« Big Beat | Strona główna | Pięta »

2 stycznia 2004

Dzienniki - styczeń I - 2004

Muchy nie dają mi żyć. Poranek wymarzony w wakacyjnej miejscowości Apollo Bay, jedynie te muchy...

Rezydujemy tu od Sylwestra. Miejsce cudowne, pełne atrakcyjnych zatoczek, wokół wzgórza opasające małą miejscowość, która aż tętni od turystów. Nie opodal lasy tropikalne z unikalnymi, niespotykanymi gdzie indziej (w tym rejonie), olbrzymimi eukaliptusami i drzewami paproci z pniem którego i dąb by się nie powstydził.

Aha, muszę wspomnieć o powitaniu nowego roku.

Do zachodu słońca spędzałem czas na plaży, i tu ciekawostka: u nas słońce się chowa w morzu, a wstaje nad lądem – tu dokładnie odwrotnie. Kiedy się ściemniało przeniesliśmy się na ... wesołe miasteczko. Tak, tak, strzelałem z wiatrówki do kogucików, rzucałem kręgami do misiów, jeździłem na samochodzikach, itp... W moim wieku,... Anglik powiedziałby: bizaree and kinky...

Rano miałem kaca (bynajmniej nie od karuzeli) i marszu noworocznego nie było. Lecz koło południa w Nowy Rok pojechaliśmy zwiedzać pobliską latarnię morską i wspaniały las tropikalny.

Co wieczór imponujące białe grzywy fal i spacer w siną dal...


3 stycznia 2004 (sobota)

Zaliczyliśmy wszystkie wodospady okolicy – jest ich siedem w lecie.

Domek campingowy mamy tuż nad morzem. Dziecko stwierdziło, że uwielbia zasypiać przy szumie fal morskich. Bajkowa zatoka, czyściutka woda, a pasmo zielonych wzgórz w tle – cóż więcej potrzeba...

A i pogoda wymarzona. Cały dzień penetrujemy okolicę: puszczę tropikalną i wzgórza, a głębokim popołudniem, plaża i kąpiel morska. W międzyczasie „męczę” Kuronia - Wiara i wina (Do i od komunizmu). Idzie mi to opornie bo i pora nie na tamte przaśne czasy o których opisuje Jacek Kuroń – osoba też kontrowersyjna. Bo już po kilkunastu kartkach tej książki nasuwało mi się pytanie: Czy były komunista wart jest głębszych przemyśleń i rozważań? Tym bardziej, że to już było,...minęło.

A jednak, gdyby nie on i jemu podobni, nie mielibyśmy przejrzystej analizy tego systemu i bezstronnego (jednak z dozą subiektywizmu), obrazu tamtych czasów. Tak, Kuroń był parszywcem – sam się do tego przyznaje. Ale on wydaje mi się być najbardziej szczerym komunistą z tamtego okresu, w słynnym powiedzeniu Gierka: „chciałbym towarzysze abyście wiedzieli, że zawsze chciałem dobrze”.

Kuronia, tak jak Michnika i wielu innych im podobnych, ukształtowała rodzina i za to nie można ich samych obwiniać. Możemy być tylko dumni, że z zadufanych komunistów, wyrośli tacy światli opozycjoniści. I mimo, że nie jest to odpowiednia lektura na gorące, australijskie lato... jadę do przodu, choć ciągle jestem przed 1968 rokiem, bardzo znaczącym dla samego autora, a i dla całej Polski.

Siedząc na plaży rozważam marność i naiwność wiary w ród ludzki, jego rozum i poddawanie się jego często „siekniętym” prawidłom. Prawa natury są zdecydowanie bardziej logiczne, choć często też tragiczne w konsekwencjach, czasem nawet brutalne przekładając je na język ludzki, ale naturalne. I wydaje mi się, że przyszłość nasza jako gatunku, leży w uprawianiu polityki pronatura. Pęd technologiczny dla wyłącznego zaspokojenia potrzeb człowieka, prowadzi do katastrofy.


5 stycznia 2004 (poniedziałek)

O 5.43 obudził mnie pierwszy śpiew ptaków za oknem naszego motelu.

Jesteśmy w innej miejscowości bliżej domu. Jutro już zaczną się zwykłe obowiązki ale dzisiaj... już o siódmej rano maszeruje leśną przecinką. Przede mną drogowy znak informacyjny: na lewo CEMENTERY, na prawo HOCKEY. Hokej na trawie oglądam czasami w wydaniu olimpijskim, a na cmentarz... nie śpieszy mi się.

Poszedłem przed siebie, wsród pachnącej szałwii, lawendy i drzew eukaliptusowych. Doszedłem do olbrzymiego basenu, wielkości boiska piłkarskiego, gdzie wczoraj wieczorem pławiliśmy się w towarzystwie stada białych papug, które skrzecząc przelatywały nad nami z jednego drzewa na drugie, usposabiając się do snu, robiąc przy tym straszny hałas.

A jednak w drodze powrotnej zahaczyłem o cmentarz. Chyba pierwszy raz w Australii jestem na cmentarzu w charakterze, że tak powiem... rekreacyjnym. Memento mori... Śmierć, cmentarz, to raczej tematy tabu w naszej współcześnej kulturze.

Cmentarzyk niewielki, grobowce niskie, na ogół płyty marmurowe, mało krzyży, drzew ani krzewów nie ma wcale. Za to obok nieduży las sosnowy, a z drugiej strony - jak już wspominałem – obiekty sportowe. Na grobowcach nie uświadczysz świeczki, a i kwiatki to rzadkość. Przechodzę obok, koło sekcji urn, gdzie tabliczki na trawie z załączonym kwiatkiem lub bukiecikiem informują o zmarłym. Co mi się podoba – leżą tu prochy chrześcijan różnych wyznań i niewierzących, żydów i masonów (o czym świadczą symbole na tabliczkach), i nikomu to nie przeszkadza.


6 stycznia 2004 (wtorek)

I znów na codziennym trakcie. Jaki on zwyczajny i bez uroku, po tych ścieżkach nie wydeptanych wzdłuż górskich potoków, wodospadów, lasów tropikalnych, skał i głazów górskich, wreszcie nieskazitelnej przejrzystości słonej wody w oceanie. Właściwie, tylko much mile nie wspominam. No cóż, trzeba się do tej zwyczajności przyzwyczaić – najlepiej szybko zmienić trasę...

Tymczasem dziś powrót do pracy. A ile czytania mi się nazbierało - wcześniejsze tomiki poezji Marka Baterowicza, utwory liryczne z całego, poprzedniego roku poetki z Polski - a ja ciągle ślęczę nad Kuroniem. Aha, miła niespodzianka. Po raz pierwszy w życiu za namową fachowca od literatury, wysłałem swoje wiersze na konkurs ogólnopolski. No i otrzymałem właśnie zawiadomienie, że zostałem laureatem konkursu poetyckiego „Nasz Czas” (właściwie vice-laureatem). Przyjemnie, że to co piszę, innym też się podoba.


8 stycznia 2004 (czwartek)

O, cóż za niezwykły gość odwiedził nasz skromny staw. Na samym środku błękitnej toni wody, usadowił się sam chyba trochę zdziwiony swoją tu obecnością... pelikan. Dostojnie porusza głową i co pewien czas zanurza olbrzymi dziób w wodzie. Kaczki, kurki wodne, kormorany i czaple niezbyt zadowolone, bo przybył wielki obżartuch na śniadanie. A tu nie ma czym się dzielić, bo odkąd tędy przechodzę, żadnej rybki nie zauważyłem.

Piękny początek dnia choć trochę chłodny.

Stojący obok przy swoim domu Aussie, machnął mi głową na powitanie. I już po tym geście wiem, że to typowy Aussie z korzeniami brytyjskimi. Takiego gestu głową nie robią inni. Zwykle kłaniamy się skłaniając głowę w dół. Oni nie. Ich powitanie, to machnięcie głową na bok, niczym koń oganiający się od much, albo człowiek przywołujący gestem głowy drugiego.

Na początku pobytu w Australii, dałem się na ten gest nabrać. Kłaniał mi się jeden w ten sposób w firmie gdzie zacząłem pracę. Ja widząc to potraktowałem jego gest jako sygnał i podszedłem pytając: co chcesz ?

Ten zdziwiony moim pytaniem mówi: jak się masz... Odpowiedziałem niepewnie że „dobrze” i speszony odszedłem.

Liryka moja ukaże się w almanachu pt. W blasku księżyca. Muszę przyznać ... cieszę się.

10 stycznia 2004 (sobota)

Zauważyłem, że odkąd gościmy na podwórku kosy, cykady (nasze, cichutkie, przyjemniutkie) kompletnie zamilkły. Pamiętam ich koncerty w poprzednich latach, teraz, to gatunek wymarły na naszym terenie. Podobnie jak czarne żuczki podjadające korzenie trawy, którą tak pielęgnowałem ze względu na green (poletko treningowe do golfa). Teraz za sprawą kosów zniknęły. Niestety znikają też truskawki z nielicznych krzaczków w ogródku. A nasze domowe papużki zadawalają się tylko ziarnem...

Polacy chełpią się szopką wybudowaną w polskim kościele. Zbudowali piękną szopkę O.K. Chwała projektantom i wykonawcom. Lecz w polskiej mentalności czai się inny czynnik: duma i przekonanie że tym przewyższają Ozzich, bo oni takich szopek nie mają. No i co... Przyjedzie telewizja, sfilmują, pokażą migawkę pod koniec dziennika. A Polacy jeszcze bardziej się chełpią. Już słyszę te komentarze: Oziki to nie mają o tym pojęcia. A biedni, szpanujący teraz, wypinający dumnie pierś Polonusi, zapominają w jaki sposób oglądali kiedyś pokazywane w telewizji krajowej okazałe palmy z Lipnicy Wielkiej, czy kolorową procesję z Łowicza... Siedzieli przed telewizorami i komentowali: folklor wyszedł na drogę, cepelia zawitała, itp... Ale siebie samych, już chcą widzieć inaczej...


12 stycznia 2004 (poniedziałek)

Nasz nowy ksiądz australijski zauroczył mnie wczoraj swoją retoryką. Najpierw z pamięci wyrecytował (wyrecytował tak, że ani Holoubek, ani Kolberger, lepiej by tego nie zrobili), ...

Nasz nowy ksiądz australijski zauroczył mnie wczoraj swoją retoryką. Najpierw z pamięci wyrecytował (wyrecytował tak, że ani Holoubek, ani Kolberger, lepiej by tego nie zrobili), Ewangelię o chrzcie Jezusa. A później przypieczętował to homilią – krótką, pełną treści, bez banałów, gdzie każde słowo miało swoje znaczenie i dla mnie było bardzo odkrywcze.

Inne spojrzenie na naszą rzeczywistość i relacje bosko-ludzkie w kontekście sakramentu chrztu. Podsumowując w wielkim skrócie - powiedział, że Bóg nie wymaga od ludzi ciągłego udawadniania że są Jego warci, czy poświęcenia w celu bycia „prawowitymi dziećmi bożymi”. Już sam chrzest i fakt przestrzegania przykazań Dekalogu, jest warunkiem wystarczającym do Błogosławieństwa Bożego.

Mówił też, o potrzebie właściwej (czyli życzliwej) oceny w stosunkach międzyludzkich. O potrzebie tego codziennego błogosławieństwa (dobrego słowa), w relacjach: dom, praca, szkoła. I mówił to z taką samą wirtuozerią. Postanowiłem podziękować mu za tę prawdziwą ucztę duchową i wysłałem mu e-mail.

Dzisiaj otrzymałem odpowiedź:

Nie ma za co. Zadowolony jestem, że ktoś jednak słuchał i że Duch Święty rozwiązał mój krnąbrny język. Życzę przyjemnego tygodnia.
Z Błogosławieństwem Bożym

Father Gerry.


Przypomniał mi się inny kaznodzieja z mojego rodzinnego miasta, na kazania którego przychodziły tłumy. Był to ks. prof. Włodzimierz Sedlak. Profesor biologii teoretycznej, magister antropologii i pedagogiki. Twórca elektromagnetycznej teorii życia. Powiedział on m.in.:

Przyroda wymowniej świadczy o Bogu od wszelkich argumentów filozoficznych.

Ja niestety wtedy byłem jeszcze szczeniakiem, aby w pełni to zrozumieć i docenić.

13 stycznia 2004 (wtorek)


Jeszcze parę dni temu wspominałem o hokeju na trawie – czysto z przypadku, a tu zdarzyło mi się oglądać na żywo mecz, i to ... reprezentacji Polski.

Przebywają właśnie u nas na zgrupowaniu i co parę dni rozgrywają mecz z lokalnymi drużynami.

Nie sprawili na mnie dużego wrażenia, nie błyszczeli umiejętnościami technicznymi, ani taktyką gry. Być może traktowali mecz sparingowy bardzo na luzie, ale nasza lokalna drużyna niewiele im ustępowała. I tu chciałbym się zatrzymać. Napisałem „nasza” z całą świadomością i premedytacją, choć może to brzmieć obrazoburczo dla niektórych. Traktuję na równi obydwa zespoły, co więcej w takich sytuacjach zawsze mówię: niech wygra lepszy.

Natomiast nieliczna grupa kibiców polskiej drużyny siada na trybunach jak szalikowcy, którzy właśnie wysiedli z krajowego pociągu, szowinistycznie traktując miejscowych i wręcz żądając od biało-czerwonych pożarcia przeciwnika. Nie piszę to akurat na podstawie tego meczu, ale wszystkich innych, oglądanych przeze mnie, z udziałem polskich reprezentantów w różnych dyscyplinach sportu.

Zastanawia mnie mentalność moich rodaków. Żyją tu po wiele lat, szmat czasu, tu wychowują swoje dzieci, często dochowali się już wnuków, a traktują to miejsce, jakby tu dopiero zawitali i to właśnie na okoliczność meczu. Przecież w lokalnej drużynie, mógł grać współpracownik z firmy, syn sąsiada – nic to. My Polaki – kto nie znami ten nasz wróg.

Oczywiscie, nie jest to generalna zasada Polaków tu mieszkających. Jak zwykle jest paru krzykaczy, którzy się popisują. Ale to dziwne, że mieszkając tu tyle lat nie zauważyli że można kibicować inaczej – że przeciwnik biało-czerwonych, to też sportowiec.


14 stycznia 2004 (środa)

Jacek Kuroń przesiedział dotychczas d z i e w i ę ć lat swojego życia w kryminale. Dziewięć długich lat rozłąki z żoną, rodziną, przyjaciółmi. Dziewięć lat życia wśród fusów, degeneratów, w mikrospołeczeństwie więziennym. ...

Jacek Kuroń przesiedział dotychczas d z i e w i ę ć lat swojego życia w kryminale. Dziewięć długich lat rozłąki z żoną, rodziną, przyjaciółmi. Dziewięć lat życia wśród fusów, degeneratów, w mikrospołeczeństwie więziennym. Nic nie ukradł, nikomu uszczerbku na zdrowiu (no może coś tam było we wczesnym okresie komunizowania) czy życiu nie uczynił. Jedynym jego przestępstwem było to, że ... odważył się myśleć inaczej. Nawet nie inaczej, przecież on był, lewicującym bojownikiem o ustrój z ludzką twarzą, żądał tak mało i o wiele za dużo. Za myśli, odebrano mu dziewięć lat honoru. A Polacy chwalą się że inkwizycji u nas nie było. Czyż to nie forma współczesnej inkwizycji.

Kuroń opisuje swoje życie w więzieniu – miał szczęście, jego mentalność typowo rewolucyjna szybko zaadaptowała go do tych warunków.

Pamiętam to - zdarzyło mi się przesiedzić 24 godziny w areszcie (do tej pory nie wiem za co; anarchistyczno-polityczne insynuacje). Do tej pory pamiętam ten koszmar. A i pierwszą (i jedyną) pałkę przez plecy (całe szczęście że chodziłem w jesionce), dostałem w czasie manifestacji marcowej 1968 roku w Radomiu. Za te same wydarzenia Kuroń siedział trzy i pół roku. B a g a t e l a .

Szanuję Kuronia za determinację i wiarę w to co czynił. Bo przecież o zmianie ustroju wtedy jeszcze nikt nie marzył...a karę dożywocia szykowano dla paru opozycjonistów. W każdym razie nagonkę propagandową już zaczynali. Sam to pamiętam.


« Big Beat | Strona główna | Pięta »