt. Z tamtej strony drzewa. Zbiór z okresu 1968-1996. Nie będę pisał na tym miejscu eseju krytycznego, do którego prawdę mówiąc nie jestem zdolny, z prostej przyczyny – moje kwalifikacje zawodowe to sprawy techniczne, nie filologia, a staram się też trzymać tego co pisał Gombrowicz: „Opisuj tylko swoje reakcje. Nigdy nie pisz o autorze ani o dziele – tylko o sobie w konfrontacji z dziełem albo z autorem. O sobie wolno ci pisać”. Napiszę więc, że dobrze się czuję czytając te wiersze. Dobrze, to nie znaczy: sielsko, beztrosko czy wakacyjnie.

W trywialności życia codziennego, człowiek potrzebuje innej strawy, strawy intelektualnej, szczyptę humanizmu przyprawioną poetyką. I to jest to dobre samopoczucie.

Przytoczę tylko fragment jednego z wielu bliskich mi wierszy pt. Kłos i spiż.

...w krainie milczących wodzirejów

czcicieli muzealnych ksiąg

kustosz jak Hamlet waży słowa

dzieląc na czworo prawdy kłos.


7 marzec 2004 (niedziela)

Nie wspominałem, że już od dwóch tygodni mamy Festiwal Sztuki w Adelajdzie. Są muzycy, teatry ze świata, kabarety, wernisaże, happeningi i cała masa różnych imprez.

Wczoraj wieczorem słuchałem koncertu naszej orkiestry symfonicznej, której muszę przyznać jestem wielkim sympatykiem. Grali między innymi Szostakowicza – Symfonię i Bacha: Wariacje Goldberga przerobione na smyczki. Jak zwykle robią to precyzyjnie i z wyczuciem tej specyficznej muzyki.

Nie czas niestety na pełniejszy udział w tych imprezach, a jest ich do wyboru, we wszystkich salach koncertowych i estradach miasta, w teatrach a nawet w Ogrodzie Botanicznym.

Parę dni temu występowali Fleetwood Mac. Też ich bardzo lubię, ale i tę przyjemność ominąłem. Niestety, nie wszystko na raz...

9 marzec 2004 (wtorek)

Wczorajsze święto kobiet minęło bez echa. To znaczy wspomnieli rano w radio o tym, że coś takiego dzisiaj jest i to wszystko. Tu nie ma żadnych tradycji związanych z tym świętem, a do niedawna nawet o nim nie wspominali.

Co innego pochłaniało uwagę mieszkańców miasta. Spadł ...deszcz i to akurat w czasie gaszenia pożaru buszu na okolicznych wzgórzach (był widoczny z naszego podwórka). Jednocześnie z powodu pożaru wokół linii wysokiego napięcia nie było dostawy prądu do sporej części miasta przez dwie godziny co spowodowało milionowe straty, jak szybko oszacowali.

A dziś chłodno i ciemno. Gęsta warstwa chmur rozgoszczonych na naszym niebie robi swoje. No i dzień jakby krótszy. Jest świeżo, nie czuje się wczorajszej spalenizny i dymu. Wszystko to przeminęło z wiatrem.


10 marzec 2004 (środa)

Przenikliwe zimno. Tylko 12°C. Biegnę aby się rozgrzać. Uderza mnie swąd spalenizny. To rozgrzana ziemia oddaje atmosferze, ten zapach po pożarze sprzed dwóch dni. Stawy parują niczym Mickiewiczowski Świteź. Przybrały dziwny, mydlinowy kolor i osnuły się lekką mgiełką. To wszystko z powodu chłodnego powietrza. Czyżby już jesień..?

Idąc dalej czuję zapach perfum. Tak, w tym miejscu codziennie wsiada do swojego samochodu jakaś kobieta. To jej perfumy.

Często wyłapuję te zapachy – męskiej wody kolońskiej, czy damskich perfum, choć śladu po „wykropionych” już nie ma. Tylko ten zapach. Nie ma wiatru i zostaje to w powietrzu na dłużej. A ja, jak ten pies ... niucham.


12 marzec 2004 (piątek)


Przeczytałem wczoraj niezmiernie interesujący fragment wykładu prof. Stefana W. Alexandrowicza pt. Historia w milionach i miliardach lat – opowieść o czasie.

Otóż uczony ten w celu uświadomienia nam, zwykłym zjadaczom chleba jak ród ludzki ma się do wieku naszej planety, ujął całe 4,6 miliarda lat istnienia Ziemi, jako jeden rok, czyli 365 dni. Operując miesiącami opowiada nam, kiedy i jak kształtował się układ kontynentów, skał, bogactwa mineralne, warunki klimatyczne, no i my. I tak, pierwsze ślady życia w formie bakterii pojawiły się na początku kwietnia, czyli przed 3,5 miliarda lat temu. Pod koniec lipca (2 miliardy lat temu), powstaje atmosfera tlenowa potrzebująca około miliarda lat do pełnego uformowania. Po październikowym oblodzeniu świata (globalne oziębienie), w listopadzie następuje ponowne odrodzenie fauny i flory. Pod koniec listopada ukształtowały się w obecnej formie: niektóre łańcuchy górskie, morza i kontynenty. Na początku grudnia (dopiero) powstaje gleba, wtedy też powstały m.in: Sudety i Góry Świętokrzyskie. W tydzień później, powstaje śródlądowe morze na terenie m.in: Polski i Niemiec, a intensywna działalność wulkaniczna tworzy Wyżynę Krakowską i parę innych. A około 10 grudnia kolejna katastrofa ekologiczna (gigantyczne erupcje na Syberii), powoduje „zacienienie” i zatrucie środowiska, a to wymarcie wielu gatunków roślin i zwierząt. Ale to nie było jeszcze erą dizonaurów. Dopiero po tym zaczęły się one rozwijać i różnicować. Około 18 grudnia pojawiły się pierwsze ssaki. Przychodzi drugi dzień świąt Bożego Narodzenia i następuje kolejna katastrofa ekologiczna (meteoryt lub planetoida). Ginie 60-70% zamieszkałych wówczas ziemię gatunków. Ostatnie pięć dni roku to okres wielkich zmian ukształtowania ziemi. Wtedy wypiętrzyły się Alpy i Apeniny, Karpaty i Kaukaz. A wyschnięte morze na 2 dni przed zakończeniem roku zostawia pokłady soli w Wieliczce i Bochni. Ssaki zdominowały ląd, a 30 grudnia w południe wyodrębniły się ...ssaki naczelne. Następnego dnia o czternastej rozeszły się drogi praczłowieka i szympansa. Przed upływem godziny pojawił się Australopitecus – pierwszy poruszający się na dwóch nogach. Na dwie godziny przed zakończeniem roku następuje czwartorzędowa epoka lodowcowa. Około 250 tysięcy lat temu, czyli pół godziny przed północą w Europie pojawia się człowiek neandertalski, posiadający umiejętność wytwarzania narzędzi krzemiennych, kostnych i drewnianych. Człowiek współczesny czyli Homo sapiens pojawia się „na pięć minut przed północą”.

Całe nasze dzedzictwo – to pięć minut w skali roku. Historia starożytnego Egiptu, to tylko pół minuty do końca roku. Natomiast era chrześcijaństwa,czyli narodzenie Chrystusa przypada 14 sekund przed północą. I na koniec: państwo polskie istnieje w tej skali ...7 sekund. Niezłe co...

I cóż my z naszą egzystencją - oka mgnieniem - czyli pół sekundą. Czy mamy prawo decydować o losach świata?

Jesteśmy tylko kroplą wody w oceanie i powinniśmy dbać tylko o to, aby godnie wyparować.

14 marzec 2004 (niedziela)

Znowu tydzień pod znakiem tenisa. Finały ligi, finały turnieju klubowego. W obydwu dziecko spisuje się bardzo dobrze, ale ja przy okazji stresuję się strasznie. Spędzamy na kortach, tak część soboty jak i niedzieli. Jak ci rodzice sławnych tenisistów wytrzymują?...

Pogoda wspaniała, jak w sam raz. Oczekuję, że tak będzie aż do końca kwietnia. Codziennie ponad 25 do 28-miu stopni. Słonecznie i ciepło.


« Dzienniki - luty II - 2004 | Strona główna | Bodyguard »