« Obcokrajowcy | Strona główna | Dzienniki - marzec I - 2004 »

16 lutego 2004

Dzienniki - luty II - 2004

Rozpisałem się o temperaturach, ale o czym tu pisać jak wokoło skwar.

Wczoraj podobnie, co prawda „tylko” czterdzieści ale za to bardziej wilgotno, a wtedy człowiek „pływa”, jak w tropiku. Wczoraj dodatkowo mieliśmy imprezę. Byli sąsiedzi (już o nich wspominałem kiedyś), Holendrzy, zaprosili nas do swego kościoła na uroczystość Poświęcenia Bogu swych dzieci i domu – na lunch. Mają trójkę uroczych urwisów, i w formie uroczystego błogosławieństwa przed audytorium parafian dziękowali Bogu za ten dar. Mieliśmy okazję uczestniczenia w niedzielnym spotkaniu religijnym Połączonego Kościoła Protestanckiego (Uniting Church). Piszę – spotkaniu – bo oni nie odprawiają mszy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, choć dzielą się chlebem i winem (trochę przypomina kompot rabarbarowy), w symbolicznej formie Ostatniej Wieczerzy. Imponujące są te ich spotkania, chociaż w formie wyjątkowo luźnej (nawet na warunki katolicyzmu australijskiego), gromadzą się ku chwale Boga i wspólnoty, która trzyma wyjątkowo bliskie więzi. Spontaniczne śpiewy – główna część ponad półtoragodzinnej liturgii – wykonane w atrakcyjnej i nowoczesnej formie. „Kazanie” ze względu na użycie najnowszych technik komputerowych, do złudzenia kojarzy mi się ze szkoleniami zawodowymi, czy zebraniami w pracy. Ludzie nadwymiar życzliwi, podobnie, choć chyba bardziej niż w naszej społeczności katolicyzmu australijskiego (polonijny, ciągle jest przedłużeniem krajowych pokazów mody, szpanu i sztywniactwa).

Uniting Church został utworzony w Australii w 1977 roku z trzech Kościołów: The Congregation Union of Australia, Metodystów i Prezbiterianów. Jest on trzecim po Katolikach i Anglikanach, pod względem liczebności wiernych. Po nabożeństwie lunch u Holendrów, a gości chyba z pół kościoła było. Każdy przyniósł swoje krzesła, dzieciarnia szalała w brodzikach z wodą i wodnymi pistoletami, starsi rozmawiali i było wesoło.Miałem okazję pogadać trochę z ich pastorem. Wesoły chłopak – mogę tak powiedzieć bo jest z dwadzieścia lat młodszy i pełen werwy młody tatuś. Jak zwykle pojęcie jego ukierunkowane jest na tu i teraz i niewiele wie o historii Kościoła w ogóle, ale czy to mu jest do szczęścia potrzebne. Chyba nie!

Jedno co mi się nie podoba. O n i w c a l e n i e p i j ą.

Kto to słyszał bawić się bez alkoholu...


18 luty 2004 (środa)

Nie ma nic lepszego na zrelaksowanie się, niż ręczne podlewanie ogródka. Strumień wody z węża powracający do życia krzewy, krzaki, drzewa i rośliny, zazieleniający trawę, obniża natychmiast temperaturę otoczenia o parę stopni; to jak tchnienie życia w obumarłe istoty, to danie szansy przeżycia tym zemdlałym bytom. I chociaż mam automatyczny system podlewający, który może to robić o każdej porze dnia i nocy, w dni parzyste czy nie, nawet parę razy dziennie, to jednak stawanie oko w oko z rośliną i podanie jej życiodajnego płynu, to jest to, co podniesie człowieka po najtrudniejszym dniu technokratycznym, po każdym wysiłku intelektu. Przybranie głębokiego odcienia zieleni przez florę rekompensuje największe bóle głowy i problemy natury ekonomiczno-psychologicznej, czy rodzinnej.

Natura i zieleń – Niech żyje!!! – jak wołano za mojej młodości.

Z drugiej strony, jeżeli mówię o naj... Nie ma lepszego lekarstwa na lenistwo koncepcyjne niż piwo. Sączę złocisty płyn w gorący dzień i dzień ten nabiera kształtu, bez jakiegokolwiek działania z mojej strony – poprawiam drugim i już mogę śmiało powiedzieć za Kochanowskim:

Ja inaczej nie piszę, jeno jako żyję

Pijane moje rymy, bo i sam rad piję.

Choć szczerze mówiąc, prawdą w moim przypadku to nie jest. Przekonałem się ...praktycznie, że arcydzieło na takim dopingu nie powstaje...Chyba że się jest ... Kochanowskim.


19 luty 2004 (czwartek)

Ciągle gorąco. Umysł pracuje jeszcze, ale co to za praca... Mówią żeee możeee spadnieee deszcz pod koniec tygodnia. Zobaczymy...


21 luty 2004 (sobota)

D E S Z C Z !

Nie jest to zjawisko częste na początku roku, a w lutym szczególnie. Czyli, sprawdziły się prognozy. Do południa straszyło. Dziecko zdążyło jeszcze rozegrać mecze tenisowe, a po południu rozpadało się na dobre.

Przyjemnie usiąść pod werandą w szumie deszczowych kropli uderzających rytmicznie o dach i popijać dobre wino. Czym większa ulewa, tym weselej.

23 luty 2004 (poniedziałek)

Pierwszy raz od wielu, wielu dni czuję poranny chłód.

Wczoraj, pomimo na ogół pochmurnej pogody, spaliłem się na raka w czasie kilkugodzinnego pobytu na polu golfowym. Byłem jednym z wielu tysięcy kibiców na międzynarodowych zawodach z cyklu PGA Tour (Professional Golfers Association) - Jacobs Creek Open. Przemierzyłem całe pole golfowe - ponad 7 kilometrów - z dwoma asami australijskiego golfa: C.Parry˙m i N.O˙Hernn. Obydwaj nie sięgnęli po zwycięstwo, czyli 200 tysięcy dolarów, ale i tak otrzymali niezłe pensje za uplasowanie się w pierwszej dziesiątce. Ja na takie wypłaty muszę pracować prawie cały rok.

Turniej był ciekawy, choć wydaje mi się, że przed rokiem miał lepszą oprawę, ale obsada była dość mocna, szczególnie ze strony Amerykanów.

Mamy w mieście kilkanaście pól golfowych, to jest drugie, po Royal Adelaide Golf Course i należy do ścisłej czołówki pól golfowych w kraju. A jest ich tysiące. Nie ma mieściny (dziury z kilkuset mieszkańcami), aby nie było pola golfowego. Bywają nawet takie, że zamiast zielonego dywanu krótko przyciętej trawy, green jest …czarny - wysypany miałem węglowym. Ale są…


25 luty 2004 (środa)

Komputer mi się zepsuł. To znaczy mam zablokowane Windows i jest to spory problem. Nawet sobie nie zdawałem sprawy jak duży. Człowiek tak się zrósł z komputerem, że jest już naturalną częścią jego życia.

Komputer mi się zepsuł. To znaczy mam zablokowane Windows i jest to spory problem. Nawet sobie nie zdawałem sprawy jak duży. Człowiek tak się zrósł z komputerem, że jest już naturalną częścią jego życia. Jego niedomagania wpływają na samopoczucie człowieka. Jestem przez niego przygnębiony. Całe szczęście, że w drugim pokoju stoi, staruszek co prawda, ale ciągle jego Windows 95 działają. Ten pierwszy też “chodzi” ale w “safe mode”, a to już nie to… No i ten w pracy dobrze się sprawuje i pozwala mi na ciągły kontakt ze światem.

Praktycznie, całe dni spędzam przed monitorem. W pracy, w domu często. Tyle spraw z życia, związanych jest z tą magiczną skrzyneczką. Tak rozmyślam - o ile uboższy byłby człowiek bez tego dobrodziejstwa, które jest już integralną częścią działalności ludzkiej, że aż trywialnie brzmi o tym mówić, a my traktujemy to, jakby istniało od zawsze.

Przypominam sobie początek lat siedemdziesiątych, kiedy w czasie studiów, pojechaliśmy na wycieczkę do Świerku pod Warszawę, aby podziwiać najnowsze osiągnięcia technologiczne tamtych czasów - komputery. Stały te olbrzymy - szafy przeogromniaste w specjalnych pomieszczeniach gdzie ani drobina kurzu, ni najdrobniejsza wibracja czy zmiana temperatury nie miała prawa nastąpić.

A my chodziliśmy jak po Zamku Królewskim (w kapciach!), oglądając te potwory, które pod względem pamięci były słabsze, niż dzisiejsze kalkuratory specjalistyczne. Przecież komputer w pierwszych statkach kosmicznych był mniej inteligentny niż w dzisiejszej, przeciętnej pralce.

Czasy się zmieniają. Prokofiew skomponował Miłość do trzech pomarańczy, może powinienem się pokusić o …Miłość do trzech komputerów.

A o INTERNECIE to już nawet nie wspomnę.

27 luty 2004 (piątek)

Ranek w ranek, toczka w toczkę …ten sam. Ale dziś miałem towarzysza w marszu. Gdzieś przy trzecim stawiku, zauważyłem przebiegającego przez jezdnię czarnego psa z nosem przy ziemi. Węszył, szukał… kiedy mnie ujrzał ucieszył się, i wesoło podbiegł jakby chciał powiedzieć: Zgubiłem pana, ale ty od biedy możesz go zastąpić - albo: Zgubiłem się, zrób z tym coś, musisz się mną zaopiekować.

Czarny, średniej wielkości pies (niestety, nie znam się na rasach), zadecydował iść ze mną. Ciągle przy tym obwąchiwał okolicę, nawet podlewał co niektóre krzaczki, ale szedł ze mną, noga w nogę. Poczuł się przez chwilę bezpiecznie, niepokoił go jednak brak znajomych zapachów. Szedł i wąchał. Ja w tym czasie zacząłem rozważać, co z tym fantem zrobić. Przecież nie mogę go odpędzić, czy zostawić jak bezdomnego psa na ulicy. Szedłem dość szybko zagadując go po cichu. Ten mi nie odpowiadał, ale merdał ogonem jakby potwierdzając, że się ze mną zgadza. Zauważyłem przy obroży jakiś medalionik. Pewnie jakaś informacja o psie - pomyślałem. W myślach już rozważałem, że trzeba będzie go przyjąć na podwórko, do czasu odnalezienia się właściciela.

Żona podzwoni do wydziału zwierząt domowych przy Radzie Dzielnicowej i do okolicznego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i na pewno właściciel się znajdzie.

Dochodziłem do podejścia na większą ulicę, aby przejść na teren szkoły. Zauważyłem, że pies się zawahał. Nie chciałem aby sam przekraczał jezdnię – czasami jest spory ruch o tej porze. Odwróciłem się do psa i zapytałem: idziesz...? Ten skulił uszy i zadecydował zostać na tej ulicy, wśród domostw które mu jeszcze pachniały sąsiedztwem. Nie zaryzykował pójść za mną w nieznane mu tereny. – Twój wybór – pomyślałem i poszedłem dalej.

Zacząłem rozmyślać. Nigdy tu nie mieliśmy psa, choć dziecko nieraz bardzo nalegało.

W sumie, lubię zwierzęta, ale przy obranym trybie życia, to duży problem. Często wyjeżdżamy, szczególnie do niedawna, kiedy nie było tenisa. Na dwa, trzy dni, to na tydzień, czy czasem na dwa miesiące. Dom na klucz i cześć. Zwierzaków na ogół zabrać ze sobą nie można. W motelach, hotelach – nie przyjmują, w caravan parks, rzadko. Zawracać głowę znajomym czy rodzinie, nie wypada, a hotele dla psów (czy kotów) są bardzo drogie. Jest taki jeden parę ulic od nas. Psia doba kosztuje w takim przybytku ... ponad 30 dolarów. A zwierze też przeżywa rozstanie z rodziną.

Same kłopoty...


29 luty 2004 (niedziela)

Czytałem właśnie wywiad z Janem Tomaszewskim, znanym kiedyś bramkarzem piłkarskiej reprezentacji Polski. Jeszcze z dobrych czasów, kiedy polska piłka znaczyła w świecie - a teraz ponoć ... publicystą i dziennikarzem sportowym. Muszę przyznać, że czytając to wpadałem w coraz gorszy nastrój. Pamiętałem Tomaszewskiego jako dobrego bramkarza, takiego co to ma „więcej szczęścia niż rozumu”, ale przecież o to właśnie chodziło. Teraz, przyszło mi go poznać, jako komentatora polskiej sceny sportowej. Wywiad ten, jak żywo przypominał mi rozmowy o sporcie ...pod budką z piwem (kto to jeszcze pamięta?). Tam zwykle paru przemądrzałków próbowało swymi poradami i przepisami - słono przyprawianymi wulgaryzmami - uzdrowić polską piłkę nożną.

Tomaszewski nie przejawia żadnej logiki, bystrości spojrzenia o elokwencji nie mówiąc. Jedyne co rzuca się w oczy, to wilcza wręcz chęć, dokopania paru osobom (działaczom w szczególności). Prywatne porachunki jaskrawie dominujące w jego wypowiedziach, świadczą o małostkowości tego faceta. Poza tym ... on wręcz nie lubi tego sportu, o którym tak wiele mówi. Jego interesują tylko afery, sensacje i burdy.

Wnioskuję z tego wywiadu, że był on przez parę lat ... reporterem telewizyjnym. Z takim niewyparzonym językiem... Muszę w tym wypadku przyznać – w Polsce wiele się zmieniło. A gdzie wzory: Bohdan Tomaszewski, Tuszyński czy Ciszewski.

Po takiej lekturze szybko odrzuciłem gazetę i chwyciłem Dzienniki Gombrowicza, które mam zawsze przy łóżku. Jakże inna osobowość, spojrzenie, język, ineligencja, wszystko , wszystko co ludzkie. Po trzech kartkach Dziennika, moja równowaga psychiczna powróciła do normy. To taki mój akumulator intelektualny. Szybko stawia mnie na nogi i moją wiarę w ...człowieka.

« Obcokrajowcy | Strona główna | Dzienniki - marzec I - 2004 »