« Zwiazkowiec | Strona główna | W blasku ksieżyca »

17 listopada 2003

Dzienniki - listopad II - 2003

Ostatnio oglądałem małą wystawę ze sztuką sakralną. Nie jestem entuzjastą tego typu sztuki, a szczególnie współczesnej. Od razu też przypomniało mi się przykazanie:


„Nie będziesz czynił żadnej rzeźby, ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko.”

Powszechne nie przestrzeganie tego przykazania, praktycznie dyskredytuje nas jako ród ludzki w „oczach” Boga. Wszelka sztuka: malarstwo, rzeźba, grafika, jak i bardziej współczesne wynalazki jak: kino, fotografia, TV, czy prasa, są niezgodne z powyższym zakazem. Można śmiało powiedzieć, że jest on niemożliwym do przestrzegania w formie literalnej. No dobrze, a człowiek pierwotny? Już ludzie mieszkający w jaskiniach przyozdabiali te wnętrza malowidłami scen polowań, dzikimi zwierzętami i ptactwem, oraz podobiznami przodków. Teraz podziwiamy te twórcze freski, na jaskiniowych sklepieniach w różnych częściach świata. Ci ludzie nie robili tego „na złość” Bogu, bo Go jeszcze nie znali. To było w ich naturze. Czyżby Bóg tworzył prawo przeciw naturze człowieka? Czytając Stary Testament, w każdej księdze można spotkać podobne dylematy. Jak to rozumieć?

Wydaje mi się, że Jezus daje tu doskonałe wyjaśnienie problemu... Sam mówił: „jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie”.

To zdanie świadczy jednoznacznie, że nie można literalnie interpretować nauk. Bóg liczy na nasz zdrowy rozsądek, w który genetycznie zostaliśmy wyposażeni. Kilkakrotnie przywołując słowa Pisma, Jezus poucza: ...a ja wam mówię...i tu dodaje diametralnie inną poradę, przykład czy wskazówkę. Tym samym daje jednoznacznie do zrozumienia, że te księgi Biblii nie są wyrocznią prawa na Ziemi, a jedynie zbiorem informacji o prawach natury i etyki na przestrzeni (ograniczonej) dziejów, informacji historycznej, którą coraz częściej potwierdzamy współczesnymi badaniami dziejów, wreszcie -przekazów myślowych i proroctw ludzi z podwyższoną świadomością bytu, zwanymi prorokami.

Przedłużeniem formy ksiąg biblijnych, jawi się ...Księga Urantii. Ta księga jeszcze obszerniejsza niż Biblia, nawiązuje do tematów biblijnych rozwijając je, inaczej interpretując, lub wprowadzając nowe wątki. Księga Urantii ma za ambicję, być bardziej strawną dla umysłu współczesnego człowieka. Wyjaśnia strukturę Wszechświata wręcz naukowo, jak również początki rodu ludzkiego na naszej planecie, wraz z poszczególnymi etapami ewolucji, także zjawisko UFO i wiele innych. Podaje się jako dalszy ciąg Objawienia boskiego. Jest prawdopodobnie (sam nie czytałem całości tylko fragmenty i omówienia) bardziej „dostosowana” do etyki i umysłu, człowieka wieku technologicznego. Powstała w latach 30-tych (?), spisana w 50-tych w Ameryce, w sytuacji dość tajemniczej. I ten fakt – powstania w Ameryce nastraja mnie bardzo sceptycznie do tej księgi. Z tego co przeczytałem – zbyt pasuje do naszej, współczesnej logiki i mentalności. Jest napisana tak, że przeciętny człowiek zagłębiając się w jej treść pomyśly: no nareszcie coś co trzyma się kupy jedno, drugiego.

Mówiąc trywialnie – za piękne, żeby było prawdziwe. Ale kiedy Jaworscy przetłumaczą (swoją drogą podziwiam ich) całość księgi, na pewno ją dokładnie przestudiuję. Być może zmienię zdanie, bo nie wątpię, iż jest to księga głęboko humanistyczna.


19 listopad 2003 (środa)

Ciągle pochmurno i parno, burzowo i wilgotno. Pogoda żywcem przeniesiona z Bangkoku, czy Singapuru. U nas zwykle jest bardzo suche powietrze, a tu od paru dni... tropik. Powyżej 30° i burze. Przesilenie wiosenno-letnie, czy ciśnienie związane z częstymi skokami temperatury, powodują że nie odczuwam już entuzjazmu z nadejścia gorąca (tak, tak, mam w sobie jakieś arabskie geny, albo co...) i nic mnie ostatnio nie fascynuje. Podejrzewam, że to jednak wynik... porzucenia diety; tak, tak, sezon festiwalowy. Optymalny lekarz wyraźnie mówi, że wszelkie odstępstwa od prawidłowego żywienia trzeba odpokutować, samopoczuciem. A tu ciągle jakaś impreza, i w pracy co parę dni barbecue, i w szkole starej i w nowej u dziecka. Pocieszam się, że jeszcze 5 tygodni i wszystko się wyciszy. Wyjeżdżamy na krótkie wakacje.

Przestudiowałem ostatnio życiorysy tytanów literatury – głównie polskiej. Bardzo schematyczne. Na ogół filologia, historia sztuki, filozofia itp. Bywają jednak lekarze i sporo prawników. Spotkałem jednego z wykształceniem technicznym i co najwyżej kilku architektów.

Zdecydowana większość, odbyła kilka interesujących czy koniecznych podróży po świecie. Paru przeżyło dłuższą lub krótszą emigrację. Najgorsze były te wymuszone. Dużo było działaczy społecznach i politycznych. Bywali ekscentrycy i nie dopasowani. Ale jeden z nich był wyjątkowo ciekawym oryginałem. Można by rzec, że wyszedł na swojej ideologii jak Zabłocki na mydle. Myślę o Bruno Jasieńskim. Otóż, ten jegomość skądinąd niezły literat, awangardzista – tak obraził się na współczesną cywilizację w wydaniu polskim, a potem francuskim, że wyemigrował do ówczesnego oseska – ZSRR. Tam też przyjął obywatelstwo i, zaczął pisać ... po rosyjsku. Długo nie popisał. Przyszły stalinowskie czystki, skazano go na zsyłkę i 15-cie lat ciężkich robót. Już w czasie transportu który trwał dość długo Jasieński wyzionął ducha.

Nie zawsze warto kierować się wybrykami serca...


21 listopad 2003 (piątek)

Dziś jest chłodniej i jest czym oddychać...

Wczoraj przeczytałem parę informacji, o pracy i poglądach angielskiego filozofa Herberta Spencera.

Jestem r o z c z a r o w a n y.

Dowiedziałem się z tego, że to on odkrył „moją” formułę o ewolucji powstawania świata i jego dziejów. Tak gdzieś 100 lat temu... Znowu się spóźniłem.

Za co się człowiek nie weźmie... wszystko już było.

A jednak nie wszystko. Przyszło mi żyć i współtworzyć subkulturę końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. Takiego dystansu generacyjnego jaki się wtedy wytworzył, nie było nigdy wcześniej. I wszystko to powstało na przestrzeni jednego pokolenia. Wszystko było nowe: dźwięki i ekspresja muzyki dotychczas nie znane; wprowadzenie elektroniki do sztuki wizualno-akustycznej; odrębność i oryginalność mody, poglądów i sposobu zachowania; nowych form artystycznego wyrazu.

To wszystko było: BRAND NEW.

Do XIX wieku, życie było kompletnie inne. Dzieciństwo stosunkowo krótkie, a coś takiego jak kultura młodzieżowa, było praktycznie nieznane. Po prostu, nie było młodzieży. Młodzi ludzie - jak już trochę wyrośli - na gwałt upodobniali się do dojrzałego pokolenia: strojem, zachowaniem, upodobaniami.

Czytali te same książki, słuchali tej samej muzyki (o ile mieli szczęście). To wszystko. Teatr i koncerty – to było dostępne dla jednostek.

Dopiero XX wiek, wprowadził pewne zróżnicowanie i parę domen młodości: sport, wynalazki techniczne, bohema artystyczna jako zjawisko kulturotwórcze. I to już było coś. To zaczęło wyodrębniać różnice pokoleniowe. Ale dopiero moja generacja, diametralnie pozostawiła grupę wiekową rodziców i dziadków, na drugim brzegu (tęczy – czasami).

Pokolenie dorosłych nie potrafiło kompletnie zrozumieć, ani zaakceptować tworzącej się wtedy filozofii pop-kultury i flower-power.

Późniejsze lata: 80-te, czy 90-te, przyniosły już tylko formy powielania, lub makijażu tych przełomowych lat, burzliwie łamiących skostniałe konwenanse czasów powojennych. Happeningi artystyczne, cała muzyka rockowa ze wszystkimi mutacjami, pop-art, stereo, elektronika wizualno-akustyczna, hippies z nową filozofią życia. To było coś, czego wcześniej nigdy nie było.

Inna sprawa, że jako ruch masowy, tworzył w okolicach kiczu i chałtury, ale jednostki wybitne weszły do panteonu kultury i sztuki światowej.


23 listopad 2003 (niedziela)

Powietrze pachnie kwieciem i ziołami. Świeżo i przyjemnie.

W pracy ostatnio miałem aż za dużo wolnego czasu, a tu przebąkują coś o awansie zawodowym. Właściwie, to nawet pasuje do specyfiki tej firmy. Tylko trzeba nadrabiać gębą. I to mnie dziwi, bo ja wcale tego nie robię. A co mi tam...

Przypomina mi to, jak będąc w wojsku, byłem „na siłę” awansowany o stopień wyżej – bo tak „wypadało”. Ja wcale nie chciałem, broniłem się, a i tak mi belkę na pagony wrzucili. A było to ciekawe wojsko. Było nas dwóch, w każdym z nas inna krew – zacząłbym parafrazując znaną piosenkę Perfectu. Tak, na całe powiatowe miasteczko w rzeszowskim, było nas dwóch, żołnierzy czynnej (czyt. przymusowej) służby. Rezydowaliśmy w najokazalszym budynku miasta na 5-tym piętrze. Tam mieszkaliśmy i pracowaliśmy. I tam dostąpiłem nominacji na starszego szeregowca. Ten drugi aż się palił do tego awansu, ja – olewałem. Zawsze kiedy był wybór – czyszczenie broni, lub wyniesienie na dół śmieci, wybierałem to drugie. Oficjalnie mówiłem im, że jestem pacyfistą. Chyba jednak nie bardzo rozumieli co to znaczy, bo wtedy słowo to było na cenzurowanym.

Kolega, który odbywał tam służbę ze mną, był normalnym człowiekim. Ochoczo podejmował zadania związane z pracą w sztabie wojskowym; wtedy też znalazł sobie narzeczoną i po skończonej służbie, jak Bóg przykazał, ożenił się i osiadł tam na stałe. Wybranką była pracownica restauracji, w której się stołowaliśmy. Był całkiem normalnym chociaż kiedy nauczył się grać nieźle w szachy, budził mnie w środku nocy, żeby rozegrać partyjkę, bo właśnie obmyślił zagrywkę nie do obronienia przeze mnie. No i czasem mu się udawało. Ale nigdy nie podrzucał czapki wojskowej z cywilami na centralnym placu – kto wyżej... Nie przychodziły na niego meldunki żandarmerii wojskowej z wojewódzkiego miasta, o nie regulaminowym wyglądzie i zachowaniu. Meldunki – całe litanie, które sam odbierałem, bo prowadziłem kancelarię jawną. Przyjemnie czytać donosy na siebie... I
d o
k o s z a ...

24 listopad 2003 (poniedziałek)

Wczoraj miałem trochę zimy. I to mi w zupełności wystarczy. Przez 4 godziny przebywałem w temperaturze w okolicy zera stopni. Igraliśmy z dzieckiem na śniegu i lodzie. Sanki (tobogan), narty i łyżwy. Ja tylko to pierwsze i ostatnie, bo na nartach nie umiem.

Przyjemnie pohasać kiedy para z buzi bucha, ale bez przesady- parę godzin w zupełności wystarcza. Następne- za parę miesięcy. Zwykle co kwartał zaliczamy tę przyjemność. Dziecko już jeździ na łyżwach do tyłu, a na nartach, od dawna całkiem dobrze sobie radzi.

Mnie jak zwykle, przypominają się młode lata, ale to już jest całkiem inne przeżycie, współczesna cywilizacja zmienia wszystko, pozostają tylko atrybuty: śnieg i lód. Tak naprawdę też sztuczne. To wszystko pod jednym dachem. Choinki wzdłuż stoku mają przypominać górskie tereny, ale to tylko kiepska imitacja. Ale komuś kto potrzebuje kontaktu z zimą tylko na parę godzin (tak jak ja), to w zupełności wystarcza. Atmosfery dodaje muzyka i dyskotekowe światła. A ja za autobusem miejskim na łyżwach czasem jeździłem... A w hokeja na ulicy grałem.

Ale i w dzisiejszych czasach, nigdy nic nie wiadomo. Nie tak dawno, prawie rok temu, w samym środku australijskiego lata (w Sylwestra) na górce podobnej do Śnieżki, znalazłem się w środku zamieci śnieżnej (-1°) w bluzie i krótkich spodenkach. W miejscowości trochę poniżej, skąd przyjechaliśmy było 25°. Filmująca ten ewenement natury ekipa telewizji, nie mogła sobie odmówić tej przyjemności i sfilmowali mnie w tej scenerii, zamieniając ze mną na antenie parę słów. No i dzięki tej zamieci, zrobiłem się widziany w całej Australii w kilku migawkach dziennika telewizyjnego. Całe szczęście, że mi woda sodowa nie uderzyła...

No i, bąkanie słowem się stało, a słowo papierem. A co mi tam...

26 listopad 2003 (środa)


Czytam wielkie dzieło Polski współczesnej – Między Panem a Plebanem. Rozmowy między Adamem Michnikiem, ks.prof. Józefem Tischnerem a Jackiem Żakowskim. Niezwykła okazja do przemyśleń o tym co było, czym żyliśmy, naszą najnowszą historią, oczyma ludzi nietuzinkowych.

Michnik wyrósł w klimacie tradycji komunistycznych, poszukując od dłuższego czasu swego sacrum, w świecie bez komunistów.

J. Tischner – profesor Papieskiej Akademii, filozof, ksiądz katolicki, wyrósł na drugim biegunie jak większość narodu polskiego. Niestety już od ponad trzech lat nie żyje.

J. Żakowski – dziennikarz, intelektualista, występujący tu w roli stymulatora dyskusji, medium neutralne, choć reprezentujące świecką inteligencję polską.

Obydwaj panowie (Tischner i Michnik), wspominają swoje dzieciństwo i uwarunkowania wchodzenia w świat dorosłych. Ich początek rozumienia świata, w którym przyszło im żyć. Dla Michnika był to marksizm z podszewką komunizmu na wzór sowietów, a Tischnera – góralski patriotyzm oparty na prostym katolicyzmie.

Obydwaj intelektualiści wraz ze stymulującym interesującą wymianę poglądów Żakowskim, analizują współczesną historią Polski, ich fascynacje, a głównie rozterki. Spojrzenie z punktu widzenia filozoficznego (Tischner), i historyczno- politycznego (Michnik). Od Arystotelesa poprzez św.Augustyna do Ingardena, Husserla i Heideggera – mieszanka humanizmu z filozofią. Analizy przemyśleń Leszka Kołakowskiego. To wszystko, dla lepszego zrozumienia dziejów współczesnej Polski i samych zainteresowanych. Transformacja ideowa Michnika, i uświadomianie polityczne Tischnera.

Polski Październik 56, list biskupów polskich i jubileusz 1000-lecia chrześcijaństwa i zrębów państwowości, Praska Wiosna i marzec 68-go, rok 1970 i wydarzenia z nim związane, wreszcie 1976 i powstanie KOR-u. Dotąd doszedłem – książka jest opasła.

Przyjemnie czyta się te niezbyt chlubne dzieje Polski, mając świadomość, że to już mamy za sobą. A intelektualistów trzeźwo myślących, zawsze kilku mieliśmy. I to jest b u d u j ą c e...


28 listopad 2003 (piątek)

Muchy stają się natrętne z samego rana. Nic dziwnego już 27°.

Otrzymałem pocztą pięknie wydaną książeczkę z dedykacją. Zbiorek wierszy wydany w Australii przez Marka Baterowicza. Szkoda, że tak dobrze napisana liryka pozostanie praktycznie nieznaną dla (nielicznego, swoją drogą) czytelnika w kraju. Wiersze uderzają uczuciem nostalgii, eurytmią i symboliką. Autor nawiązanie w paru utworach do klasyki, czy nawet do starożytności. Piękne są miniatury uwypuklające czarujący świat przyrody. Jest to już dziewiąty zbiorek wierszy tego autora wywodzącego się z Krakowa – miasta poetów, wiadomo. Od 1985 poza granicami kraju i, to się czuje, szczególnie w tytułowym dziełku pt. Cierń i cień. Choć daleki od zwykłej, pospolitej ckliwości, autor nie daje i nam szansy, ani złudzeń, pozbycia się własnego ciernia, nawet gdy usilnie próbujemy, nasz ...cień pozostanie nim ugodzony.


« Zwiazkowiec | Strona główna | W blasku ksieżyca »