« Talent | Strona główna | Grzybobranie »

1 października 2003

Dzienniki - październik I - 2003

Leje...

Nie wychodzę...

Nie myślę...


3 październik 2003 (piątek)

Dzień przed długim weekendem. W poniedziałek – święto pracy (Labour Day).

Czym więcej piszę, tym bardziej widzę,...jak źle to robię. To czyba dobrze,... to znaczy, że się rozwijam (opóźniony start). Najgorszym jest – nie widzieć swoich błędów. Nie mieć świadomości, że jest się ułomnym i błądzącym; to jeszcze gorsze niż choroba zakaźna. Z tej ostatniej, przy dzisiejszej wiedzy medycznej, można się na ogół wyleczyć. Natomiast to pierwsze – pycha i zarozumialstwo, to już odmiany głupoty. Z tego na ogół się nie wychodzi.

Trzymając się kurczowo tego wywodu można by łatwo np. Gombrowiczowi zarzucić pychę i zarozumialstwo i, byłoby to,...prawdą a priori. Nie można zapominać o czynnikach towarzyszących. Gombrowicz był otoczony murem - murem niezrozumienia. Nawet niewielkie środowisko intelektualne w którym przebywał, miało za bardzo szufladkowaną mentalność, aby zrozumieć jego intelekt.

O n w i e d z i a ł w i ę c e j. O n w i d z i a ł s z e r z e j. Jego myśli i wypowiedzi były często kontrowersyjne. Szczególnie na temat patriotyzmu polskiego. Jego opinie m.in. o malarstwie, czy poetach, wręcz nie do przyjęcia. Ale czego nie można mu zarzucić, to jasnego wyrażania swoich myśli. On nie zagęszczał, nie metaforyzował. W tym momencie nasuwa mi się skojarzenie z Miłoszem. Kiedyś czytałem jego polemikę, na pamflet Gombrowicza pt. Przeciwko poetom. Miłosz, niczym Wałęsa pofolgował fantazji i wyszło mu ni mniej ni więcej, tylko sławne: jestem za, a nawet przeciw, oczywiście nie dosłownie. Być może potomni rozwiną tę frazę i wciągną ją do podstaw filozofii XX wieku.

A literacka nagroda Nobla roku 2003, dostała się południowoafrykańskiemu pisarzowi o imieniu John M. Coetzee. Niewielu chyba mówi coś to nazwisko, ale fachowcy twierdzą, że właśnie jemu jak mało komu, ten zaszczyt się należał. „Coetzee nigdy nie stosuje tej samej recepty w dwóch dziełach, co sprawia, że jego twórczość jest tak różnorodna” – podkreśla w uzasadnieniu Akademia Szwedzka.

J.M.Coetzee od ponad roku mieszka w naszym mieście, jest wykładowcą literatury na miejscowym uniwersytecie. Nie jestem pewien – którym.


The University of Adelaide (dopisek Stan)


5 październik 2003 (niedziela)

Dziecko przegrało swoje, tenisowe mecze. Spać przez to nie mogłem. Postanowiłem pójść na długi spacer do moich „sekretnych miejsc”. Półtorej godziny kontaktu z przyrodą, a smakowałem każdą sekundę tego spaceru. Drzewa straciły swe białe kwiaty, po „pannie młodej” ani śladu; to już dojrzała pani na polanie, cała w zieleni. Za to małe eukaliptusowe drzewka zwane Illyarrie, w pełnej krasie, obsypane żółtymi kwiatowymi puszkami. Krzewy boroni z kolei, różowymi małymi kwiatuszkami. Dumnie czerwienią się również drzewka Bottlebrush (szczotki do butelek), z pięknymi kwiatami do złudzenia przypominającymi plastykowe, czerwone „wyciory” do butelek. Rano tu jest bosko. To istny raj. Dziesiątki odmian akacji (nie mylić z polską akacją), od malutkich krzewów do całkiem pokaźnych drzewek ubrało się w różne kolory kwiecia. Banksia jeszcze nie całkiem gotowa na ten swoisty pokaz mody. Kwiaty, niczym wielkie szyszki pęcznieją jeszcze bezbarwnie. Wielkie eukaliptusy też powoli dochodzą do swej krasy. Większość pni namaszczona eliksirem przypominającym żywicę. Kwiaty wśród liści zaczynają się wyłaniać, jeszcze niezdarnie, bez blasku. Trawa ciągle soczysta, okwiecona na żółto i na niebiesko, fioletowo i czerwono.

Można by tak iść i iść...

6 październik 2003 (poniedziałek)


Dziś kolejny wolny dzień.

Wczoraj biesiadowałem w polskim gronie. Ale, spokojnie, bez przesady, i dzisiaj czuję się dobrze.

Idę znów w kierunku moich „sekretnych ścieżek”. Tym razem trochę inną drogą, aby rozkoszować się widokiem innych drzew i krzewów. Wzdłuż szumiącego potoku, przechodzę kolejnymi mostkami, raz tą raz drugą stroną. Na jednym z drewnianych mostków przystaję, aby wsłuchać się w monotonną melodię przelewającej się wody z towarzyszącym jej chórem ptaków. Można by tego słuchać i słuchać... Aż dreszcze przechodzą z wrażenia.

Przypomniałem sobie wczorajszy kawał, który jak zwykle, opowiadał ksiądz australijski pod koniec mszy.

„Adam w raju narzeka, że się okropnie nudzi i prosi Boga aby coś z tym zrobił. Bóg po namyśle stwierdził, że ma zamiar stworzyć mu dla towarzystwa osobę piękną i czułą, czarującą, opiekuńczą i inteligentną; gotową na bezgraniczne poświęcenie dla niego. No dobrze – przerywa Adam – a to będzie mnie kosztować ? O tak, musisz poświęcić swoje ramie i jedną nogę. Po chwili wahania Adam zapytał: Boże, a co bym dostał za żebro?”

Tak, często bywa wesoło w naszych kościołach. Księża są ludźmi z krwi i kości. Ogarnięci pasją do sportu, do dowcipkowania, do życia... Odkąd tu mieszkam, czyli od 20 lat, nie widziałem księży w sutannach, ani sióstr w habitach z „pióropuszami”.

Jako anegdotkę, wspomnę jeszcze o postaci jednego „oryginała” którego dumą jest jego...pies. Otóż, już podczas kazania mówił o swoim ulubieńcu. Pod koniec mszy odszedł od ołtarza, wyszedł do swojego samochodu, aby po chwili wmaszerować z powrotem, razem z pieskiem wielkości ...sporego kucyka. Resztę mszy dokończył w towarzystwie czworonoga. To wyjątkowo spokojne „bydle”, dumnie opuszczało kościółek wraz ze swym panem. Mimo „atrakcji” kościoły w Australii i tak świecą pustkami. Gdyby jednak miejsce to objęli polscy duchowni (o których czasem czytuję w polskiej prasie) - ze swym etosem półbogów, świętych jedną nogą - to szybko zamknięto by wszystkie kościoły na kłódkę.

Piękne białe lilie rozrosły się wzdłuż brzegów strumyka. Dalej rozłożyste pepper-tree (drzewo pieprzowe) przybrało się w wianuszki małych koralików w różnych odcieniach różu. Dzikie grusze ciągle w kwiatach. Och, można by tak bez końca...


8 październik 2003 (środa)

Często pada pytanie: Czy chciałbym mieszkać w Sydney? Dlaczego właśnie Adelaide?

Zawsze odpowiadam: Sydney mi się bardzo podoba z turystycznego punktu widzenia, ale czy bym chciał tam mieszkać na stałe?...Raczej, nie. Przecież wiem, że mieszkałbym co najmniej 30 kilometrów od centrum miasta. A dzielnice, w każdym australijskim mieście są do siebie podobne. Sydnejskie są,... najdroższe. Ale i odległości największe. To już nawet nie chodzi o odległości do centrum miasta, bo tam się jeździ raz na jakiś czas, ale o odległości do pracy, szkoły. Miejsca gdzie trzeba docierać codziennie.

Podobnie się ma sprawa z Melbourne. Natomiast inne wielkie miasta Australii – myślę że w każdym z nich mógłbym być szczęśliwy. Każde z nich ma swój urok i kontakt z wielkim światem, poprzez koncerty, wystawy czy wydarzenia sportowe. Tu akurat przyjechałem, bo z mapy wynikało, że to najbardziej oddalone miejsce od PRL-u, i czuję się tu szczęśliwym. Może szczęśliwym to za dużo powiedziane – powiedzmy, jest mi tu dobrze.

A pogoda nie chce się wyklarować. Znów jesteśmy na pograniczu wiosenno-zimowym.

W domu szpital. Żona i córka od paru dni chorują. Wirusy przepływają między pokojami. Zawsze w ferie wybierały się do kina i na inne atrakcje, tym razem – leżenie w łóżku. I dzięki temu, żona przeczytała po raz pierwszy mój dotychczasowy dziennik. Powiedziała, że jest O.K., że jej się podoba.


9 październik 2003 (czwartek)


Nigdy o tym Rymkiewiczu nie słyszałem.

Literacka nagroda NIKE dostała się właśnie jemu za tomik poezji „Zachód słońca w Milanówku”. Ciekawe? Magia wielkich nazwisk tym razem nie zadziałała?

Młode, dumne dęby, okryły się misternie rzeźbionym listowiem. Ptasie rodziny zajęte przystosowywaniem swych pociech, do problemów życia codziennego. Jak do tej pory, miałem tylko ostrzegawcze przeloty nad głową, bez ofensywnych zamiarów.

10 październik 2003 (piątek)

Czy będzie dziś kolejny dzień chwały dla Polski i Watykanu? Zobaczymy, w Europie jeszcze czwartkowa noc.

Przeczytałem małą książeczkę P. Śliwińskiego, pt. Tadeusz Dołęga-Mostowicz z serii „Czytani dzisiaj”.

Śliwiński opisuje biografię autora: Kariery Nikodema Dyzmy i Znachora, udawadniając równocześnie, że niektóre jego powieści, nie mieszczą się w schematach literatury masowej, czyli tej z niższych półek – literatury popularnej. Podkreśla nowatorskość formy i języka.

A pamiętam z młodości, że powieść Znachor, obok Mniszkówny, traktowana była w środkach masowego przekazu (sic!), jako symbol tandety i kiczu, któremu dorównują landszafty z jeleniem na rykowisku, tudzież muzyka J.Laskowskiego (tego od kolorowych jarmarków) i Tercetu Egzotycznego. Ten ostatni ze swoją Pamelą, był wyjątkowo nękany przez polskich opiniotwórców. Czytałem ostatnio artykuł jednego z tych dawnych krytyków. Teraz na kolanach przeprasza zespół, za swą zjadliwą krytykę i twierdzi, że robiąc to nie miał całkowicie racji, bo zespół odnosił największe sukcesy popularności, jaką nie mógł się pochwalić żaden inny. Szczególnie był lubiany w Ameryce i to nie tylko przez Polonię. Co więcej, autor idzie dalej i twierdzi, że to Tercet Egzotyczny był prekursorem tak modnej obecnie muzyki latynoskiej (R.Martin, J.Lopez). A przy poziomie obecnego establishmentu muzycznego, to oni wcale źle nie wypadają.

No i co z tego,... pytam. Ciągle uważam, że byli zespołem tandetnym. Do popularności po najlżejszej linii oporu. Bo wiadomo: egzotyka; kolorowe, piękne stroje; rytmiczna, łatwo wpadająca w ucho muzyczka. Jest tylko jeden szkopuł: niepotrzebnie mieszano ich z błotem. A co najważniejsze – skrzętnie ukrywano przed społeczeństwem ich sukcesy zagraniczne. Takie grupy zawsze były, są i będą!

I jeszcze jedno (właściwie, dwa) pytanie: Czy każdy musi przetrawić Ulissesa J.Joyce, Wesele S.Wyspiańskiego, czy rozumieć ironiczną suplemencję w Don Kiszocie Cervantesa? Czy symfonia Pastoralna Beethovena, musi być ulubionym dziełem muzycznym większości?

T o n i e r e a l n e ! Stawiamy za wysoko poprzeczkę.

Teraz, nawet z Panem Tadeuszem większość ma problemy. A i, z Konwickim i Leśmianem. Muzycznie też nie najlepiej: Yo-Yo Ma czy Górecki, nie zrobią u nich kariery.

Twórczość środka powinna być lansowana. Nie sztuka wysoka, bo ta sama się wykreuje u tych, którzy jej potrzebują. Natomiast zalewa nas sztuka niska (bardzo niska) i to jest głównie promowane. I na to głównie wydaje się pieniądze. Majątek. Sztuka na dziś – jutro wyląduje na śmietniku.


13 październik 2003 (poniedziałek)

Wczoraj wieczorem oglądałem program muzyczny o powstaniu największej płyty wszechczasów: The Dark Side of the Moon, Pink Floyd. Nagrana 30 lat temu płyta była nowatorską pod każdym względem. Wprawiła wszystkich w „admiratorskie zdumienie”. Muzycy opowiadali jak doszło do nagrania tego wspaniałego dzieła. Mówili o emocjach, niepewności, twórczej wenie i przy okazji, grali fragmenty ilustrując problemy muzyczne. Poza tym, oryginalne fragmenty płyty przewijały się przez całe 45 minut programu. Doniosłość tego wydarzenia, podkreślił charakterystycznym stwierdzeniem, gitarzysta grupy David Gilmour: „O Boże, robimy coś niezwykłego” – wspominając tamte czasy. Jednego czego im brakowało poza euforią tworzenia, to usiąść i spokojnie wysłuchać płytę po Raz Pierwszy. Oni tego pierwszego razu nie mieli. Kiedy dzieło ukończyli, muzyka tkwiła już w nich.

My natomiast, odbiorcy ich twórczości, przez wiele lat oczarowani tą muzyką, z gęsią skórką wsłuchiwaliśmy się w każdą nutę tej rockowej suity. Słuchając tę płytę wstępowaliśmy w inny świat.

Dokładnie pamiętam mój Pierwszy Raz. Usłyszałem ją chyba w dwa miesiące po światowej premierze, na promenadzie w Ustce, w ...smażalni gofrów. Właściciel tego biznesu, zapalony fan Pink Floydów (jak on to zdobył?), puszczał ten long-play od rana do wieczora. A my pierwszego dnia, opuszczaliśmy okolice tej budki, tylko za osobistą potrzebą. Jak wierne psy warowaliśmy przy dźwiękach muzyki Rogera Watersa, Davida Gilmoura, Nicka Masona, Richarda Wrighta i paru innych.

Do końca pobytu w Ustce, znałem najdrobniejszy fragment tej niezapomnianej płyty

« Talent | Strona główna | Grzybobranie »