« Pięta | Strona główna | Dom choinkowy »

16 stycznia 2004

Dzienniki - styczeń II - 2004

Te śpiewające sroki ciągle przypominają mi czasy z dzieciństwa, kiedy przebywając na letnisku, spacerowaliśmy po lesie w towarzystwie ich muzyki. Tak samo „gulgały”.

Jeden ze sprinklerów w parku z uszkodzoną końcówką, robi prawdziwą fontannę na trawniku. I to codziennie rano. Nawet nie wiem gdzie trzeba by przedzwonić aby naprawili. Przecież ciągle mamy restrykcje w używaniu wody.

Wróciłem wczoraj do swojej macierzystej firmy. Już nie będzie przyjemnych spacerów w czasie lunchu, kiedy to odkrywałem co rusz nowe stawy i potoki przepływające przez nową dzielnicę. Tam czułem się niezależny, tu jakbym wrócił do kołchozu. I czas się dłuży. Ale to tylko takie uczucie tymczasowe (dopasowanie psychiki), za parę dni i tu „uniezależnię się”.


19 stycznia 2004 (poniedziałek)

Nietypowy początek dnia. Zamiast na poranny marsz, wybrałem się z dzieckiem na porannego tenisa. Zaczyna dziś grać w turnieju i potrzebowała dobrej rozgrzewki. Od dzisiaj zamiast oczu, mam dwie piłki tenisowe. Po pierwsze: dziecko gra swój turniej, a po drugie, dziś właśnie rozpoczyna się turniej tenisowy, wielkoszlemowy w Melbourne.

Długo nie byliśmy sami. Po chwili na naszych lokalnych kortach pojawił się ciemnoskóry, znajomy z klubu chłopak (chyba pochodzi z Indii albo ze Sri Lanki). Też przyszedł już o 7-mej rano się rozgrzewać. Postawiłem ich razem na korcie, a sam relaksowałem się świeżością poranka.

Wchodzę na Dziennik Polski w pracy, a tu uderza mnie smutna informacja:

Czesław N i e m e n nie żyje ...

Człowiek - legenda polskiej muzyki odszedł od nas ciągle żyjących. Nazwany przez Jarosława Iwaszkiewicza: Szopenem rocka, twórca z 40-letnią karierą muzyczną, nietuzinkowy artysta, wybitny instrumentalista, kompozytor, wykonawca, założyciel takich grup jak: Akwarele, Niemen Enigmatic, Niemen Aerolit, współpracujący z Niebiesko-Czarymi, wreszcie przez wiele lat pracujący solo. Tworzył ostatnio głównie muzykę filmową i teatralną. Już nie napisze, nie zagra, nie zaśpiewa swoim specyficznym głosem. Jeszcze jeden tytan nas opuscił. Ciekawe spostrzeżenie o nim wyraził Jacek Zieliński ze Skaldów, wspominając znajomość z nim od prawie 40 lat: „Już wtedy był prawdziwym indywidualistą. Nigdy nie brał udziału w spotkaniach towarzyskich po koncertach. Nie lubił zgiełku i rozmów o niczym. Całkowicie poświęcił się sztuce.”

Gorąco dzisiaj, nie tylko z temperatury ale i z emocji. Jak na razie dziecko wygrywa...

Aż mnie głowa z tego wszystkiego pobolewa. Tyle skrajnych wrażeń i emocji.


21 stycznia 2004 (środa)

Dzisiaj takie dziwne chmury z samego rana.To nietypowe – zawsze jest błękit, ewentualnie kilka białych, pierzastych usadowi się gdzieś na skraju nieba. Ale jest ciepło i przyjemnie.

Tenis, tenis, tenis... Dziecko przegrało w półfinałach co na jej wiek, nie jest tak źle. A Australian Open rozkręca się na dobre. Całkiem inaczej patrzę na ten turniej, niż na przykład 10 lat temu. Czuję się bardziej z tym sportem związany. Wielu zawodników oglądałem na żywo, niektórzy pochodzą z naszego miasta, czy mają polskie korzenie, poznałem ich rodziców, itp. A i z sympatią oglądam grę tych których nie znam. I nie mogę się nadziwić że z tak dużego kraju jak Polska, nie ma ani jednego zawodnika, a taka ośmiomilionowa Szwecja ma sześcioro. Silnie obstawiły imprezę takie państewka jak Czechy, czy Słowacja.

Przeżywam coś w rodzaju transformacji psychicznej. Powoli z degrengolady umysłowej przestawiam się na precyzyjniejsze myślenie (nie koniecznie techniczne). Tak sobie myślę, że w stanie takiego rozkładu umysłowego, to ani strofy bym nie sklecił, a już o opracowaniu projektu nie ma mowy. Całe szczęście, że w pracy ciągle atmosfera kanikuły...


23 stycznia 2004 (piątek)

Przepuszczam na drodze samochód, zatruwający nieco atmosferę ciemnym dymkiem z rury wydechowej. Do auta dopasował się właściciel. On wypuszcza biały dymek dla odmiany. Oj ciężkie życie mają palacze. A jeszcze 30 lat temu, nie było filmu, nie było programu telewizyjnego, aby ktoś nie owinął ekranu mgiełką dymu papierosowego. Teraz, nie do pomyślenia. Niewiele jest już restauracji gdzie wyznaczone są sale dla palaczy. A biura, obiekty sportowe, nawet stadiony – to miejsca z całkowitym zakazem palenia. To samo w mojej firmie, nawet na powietrzu przed budynkiem nie wolno. Zagorzali palacze których jest w sumie niewielu, wychodzą na ulicę, gdzie ciągle jeszcze można puścić dymek. Obyczaje się zmieniają.

Ciągle powtarzam: n i e d a j m y s i ę z w a r i o w a ć. Że palenie generalnie szkodzi – każdy wie. Lecz są tacy, którzy dożywają sędziwego wieku z papierosem w ustach. Wygląda na to,... że dymek im służy. Podobnie jest z dietą. Są ludzie, którzy żeby nie wiem co i ile jedli – zawsze będą szczupli, a innym od jabłka brzuch rośnie. Mimo, że mamy zbliżoną konstrukcję, i jako ludzie i jako ssaki, nie jesteśmy identyczni. Organizmy nasze są indywidualnymi mechanizmami i żadne diety cud, tzw. zdrowe jedzenie, nie jest panaceum dla wszystkich. Jednym pomoże, innym zaszkodzi. Człowiek sam, po okresie uważnej obserwacji swojego organizmu, czuje co mu służy, a co szkodzi. Tak, tylko na ogół ta reguła jest dobra dla doświadczonych obserwatorów swojego organizmu (zwykle starszych) – młodzi ludzie nie przywiązują wagi do tego. W młodym wieku na ogół „nic nie szkodzi”. I są tu potrzebne pewne wskazówki, ale w obecnej dobie pomieszania teorii żywienia, jest to praktycznie niemożliwe.


26 stycznia 2004 (poniedziałek)

Dziś specjalny dzień - święto. Święto Australii, więc zamiast pomaszerować jak co rano, wybraliśmy się na całodzienną wycieczkę do kurortu wczasowego naszego stanu – Victor Harbor. Zabraliśmy pełną esky żywności i coś tam do picia i relaksowaliśmy się 100 kilometrów od domu.

Najpierw długi spacer na wyspie powiązanej z lądem długim mostem przypominającym molo. Festyn w miasteczku, setki ludzi, atmosfera świąteczna a i pogoda wspaniała. Zwiedzamy miejscowe muzeum. Obok wesołe miasteczko – przypomina mi nasz niedawny sylwester. W takim otoczeniu człowiek w ogóle nie jest zdolny do głębszych myśli, czy analizy życia. Jest jakie jest, chłonie się go pełną piersią ... no worries!

Jest to też okazja do rodzinnych rozmów (jest tu też moja mama z mężem). Opowiadamy, wspominamy, nasycamy się widokiem pięknego wybrzeża. Po południu usadowiliśmy się tuż przy plaży na zielonej trawie, dziecko pływa na płytkiej wodzie z deską surfingową, a my obserwujemy jak nie opodal, paru wędkarzy zarzuca wędki z wysokiego mola. Jeden z nich ma poważne branie. Podszedłem bliżej z grupą ciekawskich. Na początku myślałem, że to mały rekin, ale po chwili okazało się że to płaszczka. Walczył z nią z dwadzieścia minut, a ta przypominała jastrzębia walącego skrzydłami o taflę wody, próbując się wyrwać. Płaszczka (stingray) jest jadalna, ale bardzo niebezpieczna ze względu na uzbrojony ogon, którym atakuje jak skorpion. Kiedy z pomocą haka wyciągnęli ją na molo, od wewnętrznej strony przypominała ducha z filmów. Podziwiałem kiedyś okazy wielokrotnie większe, przepływające tuż nad głową, kiedy zwiedzałem superakwaria w różnych miastach. Ten był nie większy, niż pół metra. Po chwili, wędkarz uporał się z haczykiem i uwolnił bestię wrzucając ją z powrotem do wody.

Późnym popołudniem w kawalkadzie aut, wróciliśmy do domu. Prosto na codzienną transmisję telewizyjną meczów tenisowych, Australian Open.


28 stycznia 2004 (środa)

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, ile zaoszczędzam czasu i nerwów, wybierając sobie odpowiedni czas na jazdę do pracy. Dzisiaj, dziecko rozpoczyna nowy rok szkolny i nową szkołę. Po pół roku „zerówki”, siedmiu lat podstawówki, dzisiaj zaczęła naukę w szkole średniej. Katolicka szkoła – trzy kilometry od domu, więc podwoziłem ją na miejsce. Jakie to korki i tłok na ulicach o tej porze. Tysiące samochodów udających się w tę samą stronę, tworzą ślimacze tempo poruszania się i do pracy dotarłem po godzinie. Zawsze jadę najkrótszą drogą, a zajmuje mi to około 20 minut. Zwykle wyjeżdżam przed ósmą – wtedy jest najmniejszy tłok na ulicach.


30 stycznia 2004 (piątek)

Nie ma typowego australijczyka, tak jak nie ma typowego amerykanina, czy kanadyjczyka. Jest pewien stereotyp człowieka z outbacku, czy aussie z przedmieść (czyt. robotniczych dzielnic). Można scharakteryzować aussies pochodzenia anglosaskiego, słowiańskiego jak i „południowca” (Grecy i Włosi), czy wreszcie – Azjatów. I tym ostatnim, najtrudniej zaadoptować się w roli Australijczyka i to z wielu przyczyn. Kultura, język i wygląd, a to wszystko wykształca pewną mentalność.

Natomiast z drugiej strony – Anglicy. Ich dodatkową motywacją jest podświadomość, że to oni są potomkami odkrywców i zdobywców tych ziem. Chociaż nikt o tym nie wspomni, ani nie okaże, oni mają to w genach. Nie należy przy tym mylić Brytyjczyków jako całości - to dotyczy wyłącznie Anglików. Drugą bardzo ważną sprawą jest język. Tylko oni mówią najbardziej zbliżonym akcentem do australijskiego. I to też jest psychologicznym bodźcem do parcia do przodu, sięgania po stanowiska i kariery. Ciągle w mentalności mniej wykształconych mieszkańców tych ziem, Anglik, to coś lepszego niż reszta, choć powoli i to się zmienia. Szczególnie w ostatnich latach, ukierunkowania na niezależność i narodowość, której do niedawna w ogóle nie było.

My, jako Słowianie, mamy wręcz patologiczną wrażliwość na wszelkie - często nie zamierzone, wynikające z naszej niewiedzy a może i niezrozumienia - formy dyskryminacji. Znów, to co teraz napisłem, nie jest absolutną regułą, ale tak bardzo często bywa.

Obserwowałem przez lata świeżo adaptujących się Anglików w nowym środowisku. Im też nie było łatwo. Niezrozumienie pewnych norm, często brak odpowiednich kwalifikacji (w tym ostatnim, na ogół odwrotność przybyszów z byłej komuny), powodowały u nich stresy i bóle głowy. Anglicy jednak żyją według mądrej reguły: jak kogoś nie możesz zwalczyć, to się do niego przyłącz. Widziałem, jak często wsłuchiwali się w polecenia wydawane „ciężkim” akcentem, bez zmrużenia oka wykonując je i co ważniejsze, próbowali wgryźć się w te niezrozumiałe na początku dla nich mechanizmy. Nie narzekając, nie pomstując jaka to im się krzywda dzieje... Generalnie, Anglicy to dyplomaci nawet w błachych sprawach, zawsze trzymają odpowiedni dystans - wyssali to z mlekiem matki.

Drugie, czasem dopiero trzecie pokolenie zostaje „zmiękczone” australizmami, (czytaj – więcej spontaniczności, mniej sztywnych reguł), ale to zwykle, jak na naszą sarmancką duszę, za mało. Podobnym procesom podlegamy my. Tylko że my na ogół, startujemy z drugiego bieguna. Dopiero nasze dzieci nie zauważają różnic w ich relacjach z potomkami innych nacji. Dużą rolę w przeszłości (na szczęście), szczególnie w relacjach młodzieżowych odgrywały różnice religijne. Wyznawcy kościoła anglikańskiego pogardzali katolikami, ci starali się poniżać ortodoksów greckich i kółko się zamykało. Ale to już echo przeszłych dni.


« Pięta | Strona główna | Dom choinkowy »