« Dom choinkowy | Strona główna | Obcokrajowcy »

2 lutego 2004

Dzienniki - luty I - 2004

Niewiarygodnie chłodny styczeń, a i luty nie daje czadu jak do tej pory. Chłodne poranki, a dni jak w kwietniu, tuż ponad dwadzieścia stopni.

Nie miałem kłopotów, to sobie je wymyśliłem. Zamarzyła mi się podróż ... dookoła świata. W związku z tak wielkim przedsięwzięciem, wziąłem się ostro do zaplanowania podróży. Ponieważ dwa główne czynniki: czas i pieniądze mamy niestety ograniczone, trzeba więc włożyć w to dużo pracy, aby wycieczka była udana. Wiem z doświadczenia, że czym więcej zrobię pracy domowej przed eskapadą, to później sprawniej wszystko przebiega. Zwykle zwiedzamy dwa razy więcej, niż zorganizowane grupy wycieczkowe. Tak, ale dotychczas korzystałem tylko z informacji biur podróży i folderów. Tym razem opieram się głównie na internecie, a tu - głowa boli – tyle informacji, opcji, wyboru i dziwactw.

Zaczynam pracę od USA. I już od początku nie jeszem zachwycony kontrastem w wyposażeniu hoteli czy moteli. U nas każdy trzygwiazdkowy hotel, jest już o przyzwoitym standardzie z a w s z e wyposażony w lodówkę, telewizor, własną łazienkę, na ogół z klimatyzacją, itp. A tu mi się chwalą, że w hotelu jest szampon, ale łazienka jest dzielona, a w innym z kolei dodatkowy telewizor ... w prywatnej łazience !

I obydwa hotele podobnie kosztują. W oficjalnych informatorach środków transportu ostrzegają, że przy niektórych stacjach metra grasują bandy, ale jednocześnie pocieszają, że rzezimieszki na ogół omijają stację. To dopiero Los Angeles, a co będzie w Nowym Jorku ?

W każdym razie rośnie mi sterta wydrukowanych materiałów do przestudiowania i głowa mnie boli coraz częściej. A tu i podróże pociągami wchodzą w grę i cała masa przystanków. Do wyprawy ponad cztery miesiące. Trzeba się śpieszyć. I ta niepewność, okraszona codziennością XXI wieku. Terroryzm i bandyctwo uderza znienacka. Człowiek nie zna dnia ani godziny. A z drugiej strony, jeżeli by się poddawać tej fali, to nie wychodziłoby się z domu.


4 luty 2004 (środa)

Dziwny jest ten świat...

Czytałem o naszej niedalekiej przyszłości, oraz o naszej (o ironio) nieznanej i pogmatwanej przeszłości. To ciekawe, zdajemy sobie sprawę z tego co osiągniemy za kilkanaście lat, a o naszej przeszłości nie wiemy ... prawie nic. Nasza przewidywana przyszłość, to pomieszanie rodzaju ludzkiego. Już teraz wkracza szeroką falą terapia genowa pozwalająca uzdrawiać. W niedługim czasie będzie można „naprawiać” serce, wątrobę, trzustkę i to bezoperacyjnie, jedynie wstrzykując potrzebne geny. Tym sposobem będą leczone nowotwory złośliwe (w Chinach już zaczęli). To tylko początek. Prokreacja zmieni całkowicie swoje oblicze. Tradycyjne metody zapładniania mogą odejść w zapomnienie, podobnie jak metoda „in vitro”. Nawet osoby nie wytwarzające komórki rozrodcze, będą mogły mieć dzieci. I to w układach biologicznie nie dopasowanych, np. osoby tej samej płci będą biologicznym matką i ojcem (transfer jąder komórkowych). Możliwe też będzie całkowite zaprogramowanie mutantów i na tym skończy się historia naturalnego człowieka – nastąpi era postludzi. (Z dwa lata temu, napisałem na ten temat wierszyk). Jednak nim do tego dojdzie, powinniśmy najpierw rozszyfrować naszą przeszłość. A tu – czym głębiej w temat, tym więcej niewiadomych.

Otóż, istnieje cała masa znalezisk, odkryć archeologicznych, nawet kartograficznych, które nijak nie pasują do naszej oficjalnej wiedzy o historii cywilizacji.

Antarktydę odkryto w 1818 roku, a to że składa się z dwóch wysp pokrytych lodem – 40 lat temu. Natomiast Antarktyda bez lodu pojawia się na mapach z ...1513 roku.

Oficjalna historia cywilizacji to 6 tysięcy lat. Co począć z odkryciami śladów (w tej samej skamielinie) stóp człowieka i trylobitów, które wymarły ... 400 milionów lat temu! I wiele innych odkryć zaprzeczających zdrowemu rozsądkowi, historii ludzkości, geologii i teorii Darwina.

Jedynym wytłumaczeniem byłoby uderzenie olbrzymiej komety, która wszystkie te procesy nakładania się warstw skalnych, budowy skamielin, wycieki lawy i ekstremalne temperatury, wytwarza dość gwałtownie. Wszystko to co wytworzone jest w normalnych warunkach przez miliony lat, według tego scenariusza powstaje tak szybko, że szczątki organiczne nie mają czasu się rozłożyć.

Powstaje pytanie – kiedy to nastąpiło ?



6 luty 2004 (piątek)

Adelajdzkie lato wróciło na dobre, już z samego rana dwadzieścia stopni, w ciągu dnia spodziewane jest 38, a jutro c z t e r d z i e s t k a. To przecież luty. Normalka.

Dziecko dziś wieczorem i jutro w południe, gra mecze tenisowe. Wygrzeje ją...

Australijski krytyk Wark McKenzie powiedział: Nie mamy korzeni, mamy anteny, uwypuklając w ten sposób problem braku wartości kulturowych, tradycji narodowych w naszym społeczeństwie, z drugiej strony – wydatnym postępie cywilizacyjnym, który niestety sam w sobie jest niebezpieczny. Niesie za sobą ryzyko swobodnego latania w przestrzeni, lecz bez żadnej nawigacji. Do czego to może prowadzić?!

W przypadku krajów o krótkiej historii, jakim jest Australia, to jeszcze nie tragedia – uważam, bo wcześniej czy później trend na ukorzenienie przyjdzie. Gorzej z krajami z wielowiekową kulturą i tradycją, które w obecnych czasach podlegają gwałtownej erozji. Czy po epokach Renesansu, Oświecenia, Technokratyzacji przyjdzie okres ...Prymitywizmu.


8 luty 2004 (niedziela)

Niedawno narzekałem na temperatury a tu już któryś dzień z rzędu dogrzewa nas. Codziennie około czterdziestu stopni. Tak gorąco, że trzeba uważać aby się nie oparzyć, to klamką od drzwi domu, czy kierownicą w samochodzie, jak i w trakcie zapinania pasów.

Od rana przyplątała mi się melodia suity rockowej Jethro Tull pt. Thick as a brick (Gruby jak cegła). Idę w rytm nuconego w myślach utworu, choć bardzo gorąco już od rana. Coraz rzadziej wspominam te niezapomniane kawałki. Nigdy nie pokusiłem się o utworzenie listy przebojów mojego życia (jak do tej pory, bo może coś mnie jeszcze zafascynuje). Tak sobie myślę, co by tu uznać za najlepsze, za utwór który zrobił na mnie największe wrażenie. Skaczę z jednego na drugi i nie potrafię uznać czegoś za ten number one. Myślę, że łatwiej byłoby wymienić pierwszą dziesiątkę czy dwunastkę, muzyki która zawsze wywołuje u mnie gęsią skórkę i oderwać się od niej nie sposób. Alfabetycznie twórcami -na pierwszym miejscu stanąłby J.S.Bach ze swoją Toccatą i Fugą, drugi The BEATLES z From me to you, za nimi Beethoven z Odą do radości, dalej P.Czajkowski z Uwerturą 1812 i Emerson Lake & Palmer z Obrazki z wystawy (M.Musorgskiego), szósty to J.Hendrix Hey Joe, później IRON BUTTERFLY In a Gada da Vida, dalej wspomniany na początku zespół Jethro Tull z Thick as a brick, oraz LYNYRD SKYNYRD Sweet home Alabama, na dziesiątym byłby Niemen z Bema pamięci rapsod żałobny, i Mike Oldfield z utworem Tubular bells (Dzwony rurowe) i PINK FLOYD z nieśmiertelnym The Dark Side of the Moon, który w tym wypadku traktuję jako spójną całość. M.Ravela Bolero i nie mogę pominąć The Rolling Stones z Satisfaction, oraz YES z The Gates of Delirium. No i wyszło mi piętnaście, a ile pominąłem. Zdaję sobie sprawę że wymieszałem utwory całkiem skomplikowane z prościutkimi. W każdym z nich jest klimat, który w jakiś sposób fascynował i formował moje życie i to jest dla mnie najważniejsze.


9 luty 2004 (poniedziałek)

Teraz taki dziwny okres – nic w przyrodzie się nie zmienia. Wzgórza zapyziałe, zrudziałe od słońca trawy i podeschnięte krzewy w oddali. W ogródkach bez zmian. Nic nowego nie kwitnie, nic się nie rozwija. A i ptaków jakoś mało. Można by rzec... monotonia lata.

Moje ostatnie lektury bardzo się skomercjalizowały. Zamiast literatury z wyższych półek, zagłębiam się w przewodniki typu: Jak poruszać się po lotnisku w Toronto, czy Nowym Jorku; Co trzeba zobaczyć w Los Angeles i temu podobne informacje. No cóż, trzeba to przestudiować, ale już zauważam u siebie głód dobrej lektury. Będę się głodził przez jakiś czas, bo ciągle sterta materiałów czeka na przeczytanie. Nawet nie zdążyłem przetrawić świeżo otrzymanego almanachu poetyckiego w którym są też moje wiersze. Ale ja to nadrobię...

Dziwne to nasze życie współczesne.

Takie USA, niby oficjalnie uczestniczy w wojnie z terroryzmem (Afganistan, Irak) a zdecydowana większość społeczeństwa morduje się nawzajem, lub ginie w wypadkach samochodowych. Na wojnie w Iraku zginęło do tej pory około 500 żołnierzy, w tym samym czasie w Ameryce było 18 tysięcy morderstw, a na drogach zginęło ...42 tysiące ludzi.

Czy to aby nie A r m a g e d o n ...

10 luty 2004 (wtorek)

Silny północny wiatr nawiewa gorące powietrze kontynentalne. Już przed siódmą jest 29 stopni. Zapowiada się następny upalny dzień. Z podmuchem wiatru sprinklery na skwerze robią przyjemny mist, chłodząc mnie mgiełką wodną.

Wczoraj obejrzałem film K.Zanussiego Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową, z Zapasiewiczem (jego nadwornym aktorem) w roli głównej.

Muszę przyznać, że filmów Zanussiego kiedyś nie rozumiałem, tzn. rozumiałem co chce przedstawić, ale ogólnie były dla mnie za cieżkie. To były filmy dla dojrzałych, a ja bardzo długo byłem żółtodziobem życiowym. Reszta, czyli doświadczenie – przychodzi z wiekiem, przynajmniej u mnie. Michnikiem - który we wczesnych klasach licealnych, intelektem potrafił zadziwić najtęższe głowy intelektualistów - niestety nie byłem.

Wspomniany film jest doskonały, tak klimatem jak i grą aktorską. Tematycznie też nowatorski; różne formy interpretowania najwyższych wartości w życiu człowieka, jakimi są: życie, zdrowie i wiara. Pierwszy raz tak dogłębnie (lecz w formie intelektualnej, nie tragicznej), sprawa śmierci na ekranie mnie dotknęła.


12 luty 2004 (czwartek)

Dostałem gratulacje z Sydney i informacje, że mój ostatni felieton w gazecie, pt. Pięta, bardzo się podobał. Cała przyjemność po mojej stronie.

A w świecie nastała cisza. Nie ma chwilowo wojen, puczów, rewolucji ani większych aktów terroru - oprócz tradycyjnych działań w okupowanym Iraku i okupującym Izraelu. Taka cisza przed burzą czy co...? Nikt nikogo nie straszy, nie ostrzega, nie pomawia. I co ciekawe nie ma kandydatów na supermocarstwa, dołączenia do dominatów amerykańskich. Można by rzec, że oprócz strachu przed terroryzmem który w każdej chwili może spłatać kolejnego figla - jest nadzwyczaj spokojnie...

Nastał nawet okres udawanej konsternacji, bo niby każdy wiedział że tej broni nie ma (bezpośredni pretekst do wojny z Irakiem), ale jednak liczyło się... a może coś jednak znajdą – a tu nawet szczątkowych dowodów, i co ciekawe zaczynają się nawzajem obwiniać: politycy – wywiad, agenci – polityków. Nastąpił pewien moralny kociokwik. Czy można ufać na przyszłość sprzymierzeńcom w takich sprawach? Wydaje się, że scena polityczna świata w najbliższych miesiącach diametralnie się zmieni. Odejdą ci, którzy bezpośrednio maczali palce w ostatnich wydarzeniach politycznych, przyjdą nowi – bez obciążeń moralnych. Zmienią się rządzący, aby czy świat się zmieni. Przypuszczam że wątpię...- że użyję ulubionego powiedzonka z młodości.

Tylko tym którzy stracili życie, czy zdrowie, nikt już nie pomoże...


14 luty 2004 (sobota)

Walentynki!

Tak, u nas ten dzień ma niemałe tradycje i broń Boże o nim zapomnieć, czy zignorować. Ale ja dzisiaj o czymś zupełnie innym.

Pierwszy raz zapiski w dzienniku są nie poranne ale całodzienne. Niby dnia świątecznego, lecz przede wszystkim ...gorącego. Już od paru dni zapowiadano ponad 40 stopni i właśnie oczekujemy czterdziestu trzech stopni. Jest to najwyższa temperatura jaką przeżywałem w Adelaidzie. Byłem w wyższych na prowincji, w Port Augusta, Whyalla, czy w Iraku, ale tu w domu o ile pamiętam największa temperatura – to 42 stopnie.

Już z samego rana niespodzianka, raczej przykra – brak światła, czyli elektryczności. Jest to rzadkością ale się zdarza. O ósmej rano już trzydzieści trzy stopnie, a tu nie można włączyć klimatyzacji i innych tak naturalnych wygód, których brak zauważa się dopiero w takich sytuacjach. Całe szczęście że kuchnia fifty fifty, to można korzystać z gazu. Oczywiście, w tak trudnych warunkach rezygnuję z marszu. Po chwili dowiadujemy się, że wszystkie amatorskie imprezy sportowe są odwołane – spodziewaliśmy się tego. Dziecko nie będzie grało swych meczów tenisowych i całe szczęście. W tamtym tygodniu grała, kiedy na korcie było około piędziesięciu stopni (w tym samym czasie na kortach głównych miasta, rozgrywano Puchar Davisa i mierzyli temperaturę).

Odkręcam prysznic z zimną wodą, a tu wrzątek. Co godzina kolejna sesja chłodu pod natryskiem. O jedenastej dosięga nas magiczna 40-stka. Po dwunastej w południe mamy elektryczność. Zaraz potem opuszczamy dom na parę godzin, zauważamy dym w sąsiedztwie. Po chwili jadą dwa wozy straży, policja już na miejscu. Coś zaczęło się palić, ale trudno ustalić co. W radiu informują, że już jest 42°. Po piątej wracamy do domu. Włączamy klimatyzację jest upalnie: dom ... 33°, na zewnątrz,...45° w cieniu. Jak w piekle, całe szczęście że powietrze stosunkowo suche, ale w gardło parzy kiedy się oddycha ustami. O szóstej w dzienniku potwierdzają rekordową temperaturę. Jest wieczór, już ciemno, ciągle 36 stopni, zapowiada się upalna noc...


« Dom choinkowy | Strona główna | Obcokrajowcy »