« Jubileusz | Strona główna | Zwiazkowiec »

3 listopada 2003

Dzienniki - listopad I - 2003

Już listopad...

Ciągle chłodno, zwykle o tej porze bywały już upały.

U nas nie ma w ogóle tradycji masowego odwiedzania grobów. Tak, że i pierwszy, i drugi listopad są dniami, jak każdy inny, bez specjalnego znaczenia czy symbolu.

Wczoraj, skoro świt wziąłem się za zbiór liryki Edwarda Stachury pt. Wiersze. Wydawało mi się, że Stachurę jako tako znam, bo już czytałem i słyszałem trochę jego twórczości. Okazało się, że do 50-tej strony był to Stachura kompletnie mi nie znany, dopiero około 60-tej, spotkałem specyfikę Steda – duszę włóczęgi i barda ścieżek nie wydeptanych. Tych na Kujawach, gdziekolwiek indziej w Polsce, jak i w USA, czy Meksyku.

I chociaż, nawet te wiersze były mi nieznane, to już czułem – tak to jest S t e d. Około strony 120-tej, to już były znane mi dobrze utwory tego niespokojnego ducha, człowieka – legendy już za życia. Takie utwory jak: Czy warto..., lub: Już jest za późno... To moje początkowe nierozpoznanie wynikało z chronologii. Otóż, wiersze w tym zbiorze ułożone były w kolejności powstawania, i te pierwsze z lat pięćdziesiątych, to jeszcze nie była ta typowa „stachuriada”. Stąd te moje zaskoczenie, lecz czym głębiej w lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte cały Sted wychodził na światło dzienne z tymi swoimi: ech, ... się,... boże - tak charakterystyczne w jego poematach i piosenkach. Ciągle przypominają mi się jego ballady śpiewane z takim specyficznym wyczuciem przez Marka Gałązkę.

Nie, to wcale nie tak - listopad jako miesiąc nie jest wcale zwykłym miesiącem. To miesiąc festiwalowy. Tak, już teraz rozpoczyna się festiwal, ciągle jeszcze zwany – Christmas czyli, Boże Narodzenie.

Zawsze w pierwszą sobotę miesiąca, barwna, bajkowa kawalkada przetacza się przez centrum miasta. To w scenerii i w towarzystwie bohaterów bajek wjeżdża do miasta św. Mikołaj (Santa coming to town). Robi to już od ponad 70-ciu lat. Jeszcze dwa lata temu, impreza ta była obowiązkiem w naszym kalendarzu rodzinnym, teraz już właściwie... wyrośliśmy. Od tego czasu zaczyna się tzw. gorączka przedświąteczna. Sezon na spotkania i zabawy w pełni. Wszystko pod płaszczykiem świąt.

Teraz zamiast na Christmas Pageant, chodzimy czasem na zawody hipiczne – trzydniowe, międzynarodowe zawody konne. Piękna impreza – każdego dnia inna dyscyplina. Zastąpiła ona wyścigi samochodowe Formuły 1, które przez pewien czas (10 lat), odbywały się w naszym mieście. Poza tym jutro Melbourne Cup – pewnie wspomnę o tym po imprezie. No i tak się jakoś złożyło że w listopadzie mamy sporo imprez typu party, bo to urodziny, rocznice ślubów itp. A więc regularnie jestem przejedzony i ... przepojony. A później grudzień – miesiąc Christmas parties. Wszystkie firmy, organizacje, kluby, organizują te imprezy, a i zbiorowe śpiewanie kolęd (tak tu popularne, czasem już w ...listopadzie), i tak się człowiek nawet nie obejrzy, a tu już Boże Narodzenie, i... Nowy Rok.

5 listopad 2003 (środa)
Nareszcie ciepło, z samego rana już 20 st.C.

Wczoraj odbył się Melbourne Cup (święto konia) – jak ironicznie mówią Polacy – największa impreza konna na południowej półkuli, jak nas zapewniają media. Podczas tego wyścigu, zamiera życie w całej Australii – całe szczęście że to tylko na parę minut – nawet parlament przerywa obrady. Każde miasto ma swój puchar (i, dzień wolny od pracy), ale Melbourne Cup jest najważniejszy. Mimo, że w naszym stanie jest to dzień roboczy, to jednak w wielu firmach, atmosfera tego dnia do złudzenia przypomina mi np. 24 czerwca (imieniny Jana) w PRL-owskich zakładach pracy. Australia tego dnia zapomina o zgubnych skutkach hazardu i każdy bierze udział w losowaniu (sweeps) i obstawianiu koni. Już od podstawówki – bo w szkołach to święto też jest kultywowane.


7 listopad 2003 (piątek)

„Niezwykły umysł ... twój także” – taki tytuł ma książeczka A. Brodziaka, którą właśnie przeczytałem. Niezwykła to książeczka, zaskakuje analizą i końcowymi wnioskami. Autor wymieszał tu trochę filozofię z kosmologią, okrasił psychoanalityką i wepchnął swoje dzieło na półkę obok opasłej Biblii.

Analizuje on życiorysy ludzi wybitnych, takich jak: Izaak Newton, Albert Einstein, Ludwig van Beethoven, Sigmund Freud, Stephen Hawking i wielu innych, zauważając analogie i prawidłowości w tym materiale, z pozycji formy egzystencjonalnej (jak by to ujął Gombrowicz). Uważa, że ludzie ci, „kradnący owoce z drzewa wiadomości” z hiperprzestrzennego wymiaru, jednocześnie czerpią tę inną zmysłowość, nie należącą do ziemskiego modelu i wzorca obyczajowego swoich czasów. Autor dochodzi do wniosku, że również „i Twój”(czyli nasz – przyp. mój) niezwykły umysł także,... jest składową rodzącego się mózgu żywego, gwiezdnego embrionu – idąc w kierunku dawnych twierdzeń Giordano Bruno, że „gwiazdy mają duszę” (za co został spalony na stosie). Brodziaka na stosie nikt nie spali i dlatego chyba uważa on, że zmienna aktywność Słońca co 11 lat, ma niezaprzeczalny wpływ na naszą działalność na tym globie, a szczególnie działalność tzw. umysłów genialnych. Idąc dalej dochodzi do wniosków końcowych o „pierwotnej bazie świata” złożonej z życiorysów (myśli) złożonych w superkomputerze danych, którego pamięć błyskawicznie zwiększa swoją pojemność (vide Internet).

Analizuje to definicję grzechu pierworodnego i uważa że „skradziony owoc” to dane DNA, mikroprocesy i struktura Internetu, dzięki którym powstaje embrion gwiezdny. A to jest właśnie ten super umysł, ta baza...

Trochę to mgliste i nieklarowne. Bo jak sam autor swierdził, taki Nietzsche mówił o nadistotach i w efekcie, popadł w obłęd, a Freud zerżnął większość pomysłów Nietzschego – to jak to jest z tymi wybitnymi umysłami. Ludzie jako gatunek, jeszcze do niedawna byli „doskonalszymi braćmi” zwierząt, a teraz już kreuje się nas na półbogów, a może i całych. To wszystko nie pasuje do siebie. Moim zdaniem stan dzisiejszej wiedzy, nie obliguje nas do tak górnolotnych tez i przypuszczeń.


10 listopad 2003 (poniedziałek)

Róże wspaniale rozkwitły tej wiosny. Są tak dorodne jak nigdy. To efekt spóźnionej wiosny.

Wspomniałem sobie początki mojej „kariery” zawodowej na australijskiej ziemi. Pracowałem w fabryce o dość długich tradycjach w produkcji maszyn rolniczych. Moim zadaniem było składanie i testowanie różnych cylindrów hydraulicznych. Robota nawet nie ostatnia, wymagająca pobudzenia szarych komórek z letargu. Szefem tego działu był „italian” którego nie podejrzewałbym o wykształcenie, powyżej „basic” (11 klas), natomiast trzeba mu przyznać, że byą niezłym praktykiem i umysł miał dość empiryczny. Oprócz mnie, pracował tam jeszcze jeden polski inżynier, z uznanym dyplomem lecz nie lepszym od mojego językiem. Paru Australijczyków i Niemiec.

Ten ostatni, właściwie pracował w swoim zawodzie i też chodził popołudniami na kurs języka angielskiego. Zachodnioniemiecki Rudi szybko aklimatyzował się w nowych warunkach. Był typowym okazem cech Niemca z opowieści starszych ludzi: uczciwy i solidny w pracy, a z wyglądu wypisz wymaluj, typowy przedstawiciel weimarskiej klasy robotniczej. Miał czwórkę dzieci i nie podejmując wtedy żadnej pracy, żyłby nie gorzej (a może i lepiej – więcej ulg), niż pracując razem z nami. Nikt go nie zmuszał. W tym kraju można było jednego dnia nie przepracować i otrzymywać wszystkie świadczenia, jak ten, który całe życie harował. On się na nas oburzał, kiedy podważaliśmy logikę jego podejścia do tej sprawy (wiadomo, my wychowani w tym „mądrzejszym” ustroju).

Pytałem go kiedyś dlaczego zdecydował się tu przyjechać. Przecież w owym czasie RFN była „rajem na ziemi”,... dla nas. Zawsze mnie to frapowało dlaczego przyjeżdżają tu ludzie z krajów wysoko rozwiniętych, krajów zachodniej Europy. Mogłem zrozumieć Brytyjczyków, bo oni to prawie jak do swojej kolonii tu przyjeżdżali: ten sam język, klimat dużo lepszy, pracy dużo więcej (wtedy). Z angielskiego Croydon przyjeżdżali do australijskiego Croydon, z tamtych gór Grampions przyjeżdżał w te Grampions, i cała masa temu podobnych. Ale inni jednak przyjeżdżali tu jak do obcego kraju. Otóż Rudi wytłumaczył mi prosto. Stwierdził, że tam w RFN, nie stać go było, raz w roku na wczasy rodzinne nad morzem. Tu kiedy chce, wsiadają w samochód, czy miejski autobus i po półgodzinie są na pięknej plaży, lub otaczających miasto wzgórzach. I to jest to, czego nie ma w tak skondensowaniej i dostępnej formie, ani w RFN, ani w Holandii, czy Francji. I co ciekawe, wszystkie wielkie miasta Australii gwarantują te atrakcje.

Po latach spotkałem Rudiego, kiedy szarmancko otwierał drzwi długiej limuzyny jednemu z klientów. Fizjonomia ta sama, nic się nie zmienił, teraz tylko ubrany w liberię i stylową czapkę - wyglądał na zadowolonego.

Przypomniały mi się ostatnie statystyki – co trzeci Niemiec w wieku od 14-24 lat chciałby się wynieść z ojczyzny do któregoś z zamorskich krajów, aby nie być Niemcem.


12 listopad 2003 (środa)


Pogoda ... marzenie. Ciepło, słonecznie i radośnie.

Ale trawa ta „bezpańska” na wzgórzach żółcieje. To, za co lubię naszą dzielnicę - wjeżdżając w jej obręb obojętnie o jakiej porze lata - tu jest oaza soczystej zieleni. Kilometry systemów podlewających gwarantują ten komfort.

Zauważyłem, że wielu ludzi ze środowisk mających pośrednio wpływ na kształtowanie opinii społecznej, ulega jakby neodekadentyzmowi. Dekadentyzm jako kierunek filozoficzny, wykształcił się 100 lat temu, na przełomie wieków i teraz jakby z równą mocą powraca. Lecz my obecnie, po spojrzeniu na ten okres z historycznego punktu widzenia, powinniśmy wyciągnąć wnioski i już nie ulegać podobnym światopoglądom upadku cywilizacyjnego i zaniku kultury. Muszę przyznać, że sam się często na tym łapię, ale ja nie idę tak głęboko, np. nigdy z pesymizmem nie podchodziłem do osiągnięć nauki i jej skutków. Ja tylko uważam, że nie można przeceniać naszej dzisiejszej wiedzy, bo z kolei niektórym wydaje się, że to już jest to... Odkryliśmy już Wszystko, trzeba to tylko teraz dopracować. Tak samo niektórzy myśleli 100 lat temu. A tak naprawdę, dopiero od tamtych czasów rozpoczął się prawdziwy rozwój techniczno-naukowy. Za sto lat, potomni będą się śmiać z nas, z naszych przedmiotów dumy: komputerów, samochodów i, samolotów, czy paliw które obecnie używamy. A chyba i z naszej diety i, naszego sposobu uczenia się i,... chyba z wszystkiego.


14 listopad 2003 (piątek)

Lato w pełni... Koniec tygodnia upalny, temperatury około 35° C. Ranki są chłodne na szczęście, więc przyjemnie mi się idzie, choć dziś z samego rana już 20°. Przechodząc przez teren szkoły wpadłem na pomysł, że skoro za miesiąc dziecko kończy podstawówkę, to moglibyśmy... zmienić dom. Do tej pory byliśmy związani z tym miejscem, bo pod bokiem było przedszkole i szkoła jak i kościółek, oraz klub tenisowy. Teraz nic nas już z tym miejscem nie wiąże, bo wszystko mamy gdzie indziej. Nie, nie myślę opuszczać naszej dzielnicy, tylko przenieść się np. bliżej średniej szkoły – około 3.5 kilometra stąd.

Sprzedaż domu i zakup nowego, to żadna nowość dla Australijczyka. Robią to bardzo często. My też mieszkaliśmy już w dwóch własnych domach (nie licząc wynajmowanych). Nasza dzielnica ma około 8 km długości i prawie 4 km szerokości. Jest tu 30 tys. mieszkańców i 10 tys. domów. Jest w czym wybierać. Nie wiem tylko, co żona i córka powiedziałyby na ten pomysł.

W Dzienniku Polskim przeczytałem fragmenty najnowszej książki Brigitte Bardot pt. Krzyk w ciszy. W rozdziale IX pisze m.in.:

„Chwała miernotom!

Jesteśmy próżni. Stajemy się głupcami!

Jest co przeglądać w tym wszystkim, co proponują różne kanały głupcom, jakimi bez wątpienia jesteśmy, przyklejeni bez reszty do tego magicznego, małego ekranu, który już nie świeci niczym więcej jak tylko świetnie kierowaną dekadencją, ciągnącą widownię w dół, ku temu, co „Francyjka” może ofiarować najbardziej poniżającego, pospolitego i wulgarnego...”

BB pisze swoją długą opinię o programie telewizji francuskiej, ale ja mógłbym się podpisać pod tym, mówiąc o telewizji australijskiej (głównie komercyjnej), a znam takich, którzy mają podobne zdanie o telewizji polskiej.



« Jubileusz | Strona główna | Zwiazkowiec »