« W blasku ksieżyca | Strona główna | Znajoma z pracy »

1 grudnia 2003

Dzienniki - grudzień I - 2003

Pierwszy grudnia wita chłodną pogodą, nie jest zimno, ale jak na tę porę roku u nas, to nie za bogato.

Akcenty świąteczne już widać na każdym kroku. To przydomowa tuja czy cyprys ubrane świątecznie w bombki choinkowe, to drzewko liściaste oplecione złotymi lub srebrnymi lametami. Przy niektórych domach, całe dekoracje świąteczne iluminowane lampkami. To widać dopiero wieczorem w pełnej krasie, kiedy robi się ciemno. Bywają całe uliczki domów oświetlonych tysiącem świateł, mrugających na różne sposoby. Na mojej, jest parę budynków udekorowanych świątecznie. W większości domów już stoją choinki.

Wczoraj grałem w tenisa i dziś rano jestem trochę obolały. A propos tenisa: wygraliśmy Puchar Davisa z Hiszpanią. Wspaniałe mecze. Nasi chłopcy spisali się na medal.

3 grudzień 2003 (środa)

Jakiś alarm domowy robi niesamowity hałas. Tu co drugi dom ma system alarmowy, ale większość to prymitywne, tanie obwody, które robią często hałas bez przyczyny. Idę i myślę: po co im to, przecież u nas nie kradną – gówno prawda, wszędzie to robią, tylko u nas ... rzadziej.

Omijam ślimaki, które akurat idą w poprzek mojej trasy, dźwigając swoje imponujące domy na grzbiecie. Po chwili muszę robić szybki slalom, między wodotryskami podlewających trawę sprinklerów. Mają one zasięg do 10 metrów i zmieniają kąt podlewania.

Czytałem właśnie, że w polskim kościele nastały dni Adwentu, czyli ...pokuty.

I tu widzę diametralnie inne podejście do Adwentu, katolickiego kościoła australijskiego. „Adwent to odnowa duchowa i przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia” – tak nauczają tu, i tak też mówił w niedzielę Papież. Ani słowa o pokucie i postach.

Czytam, że biskupi przypominają, iż katolików w Polsce obowiązuje wstrzemięźliwość od spożywania mięsa, we wszystkie piątki całego roku...i tu pytam: - Czym się różni katolik polski, od każdego innego? Dlaczego jednych obowiązują takie nakazy, a innych nie ?

Rozumiem kiedy biskupi zachęcają katolików w Polsce do postu w Wigilię (do niedawna jeszcze nakazywali) – wiadomo, tradycja polska w imię głębszego doznania samych świąt, ale dlaczego chcą trzymać „swoich” wiernych, parę lat do tyłu za resztą świata?

Jeszcze „ciekawsze życie” mają niektórzy (sic!) ortodoksi w Australii. Serbowie i byłe narody ZSRR obchodzą wszystkie święta z opóźnieniem dwóch tygodni. Natomiast Grecy nie (mój kolega Grek cypryjski żartuje, że tamtych nie stać na nowe kalendarze). W oficjalne święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy, jak i Wielkiego Piątku (tu dzień wolny), muszą udawać, że to ich nie dotyczy, i tu uczucie ambiwaletne aż targa duszą co bardziej wrażliwego wyznawcy religii ortodoksyjnej i w efekcje tego wielu z nich świętuje ...podwójnie. Wiem, że nieraz apelowali do swoich przywódców duchowych, na terenie Australii, aby dostosować daty świąt do kalendarza gregoriańskiego – nic z tego. Twardy mur oporu. Nie nada...


5 grudzień 2003 (piątek)

Skończyły się dobre czasy w pracy. Mnóstwo wolnego czasu i wręcz relaksowe podejście do zadań, studiowanie polskiej prasy na internecie – to było. Od paru dni pracuję w zdwojonym (potrojonym raczej) tempie (to przez ten cholerny awans). Często po dwa zebrania, kontakty z kilkoma fachowcami z różnych branż, dziesiątki e-maili z informacjami, których nawet nie mam czasu przestudiować. No i poważny projekt, który muszę wyprowadzić na szerokie wody. Zaczyna mnie częściej pobolewać głowa i coraz trudniej mi zostawić sprawy projektu w biurze. Myśli o koncepcie rozwiązań nachodzą mnie nawet w mojej „świątyni dumania” gdzie bardzo często sobie przesiaduję. Jest to ławeczka w rogu podwórka trochę w dołku tuż przy małym wodospadzie, gdzie szumiąca woda przepływa z górnego zbiornika do niższego, w otoczeniu lilii i palm. Obok okwiecone drzewo magnolii, z drugiej strony krzaki róż a nade mną pnąca gęstwina liści i niebieskiego kwiecia, imitujących czarnoleską lipę. Nie ma lepszego miejsca na świecie (dla mnie), na wypicie szklanki piwa, czy lampki wina, (liczba pojedyńcza w zdaniu, użyta całkiem przypadkowo).

Chwilowo jestem oddelegowany do pracy w jednym z ładniejszych biur miasta i to jest jedynym plusem – a ja znowu o tej pracy. Za trzy tygodnie wakacje...


8 grudzień 2003 (poniedziałek)

Rano cisza. Bezwietrznie a i ptaków nie słychać. Ulica jeszcze śpi. Trochę pochmurno, ale ciepło. Tylko od czasu do czasu, przeloty ptaków z drzewa na drzewo, a z oddali słychać okresowo synogarlice wydające swoje charakterystyczne gruchanie.

Zbliżam się do małego parku. Tu już ptactwo nadaje na cały głos. Czarne kury wodne nagle spłoszone moją obecnością, w te pędy uciekają w stronę stawu, na swych długich nogach. A wielkie kruki przypominają stare parasole, które gwałtownym ruchem zniszczonego mechanizmu, nie chcą się rozłożyć, szeleszcząc czarną płachtą.

Z tą moją pracą to nie jest tak źle. Pierwsze parę dni owszem,... ale już wraca prawie wszystko do normy. Tylko na lunchtime wychodzę z przyjemnością, pospacerować wśród piękna okolicy. Czuję się, jakbym nagle przebywał gdzieś ...na wakacjach, taka tu atmosfera.Ta sama firma która robiła development mojej dzielnicy, wykonywała także tę. Tylko tutaj oprócz dzielnicy mieszkaniowej, są już zagospodarowane kompleksy uniwersytetu oraz firm hi-tech, laboratoria itp.

Moja firma usadowiła się w jednym z najokazalszych budynków Technology Park, tuż przy jeziorze, którego też parę lat temu nie było. Wszystko tu nowe, zrobione z rozmachem, ale i smakiem. Architektura wtapia się w zieleń i tworzy harmonijną całość dla ludzkiej egzystencji. Niestety, będę tu pracował tylko kilka tygodni i powracam do dzielnicy przemysłowej, gdzie wcale nie mam ochoty na spacery.

Przeczytałem właśnie, że tajemnice katastrof w Trójkącie bermudzkim i jemu podobnych, zostały wyjaśnione. Otóż, powodem tego stanu rzeczy, jest metan gromadzący się w niektórych rejonach oceanu, wskutek erozji flory podwodnej jak również z innych przyczyn. Do zatopienia statku wystarczy podwodna erupcja metanu, gazu, który zagraża całej naszej planecie.

Spieniona metanem woda bywa lżejsza od powietrza. Statek nie może utrzymać się na jej powierzchni i zapada się, jakby wpadł do gigantycznej studni. Metan jest łatwopalny, a wymieszany z powietrzem staje się wybuchowy. Wystarczy aby w czasie przelotu samolotu w pobliżu uderzył piorun lub spadał meteoryt i katastrofa gotowa. W ten sposób zginęło co najmniej 50 statków i 20 samolotów w pobliżu Florydy.


10 grudzień 2003 (środa)

Po wczorajszych czterdziestu stopniach, dzisiejszy poranek całkiem chłodny.

Wczoraj wieczorem szkolna msza na pożegnanie roku szkolnego. Jutro ostatni dzień szkoły. Dziecko skończyło podstawówkę i od lutego zaczyna nowy etap drogi przez życie - w szkole średniej.

Proboszcz powiedział piękne kazanie ale i tak do niewielu dotarło.

Ja dotarłem do końca książki „Między Panem i Plebanem” gdzie ksiądz Tischner też pięknie się wypowiada, ale również bardzo kontrowersyjnie, szczególnie dla kogoś, kto nie chłonie jego podkładu filozoficznego. Bo jak przyjąć jako katechezę takie stwierdzenia:... Gdyby ktoś mi powiedział, że nie ma Boga, powiedziałbym, że też ma rację, bo Pan Bóg „jest” w innym sensie, niż wszystko inne „jest”.
Albo takie stwierdzenie: ...Nie spotkałem w moim życiu nikogo, kto by stracił wiarę po przeczytaniu Marksa i Lenina, natomiast spotkałem wielu, którzy ją stracili po spotkaniu ze swoim proboszczem.

Podobają mi się wnikliwe analizy - przenikania „homo sovieticusa” tak w struktury byłej komunistycznej partii jak i do wnętrza Kościoła - prowadzone przez A.Michnika jak i przez wspomnianego księdza.
Bardzo interesujące jest rozpatrywanie totalitaryzmu religijności polskiej, tzn. to często się czuje, ale nikt dotychczas nie ujął tego w proste słowa, bez cienia uszczypliwości, po prostu uczciwie analizując zjawisko.

Krótka, lecz pełna w treści definicja demokracji w słowach księdza filozofa : ... demokracja polega na tym, że nie człowiek ma władzę nad drugim człowiekiem, ale prawo. W demokracji słuchasz prawa, a nie władcy, lecz nie jest ona najwyższą wartością.

I na koniec przytoczę cytat też J.Tischnera na temat ojczyzny:

Nasz naród jest naszą ojczyzną. Ale ojczyzna to coś więcej niż naród.

A dalej mówi:

Ojczyzna to dla mnie związek moralny i mogą w niej być rozmaite narody.

I to jest świadomość człowieka, który rozumiał i widział więcej niż jego rodacy. A przemyślenia te już realizuje się w takich krajach, jak ...Australia.

12 grudzień 2003 (piątek)

Idąc przed siebie rozmyślam o świętach. Jeszcze niecałe dwa tygodnie, ale już człowiek dopina ostatnie sprawy, aby wejść w okres świąt i nowego roku „na czysto”.

Przypomniały mi się pierwsze święta na tej ziemi. Pamiętam tę fascynację; po polskiej mszy, siadaliśmy za stół ze specjałami od polskiego butchera (tak, tak, już nie rzeźnika), a po tym z pękatą esky, wygrzewaliśmy się na plaży, kąpiąc się i popijając chłodne piwo. Zachłystywaliśmy się swoim szczęściem. Dla niektórych było to doskonałe antidotum na chandrę i nostalgię (byli tacy). Tam w kraju rodacy marzną ... a my tu w raju, wygrzewamy się na złotym piasku – upajaliśmy się tą myślą. Była to autentyczna fascynacja, która w miarę upływu lat zamieniała się w normalność i traciła blask. Stało się czymś zwykłym, pocić się przy wigilijnym stole, kiedy na dworze 35°C, a na pierwszą gwiazdkę ciężko się doczekać, bo dzień bardzo długi.

Drugie święta natomiast, spędziliśmy na wielkiej wyprawie. Zrobiliśmy ponad 4 tys. kilometrów, zwiedzając kawałek Australii, w tym: Melbourne, Canberrę i Sydney.

Pamiętam naszą wigilię gdzieś na skrawku zieleni przytroczonej do nie kończącej się plaży. Rozbiliśmy trzy namioty (brzmi jak cytat biblijny) i pojechaliśmy zwiedzać okolicę. Kiedy wróciliśmy, tylko nasz (kolegi i mój) namiot stał, jako tako – bo najmniejszy, dwa pozostałe poddały się morderczym podmuchom wiatru i jak namioty wezyra pod Wiedniem (trochę przypominały je kształtem), zostały zdobyte przez aurę. Wiało tak, że nie udało się doprowadzić obydwu do stanu świetności, więc wieczór wigilijny spędziliśmy w naszym namiocie w ...7 osób. Była mini choinka, świeczka, opłatek, pełno potraw wigilijnych, wcześniej przygotowanych przez uczestniczki wyprawy – brakowało tylko miejsca.

W czasie tej podróży spotykaliśmy się z rodakami (takimi jak my, nowo przyjezdnymi, choć nie tylko), w Melbourne, czy w Sydney. Wymienialiśmy poglądy na tematy nas świeżych imigrantów interesujące: porównowaliśmy warunki życia, itp. Pamiętam, że mimo najmniejszego miasta, wypadaliśmy najokazalej – mieliśmy najwięcej ulg i przywilejów. No i wpadaliśmy w dumę... Było to śmieszne, ale jakże naturalne.


14 grudzień 2003 (niedziela)

Następne imprezy za nami. Zakończenie sezonu tenisowego i netballu. Wczoraj na imprezie w klubie tenisowym, wygraliśmy nagrodę w loterii wartości $250, sporo CD i DVD, które zasilą naszą kolekcję. W obydwu przypadkach (tenis i netball), uczestniczyliśmy w imprezach i w obydwu grach dziecko sprawiło się na medal. Przyjemnie słyszeć zachwyty nad grą mojego dziecka, tę próżność tkwiącą w genach kultywuję, a aplauzy ... szczerze mówiąc, na to zapracowało.

A ile ja mam przy tym emocji i za to też jestem wdzięczny swojemu dziecku.

Jeszcze tylko czekają mnie dwie imprezy związane z pracą, a później już wigilia...

« W blasku ksieżyca | Strona główna | Znajoma z pracy »