« Literatura australijska - Korzenie. | Strona główna | Caddie »

15 października 2003

Dzienniki - październik II - 2003

Wiosna w pełni, a moja cygańska natura w świat mnie pędzi. Na razie tylko w marzeniach i planach.

Lubię jeździć, najlepiej w nieznane mi strony, gdzie zawsze coś nowego odkryję. Zresztą w Australii turystyka jest tak dobrze rozwinięta, że tu wszystko podają na tacy. Wszędzie doskonale zorganizowane centra turystyczne. Jeszcze do niedawna każdy długi weekend, a jest ich kilka w roku, wyjeżdżaliśmy poza Adelajdę. Ostatnio, ze względu na turnieje tenisowe, które akurat wtedy się odbywają – spędzamy w domu.


16 październik 2003 (czwartek)

Po fazach kwiatowych, później listkowych, nadszedł czas na... zapachową wiosnę. Rano, rośliny i krzewy wydzielają mocne, aromatyczne zapachy. Idę, zaciągając się głęboko pachnącym powietrzem. Wiosna, nawet w pracy mi „odbiła”. W trakcie sprawdzania obliczeń wytrzymałościowych wykonanych przez młodego inżyniera, takie myśli mi chodzą po głowie:


Biurowa łączka

Komputer
Telefon
Biurko
Mózg

papierów wyżynne pasmo

tak szaro
i tak smutno
wokoło świat przygasnął.
W słuchawce:

- please wait –

świergot
ptaków
odgłosów puszczy nastrój
natężam uszy
mrużę oczy
motyl tęczowy ma strój.

Pagórki
papieru
o dziwo...

zielenią się nagle przybrały
screen saver
na łące
blaskiem wabi

i telefon już nie biały.

Patrzę
na siebie
nie dowierzam
niczym bażant ubarwionym
mózg zakwita
równomiernie

bluszczem w odcieniu czerwonym.

Tak bym
siedział
patrzył
czekał
z słuchawką przy uchu

słyszę ... żaby

nie to lunch time
zagrało mi w brzuchu.


Pół dnia mnie ten wierszyk męczył.

Czasem coś się przypląta i trzyma przez parę dni.


18 październik 2003 (sobota)

Wspaniały dzień. Już o siódmej rano,... 23 st.C. Teraz kiedy „się spisuję” jest już 33. Dzisiaj, pierwszy raz w tym sezonie „chłodzimy się”. Air conditioner domowy poszedł w ruch.

Rozmawiałem ostatnio z entuzjastą ochrony środowiska, czyli environment man – czasami zwanym „zielonym”. Właściwie, zgadzam się z nim w większości issues. Ale kiedy pomyślałem o swoim postępowaniu, wstyd mi się zrobiło, że np. wożę codziennie tyłek na sześciu cylindrach i to prawie czterolitrowych. No, ale w innym układzie musiałbym mieć dwa auta – jedno małe na co dzień, i to - na wycieczki i podróże. To też nie dobrze. To znowu wyrzucam sobie „wychładzanie” lub „podgrzewanie” przy byle okazji. Prawdopodobnie, według standardów zielonych, też za często się kąpię. Nie, nie można się dać zwariować. Owszem, nie należy bezmyślnie niszczyć środowiska, ale tworzyć z tego...religię? To przesada. Mieć świadomość i zgodnie z nią postępować – to wystarczy. Podoba mi się podejście do tej sprawy w tutejszych szkołach. Od małego uczulają dzieci na ten problem. Uważam jednak, że samo to nie wystarczy, jeżeli dziecko nie słyszy i nie widzi tego w domu.

Refleksje ze środowiska naturalnego zstąpiły na ziemię, a na piedestale Myśli znów sztuka. Lecz ta spadła do ligi okręgowej. Ekstraklasą rządzi szmira smażona na elektronice.

Cisi, skazani na samotność, do codzienności pępowiną przytwierdzeni; że też chce im się jeszcze trwać. Neopoganizm sztuki przybiera na wadze, co by teraz powiedział pan Witoldo G.; gdzieżby usadowił swoją Wyższość. A ci, którym się jeszcze chce, błądzą w „pomroczności” dzisiejszego dnia z niedowierzaniem przecierają oczy, plastrem lepkiej substancji oblepione.

Gwałt się gładko rozścielił na poletku sztuki.

„Trzeba szokować panie kolego, tylko szok zdobywa dziś rynek”.


20 październik 2003 (poniedziałek)

Dziś spotkałem sporego, czarnego psa na swojej drodze. Stał na środku zamarły w bezruchu, wpatrzony w moją, zbliżającą się postać. Kiedy go zobaczyłem, tak samo zaskoczony jak on, liczyłem że pies spokojnie pójdzie do któregoś z pobliskich domów. Ten nic, stał jak w transie. Wolałem nie ryzykować, niepewny jego reakcji, skręciłem w sąsiednią uliczkę. A ten ciągle tak stał, jak zahipnotyzowany...

W weekend oglądaliśmy na video, serial telewizyjny z połowy lat sześćdziesiątych „Wojna domowa”. Po tylu latach, znów to oglądam – kiedyś jako rówieśnik Pawła, dziś (w oczach mojego dziecka), jako jego ojciec, chociaż tak naprawdę to ciągle bardziej sympatyzuję z tym młodszym. Co tu dużo mówić, w tym serialu jest tyle sytuacji i podobieństw do mojego życiorysu, że odbieram go jako po części film o sobie, o mojej rodzinie, moich czasach.

Oglądam to ciągle emocjonalnie, choć razi to, jak reżyser Gruza, błyska i trzęsie obrazem co chwila, w imię wchodzącej właśnie wtedy, mody na pop-art i psychodeliczne efekty. Komentowałem film używając nazwisk aktorów, a nie postaci które kreowali; i tu przypomniał mi się mój ojciec, który z podobnym zafascynowaniem oglądał filmy ze swojej młodości – przeboje starego kina. Siedziałem też często z rodzicami i oglądałem, ale były dla mnie anachronizmem – sympatycznym co prawda, ale jednak anachronizmem. Ciekaw jestem, czy córka też tak odebrała ten serial ? Raczej nie,... bo to ona była s p i r i t u s m o v e n s, do wspólnego oglądania i robiła to z niekłamaną ciekawością. Może ciekawość: jak to było kiedyś, w krainie młodości rodziców i babć (dziadków, niestety nie pamięta).


22 październik 2003 (środa)

Ostatnio w sypialni mam rano idealną ciszę. Kosy zajęte rodzinnymi sprawami, wyniosły się na tył domu. Tam w krzewie passion-fruit, mają gniazdo i dwa pisklęta. Inne ptaki, też pewnie pilnują swoich pociech. Nie czas na arie i gwizdy, kiedy żołądki dzieciaków puste.

Jestem pod wrażeniem, przeczytanego niedawno eseju o moralności, ze szczególnym uwzględnieniem hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna, abp. J.Życińskiego pt. ”Samotność długodystansowców”.

Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach w Polsce, tylko osoby duchowne potrafią pisać o etyce w sposób interesujący i z duchem czasu. Świeccy naukowcy, zarzucili chyba całkowicie tę formę przedstawiania problemu, tzn. szerszemu gremium za pomocą mediów. A szkoda.

I znów chcę się zastrzec – nie ze wszystkim zgadzam się z abp. Życińskim. Bo na tym polega życie. Nie wszyscy jesteśmy jednakowi, nawet w sprawach etyki. Najważniejsze, że autor stworzył podwaliny do dyskusji, do przemyśleń. I w bardzo logiczny sposób je prowadzi. Tu każde zdanie to filozoficzne przemyślenie. To się nie czyta, to się smakuje... Niewielu współczesnych tak pisze.

„Spokój i cierpliwość są składnikami miłości do ojczyzny. Nie można budować patriotyzmu, zerkając nerwowo na stoper. Nie sposób przełożyć trwałych podstaw, mających znaczenie kulturotwórcze, na język doraźnych sukcesów”.

Tak pisze arcybiskup Józef Życiński.


24 październik 2003 (piątek)

W czasie marszu zza zakrętu zajechał mi drogę samochód. Jednak, w ostatniej chwili uprzejmie dał mi pierszeństwo. Za kierownicą siedziała babcia powyżej 80-tki. Podziękowałem machnięciem ręki i poszedłem swoją drogą. Raczej niecodzienne. Babcie czy dziadkowie uruchamiają swoje automobile około dziewiątej, dziesiątej, a ta już pruła o siódmej rano.

Rozmyślałem o czekającej nas wizycie (nas tzn. Australię).

Pan Wałęsa z rodziną (niecałą oczywiście), przylatuje dziś do naszego miasta i spędzi tu pięć dni. Później leci do Melbourne, Sydney i Canberry. Razem z nim będzie wicemarszałek Senatu i paru oficjeli.

Szef gazety z Sydney, dla której pisuję cyklicznie felietony, prosił abym napisał mu relację z tej wizyty. Jest o czym pisać. Już dzisiaj bankiet na 250 osób w Domu Polskim w centrum miasta z premierem stanu i innymi. W sobotę minister turystyki naszego stanu zabiera polskich gości na wyspę Kangurzą, aby odpoczęli w naturalnym środowisku (założę się ze p.Lech będzie wędkował). W drugi dzień Dożynek – festiwalu, który odbywa się tu już od 20 lat, będzie z nim spotkanie. Zawsze przyjeżdżały tu gwiazdy muzyki z Polski, tym razem główną gwiazdą będzie Lech Wałęsa. Będzie mnóstwo atrakcji, ale o tym jeszcze napiszę. Natomiast w poniedziałek, Flinders University zorganizował odczyt L.Wałęsy w City Hall. We wtorek goście z Polski jadą poza Adelajdę do Barossa Valley, obejrzeć piękną dolinę winnic i posmakować naszych win.

Opinia w środowisku polonijnym, jest jak zwykle podzielona. Jedni pod wpływem kolportowanych broszur o podejrzanej współpracy współżałożyciela Solidarności z organami SB, gotowi są obrzucić go jajami, a w najlepszym przypadku zbojkotować; lecz większość (chyba), uważa że, to co nie sprawdzone, nie można przyjmować za prawdę. Albo (jak podkreślał miejscowy ksiądz), jeżeli nawet coś tam przeskrobał, to jego zasługi dla wolnej Polski są tak wielkie, że trzeba go uszanować.

Z o b a c z y m y...


27 październik 2003 (poniedziałek)

O jak ciężko się obudzić. Wczoraj zmieniliśmy czas na letni. Już nie wstaję w pełni promiennego poranka, kiedy słońce wysoko. Teraz jeszcze za wzgórzami. Ale cóż,... dzień się ciągle wydłuża.

Mam roztrojenie jaźni. To co odbyło się wczoraj mam opisać. Co widziałem oczami zwykłego człowieka - czyli mnie, dziennikarza – dla gazety, i Chrisa – tego od Maggi i Zenka z felietonów.

Powinność tego pierwszego, czynię niniejszym. Już około 10-tej pojechaliśmy do centrum miasta, gdzie w parkach (taki nasz Central Park) otaczających śródmieście, odbywał się doroczny festiwal polski – Dożynki. Dożynki, tylko z nazwy, bo przecież u nas, wszystko na odwrót – zbiory za pół roku.

A było wczoraj wrażeń co niemiara. Wizyta Lecha W. była czymś wyjątkowym. Przypomniało mi się jak 22 lata temu, byłem na spotkaniu z nim na stadionie „Broni” i w budynku klubowym „Radomiaka” na konferencji prasowej, robiłem zdjęcia z ramienia lokalnej Solidarności zakładowej. Mówił z takim samym entuzjazmem. Trzeba przyznać – on ma charyzmę. A tylko ludzie z charyzmą przechodzą do historii. Jest oryginalnym mówcą – można by rzec – trybunem ludowym, ale z rządzeniem mu nie wyszło najlepiej.

Dożynki były przyjemną okazją do spotkania starych i nowych znajomych; do spróbowania polskich potraw, słodkości i trunków. A i emocji nie brakowało. Pamiętam, po spotkaniu, gdy Lech Wałęsa wyszedł na zewnątrz, a za nim tłumy, jeden młody Australijczyk stojący obok mnie, z entuzjazmem mówił do kogoś przez telefon komórkowy:

- Nie uwierzysz na kogo się teraz gapię !

- ??

- Lech Walesa ! Lech Walesa, rozumiesz – powtórzył dobitniej z drżeniem w głosie – stoję dwa metry od niego. Czy możesz to sobie wyobrazić ?


29 październik 2003 (środa)

Chłodno i wilgotno...

Dzisiaj spostrzegłem gatunek drzew (nie znam nazwy), które jeszcze nie mają, ani jednego listka.

Byłem na wieczornym wykładzie L. Wałęsy zorganizowanym przez Uniwersytet Flindersa w centrum Adelajdy. Przyszły tłumy – głównie środowisko akademickie i polonijne. Na sali wyczuwało się ekscytację człowiekiem – żywą legendą i historią zarazem. Większość słuchaczy przyjęła jego wypowiedzi bardzo pozytywnie, chyba ze względu na ich... oryginalność. Ja, mimo że Lech Wałęsa jest ciągle dla mnie symbolem - symbolem drogi do wolności i czasów które zmieniły świat – już nie chcę go słuchać. Ja to już słyszałem wcześniej, na Dożynkach, a prawdopodobnie mógłbym usłyszeć to samo w Melbourne i, w Sydney i, w Canberze i, w każdym innym miejscu.

Kiedy słuchałem go pierwszy raz, dla polskiej grupy – było fajnie, podobało mi się, jego żywioł i fantazja, ale na wykładzie liczyłem usłyszeć głębsze przemyślenia i rozsądniejsze rozwiązania. Nic z tych rzeczy – Wałęsa uparł się ciągle być Wałęsą i powtarzać te same banały. Logiki w wielu zdaniach nie ma wcale (co niezauważalnie przechodziło na spotkaniu z polonią), ale on mówił dalej. A mówił tak, że każdy coś tam dla siebie znalazł – i wszyscy byli szczęśliwi. Bo jako trybun ludowy fascynował publikę swą oryginalnością. Mnie już,... nie bardzo – wolałbym go słyszeć tylko R A Z.


31 październik 2003 (piątek)

Trochę zmokłem... Statystycy podają że to najzimniejszy październik od kilkudziesięciu lat.

Te sroki (symbol naszego stanu), to już od urodzenia bezczelne, a i cwane trzeba przyznać.

Dziecko miało trening tenisowy. Jak zwykle wraz z tenerem przebijali piłki przez siatkę, a ja zbierałem je w taką tubę. Obok na ogrodzeniu siedziała sroka i piszczała. Na pierwszy rzut oka – dorosły osobnik, ale po bliższym przyjrzeniu się, piskle. Sroka ta, widząc mnie tak skrupulatnie zbierającego piłki, upodobała sobie mnie, na... matkę. Najpierw wylądowała mi na ramieniu (już potrafiła pofrunąć). Kiedy ją zgoniłem, podążała za mną krok w krok, piszcząc z otwartym dziobem, dopominała się pożywienia. Nie mieliśmy przy sobie nic do jedzenia, trener znalazł w lodówce klubowej trochę... szynki. Zaczęliśmy ją tym karmić. Była jeszcze na tyle niedoświadczona, że jadła tylko od góry z otwartym dziobem, natomiast nie potrafiła dziobać z ziemi. I co najważniejsze, wcale się nie bała ludzi. Po nasyceniu, odstąpiła nas, pofrunęła na pobliską gałąź, a my mogliśmy kontynuować trening.

E. Hartwig – artysta fotografik, umarł w Warszawie w wieku 94 lat.

Następna legenda artystyczna opuściła ten padół. Zaliczany do 10- ciu najlepszych fotografików na świecie, był on kiedyś, dla mnie i moich kolegów, niedościgłym wzorem.

Tak się dziwnie złożyło, że akurat teraz nawiązałem kontakt z Radomskim Towarzystwem Fotograficznym, którego byłem członkiem prawie 30 lat temu. Siedząc w pracy, przypadkowo odwiedziłem ich stronę interrnetową. Jak to miło znów obejrzeć: „małe formaty”, „galerię trzech fotogramów”, znajome nazwiska i twarze.

« Literatura australijska - Korzenie. | Strona główna | Caddie »