« Dzienniki - wrzesien I - 2003 | Strona główna | Talent »

15 września 2003

Dzienniki - wrzesień II - 2003

Jestem ociężały. Nic dziwnego, po takiej ilości jedzenia i wina...

Wczoraj mieliśmy party sąsiedzkie. Na ogół nie komentuję imprez typu p a r t y, ale ze względu na specyfikę emigracyjnego życia, wtrącę parę dygresji na ten temat. Oprócz nas, była sąsiadka w moim wieku – australijka od trzech pokoleń, o korzeniach niemiecko-francuskich. Oraz sąsiedzi z drugiej strony – młode małżeństwo Holendrów z trójką dzieci. Obydwoje po studiach skończonych w kraju tulipanów. W Australii są dopiero ponad rok, ale poza Holandią, już siedem. A wszystko to za sprawą firmy dla której pracuje młody Dutchman. Firma, posiadająca filie na całym świecie zaoferowała mu pracę poza granicami. I tak zaczęli. Najpierw dwa lata w Ameryce – Los Angeles, w okolicach „fabryki snów”. Później Europa, m.in. Niemcy (i wschód, i zachód). Tam też przyszły na świat dzieci. A teraz Australia. I co,... chcą tu zostać na stałe i to właśnie na tej dzielnicy. Nie klimat Kalifornii (łagodniejsze zimy), nie uroki Europy, a właśnie dość odległa od centrum dzielnica Adelaidy, przypadła im do serca. Bo tu jest wszystko co potrzebne do normalnego życia rodzinnego – stwierdzili. Wybór szkół i sklepów, piękna zieleń i kilometry alei parkowych. Spokojnie i bezpiecznie, a atrakcje wielkiego miasta pod nosem.

Interesującym jest też, ich stosunek do kraju rodzinnego. Można by stwierdzić, że są patriotami... nie praktykującymi. Dzieci, owszem zawożą na dodatkowe lekcje języka ...niemieckiego. Tak, nie zamierzają kultywować tradycji rodzinnych. Dzieci urodziły się w Niemczech, więc niech się uczą tego języka – to słowa mamy. W podtekście można wyczuć – ten język im się bardziej przyda w życiu dorosłym, niż holenderski.

Generalnie, u narodów zachodniej Europy, takie podejście do patriotyzmu, jest prawie powszechne. Bardzo szybko się asymilują, natomiast czym dalej na wschód Europy – asymilacja przebiega bardzo opornie z nostalgią i stresami na tym tle, włącznie. Oczywiście, od każdej reguły są wyjątki...

Obejrzałem dwa stare polskie filmy sprzed 40 lat. Pan Anatol szuka miliona z T. Fijewskim i Gangsterzy i filantropi z G.Holoubkiem i W.Michnikowskim. No cóż, jak reżyserom w tym czasie cenzura i system pozwalał, tak i zrobili te filmy. Widziałem je już kiedyś, jako młody chłopak.

A propos oglądania filmów. Terminator 3 - u nas zakwalifikowany jako film dla dojrzałych widzów powyżej 15-stego roku życia, w Polsce jest dozwolony od lat dwunastu.

Czyżby dzieci polskie miały się już od dziecka przyzwyczajać do bestialskiego zabijania, litrów rozlewanej krwi, i koszmaru istnienia?

Forma hartowania??
Żądza pieniądza???

16 wrzesień 2003 (wtorek)

Zmokłem doszczętnie. W połowie drogi, złapał mnie dżdżysty prysznic wspomagany wiatrem. Myślałem że „wpasuję się” na długą przerwę w grafiku opadów. Nic z tego. Mokre spodnie dresów lepią się do nóg. Skróciłem nawet marszrutę. A kosy mają ubaw, widząc mnie skulonego, biorącego namiar w linii prostej na frontowe drzwi domu.


17 wrzesień 2003 (środa)

Jak tak sobie popatrzę wstecz, to muszę przyznać że bardzo się zmieniłem. Pewnie – postarzałem się, to naturalne. Mnie jednak chodzi tu o przyzwyczajenia, zainteresowania i sposób bycia. Na przykład: język polski. Przez pierwsze lata na emigracji traktowałem go jak „piąte koło u wozu”. Chociaż przyjemnie było się komuś wygadać, komuś kto rozumiał każdy drobny niuans; a nie dukać i wyszukiwać słowa, które gdzieś tam ugrzęzło i na złość nie chce ujrzeć światła dziennego. A zdarzało się to często. Nawet na randce z ... Turczynką (pst,... aby mąż się nie dowiedział). Chodziliśmy razem rozmarzeni po uliczkach miasta, czy siedzieliśmy w kawiarni patrząc wymownie w oczy; co pewien czas przerywaliśmy ciszę, skleconym najpierw w myślach – zdaniem po angielsku. Po dwóch takich spotkaniach, doszliśmy obopólnie do wniosku, że to nie ma sensu. Ona znów była przykładną matką i żoną, a ja człowiekiem samotnym.

Przez pierwsze 5 lat pobytu poza krajem, jedyną książką jaką przeczytałem po polsku, była ... Biblia. Pamiętam, że najlepiej mi się czytało na kacu. Po balandze, zarwanej nocy spędzonej na mieście, leżałem z bólem głowy i oczyszczałem się duchowo, czytając kolejne księgi Pisma. Czułem się po tym lepiej. „Moda” na literaturę polską, owładnęła mnie dopiero po 10 latach pobytu w Australii. Ten język tak kaleczony, poniewierany, zachwaszczony – zaczynałem szanować. Co więcej, literacki język polski jawił mi się jako coś odświętnego, coś nobilitującego. Pamiętam, jak z żoną i z starszą córką, która wtedy przyjechała do nas z Polski, czytaliśmy na zmianę „Pana Tadeusza”.

Z jakim zafascynowaniem kilka lat temu „utaczałem” z internetu polską poezję. Muszę przytoczyć w tym miejscu, mój wierszyk z tamtych czasów, aby nie być gołosłownym:


Uczta z Internetem

Znowu utaczam

najlepsze miodu roczniki,

moja drukarka

dogorywa wierszem

na kolejną ucztę

znów smakował będę

ach… degustował.

To łyknę klasyki

czasem współcześnie splunę,

zachłysnę się współbratem

który właśnie umarł.

Wynajdę coraz głębsze

pokłady liryki.

Jak sztygar mozolnie

urobku dokonam

- co mi tam sztygar,

jam tylko fatygant

w świąteczny dzień

swych świątecznych strof szukam.

Bo język jak fastryga

do nimbu i atencji skory,

inklinuje tak…

z przekory.


Fascynacja poezją, rozszerzała się - objęła także prozę. Czytam dużo, głównie po polsku. Zresztą mój angielski, ciągle nie jest tak dobry, abym lawirował po wyżynach. Znam język codzienny i techniczny, bo to było mi potrzebne do życia.

Bardzo podobnie było z moim usposobieniem do sportu. Byłem na tyle leniwy, że szwagier mój, jako anegdotę zawsze opowiadał...”że po papierosy za róg, jechałem samochodem, zamiast się przejść”. I tak było naprawdę. Około 12 lat temu przeszedłem transformację (bez zapisywania się do scjentystów, czy wizyt u psychoanalityków), rzuciłem wtedy palenie i zacząłem chodzić. Odkryłem nową fascynację chodem. Nie było to tak całkiem nowe – jako młody chłopak byłem „odurzony” biegami długimi. To drzemało gdzieś tam głęboko, aż obudziło się. Czyli, czym skorupka za młodu...

Ja w to wierzę.


19 wrzesień 2003 (piątek)

Jestem trochę obolały po wczorajszym tenisie. A w sumie grałem tylko debla z australijczykiem „italiańskiego” pochodzenia, jako partnerzy sparringowi dla naszych córek. Niedługo grają w turnieju i więcej ćwiczą. A ja przy okazji...

Ostatnio oglądałem filmy: „Aj law ju” M.Koterskiego, a na drugi dzień „Faraona” J. Kawalerowicza - superprodukcję z połowy lat sześćdziesiątych. Naprawdę, nie chce mi się nic pisać na temat tego pierwszego. Dziwię się tylko, że ludzie tyle lat się w Polsce uczą tego fachu, i co...

Faraon jest jak na mój gust zbyt pozytywistyczny (pachnie Prusem), a nawet trochę ... socjalistyczny. Znów mi się ciśnie porównanie z tym pierwszym, szmirowatym filmem który z założenia miał być o erotyzmie i nie dopasowaniu, a wyszła wulgarna papka i niesmak. Lubię erotykę, tak jak i erotyczne filmy, a nie wulgaryzmy i idiotyzmy. O ileż więcej prawdziwego erotyzmu było w filmie Faraon.

Ta B r y l s k a toż to urodzona bogini egipska. Świeża, pełna wdzięku i seksu.


21 wrzesień 2003 (niedziela)

L a t o ?! Jakże inaczej nazwać słoneczny poranek z temperaturą 21 stopni.

Wczoraj było 27°. Chociaż kalendarzowo to początek wiosny, jednak praktycznie dni z temperaturą powyżej 25 stopni, zaliczam do letnich. Wczorajszy wspaniały dzień, spędziliśmy w ogrodzie botanicznym. W tym, w centrum miasta. Oprócz tego, są jeszcze dwa czy trzy w okolicy. Podziwialiśmy rośliny i drzewa z całego świata.

A to tak relaksuje i wycisza...

Sprawdziłem swój IQ (Inteligence Quotient), czyli po polsku: iloraz inteligencji. Niestety, do Mensy mnie nie przyjmą, zabrakło parę punktów. Ale pocieszam się – od neandertalczyka też znacznie odbiegłem. Czyli jestem takim homo sapiens do kwadratu. Podchwytuję myśl wybitniejszego członka naszego gatunku – Kartezjusza: Myślę, więc jestem”, w jego orginalnej łacińskiej formie: Cogito ergo sum. Chociaż wcale nie zgadzam się z drugą maksymą tego mistrza: „O wszystkim wątpić”.

Nie widzę powodu, aby na codzień przywdziewać płaszcz niewiernego Tomasza. Bycie notorycznym niedowiarkiem, potrzebującym do stwierdzenia absolutnej prawdy we wszystkim „szkiełka i oka” – to nie dla mnie. Emocje i uczucia grają mi większą w życiu rolę, niż często zawodny tzw. zdrowy rozsądek.

Natomiast, należę do tych wątpiących, jeżeli chodzi o maksymę M. Gorkiego: „Człowiek to brzmi dumnie”. Zgodziłbym się z tą myślą tylko wtedy gdy dodamy słowo: czasami. Człowiek – na ogół brzmi ohydnie, aż wstydliwie, haniebnie i złowieszczo. Człowiek bywa straszny i okrutny. Gdyby np. psy i konie mogły się wypowiedzieć, na pewno miałyby więcej przykładów szlachetności, dobroci i „normalności” swego gatunku niż ludzie. Znowu dałem zły przykład: te zwierzęta, to święci wśród ssaków. Ludzie przegraliby z rekinami czy krokodylami.


22 wrzesień 2003 (poniedziałek)

Kolejny ciepły poranek i, zapowiada się bardzo ciepły dzień. Drzewa jak kameleony zmieniły wygląd. Białość kwiecia zastąpiła świeża zieleń liści.

Od pewnego czasu czytam Marię Dąbrowską: Dzienniki powojenne 1945-1965. Interesująca lektura. Spory kawałek historii powojennej, życia codziennego ulicy i tych przy żłobie. Dąbrowska przez opinię publiczną tamtych czasów postrzegana była jako ta przy żłobie. Ona sama przyznaje, że czasem była warunkowo dopuszczana w celu poprawy wizerunku moralnego samej władzy, czyli jak byśmy dzisiaj powiedzieli: tworzyć image.

Dąbrowska bardziej uważała się za sumienie narodu, choć pewnie przez wielu jej współczesnych, uważana była raczej za kolaborantkę. Dużo do myślenia dają jej wynurzenia i refleksje. Pewnie nie raz jeszcze wspomnę o tej pisarce. Nie ma jej czego zazdrościć. Po wojnie, już jako starszej pani i uznanej pisarce, przyszło jej żyć między prawdą (którą ostro widziała i świetnie wyrażała), a zatuszowanym kłamstwem (fałszem, który czuła lecz czasem skora była uwierzyć w jego dobre intencje). Przedwojenna socjalistka z PPS, działaczka Społem (nie mylić z komunizmem), do końca pozostała wierna swoim ideałom. Głupota i zakłamanie wczesnych lat 50-tych, mierziły ją i wręcz druzgotały, ale nie uległa przeciwnościom i apatii i,...robiła swoje. Z jakim skutkiem? Z tego co pisze, wielokrotnie jej wysiłki niweczone były przez cenzurę i aparat władzy. Wręcz kaleczono jej wypowiedzi w prasie i często brzmiały odmiennie niż zamierzała.

No cóż, można wybrać wewnętrzną izolację, psychoemigrację – ale czy dla pisarza to droga wyjścia... Można się zamknąć na jakiś czas, ale czy można do końca życia. Poza tym ona wyraźnie daje do zrozumienia, że więzienia były otwarte nawet dla takich jak ona (M. Wańkowicz). Mimo to pisze otwarcie, wyraża dosadnie swoją opinię o Iwaszkiewiczu, Tuwimie czy ignoruje Gałczyńskiego (z wiadomych przyczyn). Z drugiej strony – nie wspomnieć nawet słowem o aresztowaniu i więzieniu prymasa Polski S. Wyszyńskiego we wrześniu 1953 roku, to nie jest zwykłe niedopatrzenie. To rzutuje na rzetelność informacji, jakie chce pisarka przekazać przyszłym pokoleniom. A może aż tak się bała... Nie, nie ganię Dąbrowskiej za to co robiła, ale gdyby dotyczyło to mężczyzny, to miałbym inny punkt widzenia.


24 wrzesień 2003 (środa)

Zielone wzgórza przybrały fioletowy odcień. To dzikie kwiaty pokryły połacie łąk. Z odległości wspaniały widok. Natomiast tuż obok, pełno samochodów. Zastanawiam się dlaczego ludzie nie używają garaży. Prawie przed każdym domem, stoi jeden czy dwa samochody. A czasem i trzy. Generalnie, ludzie mają sporo aut – tylko ja psuję statystykę swoim jednym, ale już moja siostra z rodziną, ją zdecydowanie poprawia (4).

A Maria Dąbrowska miała szofera z wydawnictwa; jak przyszło jej jechać służbowo, to ją odstawiali gdzie trzeba. Podoba mi się jej opinia o projektowanym Pałacu Kultury i Nauki którego makietę obwożono w 1952 roku w celach propagandowych po ulicach Warszawy:

„...jest potwornie brzydki, niczym nie uzasadniony. Cała Warszawa będzie leżała u stóp tego potwora”.

I jeszcze jeden cytat z tego samego okresu, na temat patriotyzmu:

„Dziwne to mieć i kochać ojczyznę, do której tylu właściwości niepodobna się przyzwyczaić – od klimatu począwszy, na psychice rodaków skończywszy. To doprawdy, w całym znaczeniu tego słowa miłość nieszczęśliwa”.

Od siebie mogę stwierdzić: nic dodać, nic ująć. A jako radę, mogę dodać: wyjechać z kraju. Z odległości się bardziej kocha.


26 wrzesień 2003 (piątek)

Znowu kosy obudziły mnie za wcześnie. Ledwie świt, a te już zaczynają gwizdać i to po frontowej stronie domu, tu gdzie mam sypialnię. Nie mogłem już usnąć. Myślałem o wczorajszej wizycie. Odwiedził mnie ... agent wywiadu. Przyleciał z miasta stołecznego Canberra, aby porozmawiać o moim znajomym. Godzinna rozmowa, a właściwie moje odpowiedzi na zadawane pytania w związku z przydzielaniem znajomemu, najwyższego stopnia wtajemniczenia i dostępu do tajemnic państwowych; a to ze względu na wykonywaną przez niego pracę. Występowałem w roli... żyranta jego moralności. Nie zdawałem sobie sprawy, jak dokładnie i drobiazgowo prześwietlają delikwenta. Nie ma tematów tabu.

A poranek całkiem przyjemny – nawet brzózki dostały listowie, tylko topole jeszcze szarobure, chociaż dolne odrosty już zielenieją.

Po drodze sześć razy podciągnąłem się rękami na drążku – to mój rekord. Rekord dojrzałego wieku. Kiedyś, bez pomocy nóg podciągałem się na linie do sufitu w sali gimnastycznej. Ale to było kiedyś...


28 wrzesień 2003 (niedziela)

Wojtek Korda śpiewał: niedziela będzie dla nas...

Wczoraj odbył się mecz. Mecz footy. Najważniejszy mecz sezonu: Grand Final.

Oprawa imprezy jakiej nie powstydziłyby się mistrzostwa świata w innych dyscyplinach. Tej grze mistrzostwa świata nie grożą, bo jest rozgrywana tylko tu i do tego nie wszędzie jest traktowana, jako sport numer jeden. W naszym stanie – niestety jest. Cieszę się że to już finał, bo przynajmniej na jakiś czas media przestaną torturować, wszystkim co związane z tą dyscypliną sportu. Tu nawet nie tylko o media chodzi. Aż do jesieni, spokój. Niestety,... przerzucą się na cricket. Ale temu na ogół, już nie towarzyszy taka euforia jak footy. I pomyśleć że to krykietyści wymyślili tę grę, aby mieć się czym zajmować w martwym sezonie, czyli naszą zimę.

Tak było kiedyś. Teraz rosłe osiłki profesjonalnie tłuką się po mordach - przy aplauzie tysięcy kibiców – w walce o jajowatą piłkę. Nie powiem, gra jest dynamiczna, efektowna i nieobliczalna. Gole sypią się gęsto. Gdyby zlikwidowali towarzyszące nader często grze, chamstwo w postaci okładania się pięściami i zdewaluowali status półbogów, jakim cieszą się grający, tę grę można by oglądać. Jest to niestety, tylko moja opinia i paru nielicznych.

Zdecydowanej większości to nie przeszkadza, a tysiące zafascynowanych wyznawców tego kultu, pójdą w ogień aby bronić swojej wiary. Zapełniają stadiony w taki ziąb, że psa by nie wypuścił, a oni całymi rodzinami tam pielgrzymują. Szaliki i inne gadżety klubowe traktują niczym święte relikwie. Jedno co trzeba pochwalić: chamstwa i rozrób się na trybunach nie widuje. Drużyna gości też jest nagradzana brawami.

Komercyjne radio tak zaczyna wiadomości sportowe: jeżeli wróciłeś właśnie z Księżyca i nie wiesz,... (tu podając rezultat meczu), tak jakby obowiązkiem było siedzenie przed telewizorem, lub na stadionie. Dopiero na końcu, docierają rezultaty odbywających się mistrzostw świata np. w piłce nożnej.

Wręcz z obowiązku, dowiaduję się o wynikach lokalnych drużyn, aby nie wyjść na „kompletnego głębia”. Nie udaje się uniknąć tego tematu w życiu codziennym. Czy to w szkole czy w pracy, dyskusje na tematy footballowe (nie mylić z piłką nożną), nękają przypadkowych słuchaczy. W telewizji na komercjalnych kanałach wyjątkowo prymitywne programy rozrywkowe, poświęcone są właśnie footy. W australijskim kościele ksiądz nie odprawi mszy, aby nie wspomnieć (jako kibic jednej z drużyn), o tych nadobnych rozgrywkach. Czasem odnosi się wrażenie, że całe życie australijskie obraca się wokół tego nieszczęsnego jaja. No cóż, teraz na jakiś czas spokój.


29 wrzesień 2003 (poniedziałek)

Chłodny, ale słoneczny poranek.

Dzieci znowu mają ferie. Im to dobrze, co dwa i pół miesiąca – dwa tygodnie przerwy.

Ciekawy artykuł o emigracji wpadł mi w ręce - dzięki uprzejmości kolegi. Szkic pt. Kompleks polski w Ameryce, pióra J. Wróbla z Gazety Wyborczej. Autor pracuje w USA na uniwersytecie. Jest to jego analiza subiektywna (jak sam podkreśla), z punktu widzenia emigracji polskiej do Ameryki i tamtejszych uwarunkowań, choć wiele poruszonych problemów obejmuje zjawisko emigracji w szerszym zakresie. Jest też spojrzenie na patos patriotyzmu polskiego.

Czytając tę pracę z pozycji wieloletniego pobytu na ziemi australijskiej, znajduję wiele analogii. Lecz widzę też zasadnicze różnice. Pierwsza z nich która jakoby automatycznie się nasuwa: jest status emigranta. W Australii na ogół nie spotyka się emigracji tymczasowej, pobytów na czarno, ludzi którzy dziś są, a jutro może ich tu nie być. Tu, od początku jest się „na poważnie”, z pełnym prawem rezydenta, który ma szerokie przywileje (ostatnio trochę się zmieniło). Australia zawsze była bardziej opiekuńcza niż USA, a przez ostatnie 20 lat bardziej przypominała pod tym względem Szwecję, niż swego wielkiego brata. Tak ważny czynnik - poczucie bezpieczeństwa socjalnego, jest tu komfortem w porównaniu z krajem Yankesów.

Druga sprawa: podejście Australijczyków do świeżo przyjezdnych.

Słowo: tubylec, odnosi się tu tylko i wyłącznie do Aborygenów i wyspiarzy z cieśniny Torresa. Nawet najbardziej z wyglądu dinkum Assie, to często syn Jugosłowianina, czy Holendra. Australia jako kraj bardzo młody (102 lata), nie ma tak wykształconej świadomości obywatelskiej, przynależności państwowej, jak USA nie wspominając już Europy. I to jest pozytywną cechą, z punktu widzenia nowo przybyłych. „Nie traktuje się ich z przymrużeniem oka”, jak to czyni się nagminie w Ameryce – według autora. Tu, jeżeli tylko można cię zrozumieć – jesteś O.K. Akcent, specjalnie nikomu nie przeszkadza. Mają to dookoła; często w rodzinie, gdzie rodzice, dziadkowie czy teściowie mówią mocnym akcentem.

Jeżeli człowiek z akcentem, zaczyna nadmiernie pokazywać swoje „fobie”(wspomina o tym autor), wywyższając kulturę, sztukę czy edukację kraju przodków ponad wszystko, albo wpada w skrajną przeciwność - to stoi z góry na straconej pozycji. Nie będzie akceptowany towarzysko, co najwyżej – tolerowany. I tu dotykamy problemu : mieć czy być? Kapitalnie podpatrzony psychologiczny portret emigrantów (i to chyba na całym świecie).

Dowartościowanie się i rekompensata utraconej osobowości, poprzez pomnażanie majątku, często za wielką cenę, nawet...zdrowia. Pościg za dobrobytem – bez umiaru, bez końca. „Kasa ma udowodnić, że nie uciekliśmy sroce spod ogona,..” – cytuję powyżej wspomnianego autora. To jest niestety, aż do bólu szczera prawda o nas.


« Dzienniki - wrzesien I - 2003 | Strona główna | Talent »